– wiesz co? taki jeden kolega victorii spadl dzis ze schodow.
– ojej.
– tak! i tak sobie starl kolano, ze krawil.
– tak?
– tak! tak krwawil, ze az przez spodnie bylo widac!
– tak?
– taka wielka plama krwi, ze wieksza niz lisc debu!
– tak?
– no! mowie ci! taaaaaka wielka!!!
– to pewnie bardzo plakal, co?
– nie . on jest bardzo mezny. ale to kolano to tak krwawilo… no tak.. no jakby go ktos w kolano zamordowal!
dzis skoro swit.
czyli o 9 rano. u mnie w biurze. jestesmy wszyscy ubrani na wieczorowo. smokingi, perly, szpilki. balony. confetti. cale studio wypelnione happy birthday stevie wondera na caly regulator. kamera start. biegamy z literami i staramy sie ustawic w jakies zyczenia. nie udaje na sie. totalny chaos. w koncu stajemy w rownym rzadku: alles gute. potem jeszcze potrzasanie szampanem (nie. nie prawdziwym!), toasty, taniec, rzucanie serpentynami, dmuchanie w fujarki, skakanie po balonach, spiewanie do wtoru stevie wonderowi. na koniec zdmuchanie swieczek. amen.
moj szef uciekl od swoich urodzin na wakacje z rodzina. ale my go zlapiemy. nasz edytor skreca z tego teraz smieszny filmik, ktory jutro punktualnie o 9:00 dotrze do jubilata.
od tego skakania to jestem taka rozgrzana, obudzona i wesola, ze nie wiem.
od 12 dni
poszcze. na poczatku pilam tylko wode, wode z cytryna, teraz pije tez rozwodniony sok pomidorowy, sok z kiszonej kapusty, ziolowe herbatki. jestem lekka. wszystko pachnie sto razy intensywniej niz zwykle. nie boli mnie brzuch. nie boli mnie glowa. nie mam apetytu, ale ochote na gotowanie i rozpieszczam maline i meza wymyslnymi daniami. jakas lzawa jestem. moge sie poplakac z powodu prognozy pogody. spie jak susel, budze sie bez podkrazonych oczu, lekka i wypoczeta. mam wiecej czasu. niestety bardzo marzne i wieczorem jestem bardzo senna. ostatni raz poscilam tak dokladnie 10 lat temu. 25 dni.
o szkole jeszcze zrobie wpis.
dziekuje wam serdecznie za wszytkie komentarze o szkole. wszystkie bardzo ciekawe. rozne punkty widzenia, rozne doswiadczenia, rozne poglady.
jedno mnie jednak zastanawia i smuci – powiem szczerze: zgoda na to jak jest. zgoda na wyscig szczurow, zgoda na to jak jest.
tak jest wiec trzeba dziecko na to przygotowac. coz robic? sie dostosowc. a to przeciez te dzieci maja szanse cos zmienic. zyc lepiej. ja chce malinie pokazac, ze mozna inaczej. ani maz ani ja nie wzielismy udzialu w wyscigach szczurow i zyjemy dosyc wygodnie i dosyc dostatnio. chcialabym, zeby malina nie dala sie wciagnac w to bagno, ale nie naucze jej tego godzac sie na nie.
zamiast wpisu
nie mam kiedy przysiasc i zrobic wpisu o szkole i o moich szkolnych strachach. a w piatek przynieslismy telewizor z piwnicy i wpadlismy na program zdf o szkole i tam poruszona jest czesc tego, o czym chce napisac. niemieckojezyczne kolezanki albo widzialy program albo moga poczytac:
po 4 tygodniach w szkole.
mam kryzys, atak histerii, i glowa mi peka od trosk. powinnam byc zrelaksowana i lekka jak piorko, juz szosty dzien poszcze, pije tylko, spaceruje rano i wieczorem. porozmawialam dzis po odprowadzeniu maliny do szkoly z dwiema mamami i normalnie mam ochote zadzwonic do szkoly waldorf i ich ublagac zeby (a niechby!) uznali, ze jestem matka glupia, ale maline przyjeli w ciagu roku…
musze ochlonac.
klasyka!!! :-)
jestesmy w spa. rozne sauny, parowe laznie, jeziorko wsrod drzew, traw i lamp, ktore jak wielkie kule sniegowe pieknie urozmaicaja wieczorny krajobraz. wszyscy lataja nago, czasem okreceni w recznik i tylko w restauracji obowiazuje szlafrok. nagle patrzymy na zegar, ups! pozno. jedziemy do domu, baby sitter sie nam zniecheci jak bedziemy niepunktualni. drepczemy swinskim truchtem do przebieralni, ktora jest wspolna spa i basenowi a na basenie wszyscy oczywicie normalnie w kostiumach. dla basenowcow wiec sa specjalne boxy – przebieralnie, chyba dlatego ze pomieszczenie jest koedukacyjne i nie kazdy lubi swiecic swoja uroda prze obcymi ludzmi. nam jednak wszytko jedno, nie chce nam sie szukac wolnego boxu i stojac za dlugimi do ziemi drzwiami szafki przebieramy sie dyskretnie w kaciku. przyglada na ma sie czarnowlosa dziewczyna. suszy dlugie wlosy na szczotke, widzi nas w lustrze i malo sobie czubkiem uchwytu oka nie wydlubie tak zezuje. glosno, po polsku wola towarzyszacych jej polakow. podchodzi para:
– co jest? – pyta kolezanka
– jezus te wstretne niemry to normalnie wstydu nie maja! – oburza sie nasza obserwatorka. znajomi rozgladaja sie: ale co?
– no kurwa, ta z tylu to na golasa tu paraduje. i ten facet tez. – znajomi przyglaja sie nam dyskretnie:
– powaga?
– no kurwa na waleta lataja. normalnie bezwstydne takie, kurwa. i to kobieta. eee niemra zwyczajna.
maz polecial juz placic, ja zamykm jeszcze szafke i dopinam torbe. zeby wyjsc, musze przejsc kolo wzburzonego – zgorszonego towarzystwa i normalnie nie moge sie powstrzymac:
– nastepnym razem idzcie nie na basen, tylko do sauny. tam sa same golasy.
mur. beton. panna oniemiala. ale chyba jej zaraz potem glos wrocil, bo uslyczalam za soba jej wkurzone:
– jak to sie kurwa mozna na czlowieku przejechac!!!
no zdenerwowala sie chyba.
pure = rein
ide dzis badac swoje wnetrze. nie, nie duchowe niestety tylko to jak najbardziej fizyczne. dlatego jestem czysta jak aniol, albo pusta jak butelka po mleku. powinnam chyba zaczac medytowac.
ocenianie.
prace domowe malina odrabia w horcie. ja tylko sprawdzam potem czy zeszyty rowno ulozone w tornistrze czekaja na nastepny dzien. uwazam, ze dobrze daje sobie rade, a choc wiem, ze potrafi lepiej malowac i bardziej sie starac, to nic nie mowie.
pani w szkole stawia jej ciagle usmiechy i podpis i tak sobie mysle, ze na razie to wszystko nie jest zbyt serio. zdania sa latwe, ze nie wiem i mysle, ze glownie chodzi o to zeby sie dzieci nie zniechecaly. ale wczoraj tak sobie gadalam z kilkoma mamami pod szkola i one sie wymienialy watpliwosciami na temat prac domowych. martwily sie, ze dzieci ciagle dostaja "smutne buzki" albo notatki "prosze odrabiac prace domowa staranniej" albo "prosze nie zaginac rogow" itp. badzo mnie to zdziwilo, bo myslalam, ze pani troche odwala te porace domowe i maluje te buzki wszystkim usmiechniete. na zachete.
w domu biore maline na spytki i przygladam sie jej zeszytom dokladniej. rzeczywiscie! znajduje dopiski do usmiechnietych buziek: "bardzo ladnie!", "brawo" oraz zlota gwiazdke pod jednym zadaniem. malina tlumaczy, ze taka gwiazdke dostala raz tylko ona a kiedy indziej prudence i pani ja bardzo pochwalila. malina zapomniala mi o tym powiedziec. z przedszkola jeszcze (ale tez z domu) wie, ze raz jest lepiej, raz gorzej i ze poprostu zawsze trzeba sie jak najbardziej starac. system punktow i usmiechow jest jej nieznany. potem przyjda stopnie, ktorych w szkole waldorf nigdy by nie poznala.
ostatnio jak ja postraszylam, ze jak bedzie taka niegrzeczna to wprowadzimy taki system punktow jak u flory to sie poplakala. ciagle jej tlumacze, ze jej ufam, ze ja sie staram wiec ona ma sie tez starac i ze takie punktowanie to jest dla maluchow, ktore jeszcze nie rozumieja co jest wazne a co nie a jak nie wie co jest wazne to niech pyta, bo nikt nie wie wszytkiego.
punkty kojarza mi sie z tresura.
w razie czego.
– mamusiu, dzis sie nauczylismy co robic jak wybuchnie w szkole pozar. cwiczylismy to dzis.
– tak? no i czego sie nauczylas?
– jak wybuchnie pozar, to mamy nie ratowac tornistrow!
– tak.
– i mamy nie ratowac piornikow!
– tak
– tylko ludzi czyli siebie mamy ratowac i wykrecic numer 112.