sama przez chwilke.

maz za oceanem, malina w polskiej szkolce. dzien zaczelysmy od grzechu: zaspalysmy i zamiast sniadania dziecko jadlo w samochodzie donut z czekolada, co wprawilo nas w swietny humorek. potem pojechalam i z marszu zamowilam 4 parapety do nowych okien i… zamiast dalej pozalatwiac mase waznych spraw, zakrecilam luk do domu. zaparzylam kubel kawy, slonce zloci ogrod, roze zglupialy od tego ciepla i zakwitly. zaraz jade po maline i przyjaciolke odebrac je ze szkolki. dziewczynki beda dzis piekly ciasteczka a ja bede lezala na sofie i wdychala zapachy z kuchni. tak sobie patrze, mysle, czuje i jest mi przez chwile calkiem, calkiem… mysle czy by nie zadzwonic do meza i nie powiedziec mu, ze jestem szczesliwa. on lubi to slyszec. eee dam mu spokoj. niech spi.

co za zwariowany wieczor

maz dzwoni z ameryki, ze wypozyczyl sobie corvette dla plebsu z 460 ps i dzieli sie ze mna warczeniem silnika. cieszy sie jak chlopiec. mial gowniany tydzien, taplal sie w stresie po uszy i na weekend postanowil sie zabawic. wynajal te rakiete, zeby… – jak twierdzi 🙂 – jezdzic od sklepu do sklepu w poszukiwaniu mojej wymarzonej kurtki. no jaki dobry maz? bedzie szybko jezdzil. w moim interesie. potem idzie na mecz hokejowy. graja jacys mistrzowie.

na skypie zagadala moja mama. ma stres co ugotowac na swieta. sandacza, pierogi, kapuste z grzybami – zamawiam. wymyslila pieczone przepiorki.
 – mamo, nie bede jadla ani pieczonych przepiorek, ani pieczonych chomikow, ani jaszczurek. zrob duzo pierogow i barszczyk. amen.
 – ale pieczone przepiorki to bardzo elegancka i droga potrawa! – broni sie moja mama. czy ja gadam na dziennikach ze stefane, czy co?
 – nie jem przepiorek. nie jem ostryg. poprosze o PIEROGI. pierogi i juz. amen.

przenosny slowniczek

 – malina, jak sie mowi: der himmel oder das himmel?
 – der himmel. – malina zamysla sie i dodaje tonem… no MOIM TONEM!!!: – no wiesz… jakbys na przyklad chciala powiedziec "das himmlische kind" to by bylo das, ale sam himmer jest der.

co za przemadrzale dziecko.

ale pieknie.

jakis rok temu malina miala taka faze, ze co kilka wieczorow, kiedy myslelismy ze juz spi, wymykala sie ze swojego pokoju, wskakiwala do naszego lozka, na pizamke zakladala moja koszule nocna, bokserki meza i jego t-shirt i tak opatulona spala jak aniolek. tak znajdowalismy ja przed pojsciem spac, ostroznie wysuplywalismy ja z naszych pizam i przekladalismy do jej lozka. jednak ogolnie rzecz biorac malina spala ze mna bezproblemowo tylko jako niemowlaczek najpierw w szpitalu a potem w czasie dziennych drzemek. nigdy nie garnela sie do spania z nami a jesli juz to zaraz wyprowadzala sie do siebie, bo jej bylo za goraco. dlatego bardzo zdziwilam sie przedwczoraj, kiedy na moja propozycje, ze moze spac ze mna (tatus jest teraz na drugiej polkuli) malina ucieszyla sie niemal ze lzami w oczach. i jak ona sie szykuje. przynosi poduche, koldre, uklada mysze mimi i ameliona a potem, kiedy zgasze swiatlo, po wieczornej opowiesci, trzyma mnie za reke i zasypia w trzy minutki.

malinowa kuzynka

jednym z najwiekszych malinowych skarbow jest kuzynka. mieszka nad jeziorem bodenskim, jezdzi konno, ma dlugi warkoch, najlepsze stopnie w klasie i od kiedy malina siega pamiecia kuzynka jest strasza o magiczne 8 lat. kuzynka jest ostatnim asem w rekawie, kiedy inne argumenty w dyskusji zawodza, kuzynka jest trofeum, jest symbolem, miloscia i nadzieja na dobra przyszlosc. tydzien temu kuzynka zachorowala na swinska grype i malina bardzo sie nia martwila. napisala list, namalowala obrazek a w sobote zadzwonila. gadaly z pol godziny. pierwszy raz w zyciu tak dlugo i chetnie. o szkole, o pogodzie, o chorobie, o ktorej kraza rozne historie. po skonczonej rozmowie pytam:
 – no i jak? aleksandra czuje sie juz lepiej?
 – tak. – odpowiada malina i dodaje rozpromieniona – jak to dobrze, ze nie umarla prawda?

malinowa mamusia.

dzis wygralam konkurs na matke idiotke. pojechalysmy z malina do dentysty. malina dzielnie i wesolo. ja tylko dzielnie. wracamy. jakos chce dziecko nagrodzic za cierpliwosc i pogode ducha. widze mcdo i proponuje jej drive in. malina szaleje z zachwytu i radosci i najpierw na wszelki wypadek niedowierza. w swoim prawie 7-letnim zyciu byla chyba ze trzy razy w mcdo. ale tak. tak. dostaje papierowe pudlo happy meal. cos tam do jedzenia i jakies fioletowe platikowe cos, co nawet nie wiadomo do czego sluzy razem z fioletowa bransoletka. cala droge dziecko degustuje, cieszy sie, podziwa branslotke a ja coraz bardziej trace humor, bo sie na siebie wkurzam, ze karmie dziecko takim badziajstwem. wsciekla burcze na maline i zaganiam ja szybko do lozka.
dobrze, ze to dziecko ma takiego fajnego tatusia, bo z z mamusia zwariowaloby przed 18-nastka.

nic a nic.

moja cala rodzina nad jeziorem bodenskim choruje na swinska grype. srodowisko lekarzy. nikt sie nie szczepil. siostrzenica nawet nie ma goraczki. w klasie maliny dwoje dzieci przeszlo swinska grype. jedna to nawet bliska malinowa przyjaciolka. franzi. po 10 dniach w lozku juz jest znow w szkole. i nie znam nikogo kto by sie zaszczepil. i zupelnie nie wiem co robic. moja "najzaufajniejsza" lekarka antropozof powiedziala, ze malina przeszla trzy zapalenia pluc bez antybiotykow (za jej namowa zreszta. tygodniowe stany wysokiej goraczki po 4o stopni), wiec teraz jest silna jak glaz. druga zaufana pani doktor (polecona przez pani antropozof: trzeba miec tez lekarza w poblizu. takiego zeby u niego byc w 5 minut), ktorej tez zawdzieczam wiele, zapisala maline na liste oczekujacych na szczepionke i dzis zadzwonila zeby przyjechac to moge zaszczepic malne od razu. nie powinnam sie wahac, bo malina po jej trzech zapaleniach pluc nalezy do grupy ryzyka. no to czy ja jestem nadrzejsza po tych dwoch rozmowach?
nic a nic.

ja tez juz troche mysle o swietach.

ja tez juz rozmyslam nad swietami. dopoki maliny nie bylo na swiecie (o
boze, czy to mozliwe, ze kiedys jej nie bylo? swiat byl jakis niepelny
chyba, choc pamietam, ze niezle sie bawilam) swieta spedzalismy z
jakas choinka kupiona na ostatnia chwile. taki smutek ostatni, ktorego
nikt nie chcial, wiec na prozno wycieto toto z lasu i my sie nad tym
drapakiem litowalismy. potem sie malina urodzila i zaczelismy
niemieckim zwyczajem nawet czeresnie w ogrodzie obwieszac swiatelkami,
zeby to chwiejace sie male ‚conieco’ stalo przy oknie cale wieczory i sie
cieszylo bezzebnie ale szczerze nie baczac na kicz i marnowanie
energii. co roku tatus jechal do lasu wycinac pila drzewo.
a w tym
roku? dziecko kurcze poszlo do szkoly. tlumaczy, ze chce bluzke nosic
krotka, bo goly brzuch jest cool (panna ma 7 urodziny w styczniu, tak?)
wiec zaliczamy swieta rock’n’roll. 24 ladujemy u mojej mamy w
warszawie. malina mieszka u babci. my w hotelu. spimy do poludnia.
potem malina z babcia przychodza na poplywanie i saune i lunch a potem
tradycyjne pierogi u mamy, zupa grzybowa, sandacz po polsku i inne smakolyki. i tak przez 5 dni. my w hotelu a malina u babci moze robic
co chce. pewnie beda gadaly do nocy i malina bedzie sniadaniowala w
lozku z kanapeczkami pokrojonymi w kwadraciki. na sylwestra dajemy obu
paniom wolne, jedziemy na mazury na kilka dni restauracji ciala
i duszy oraz sylwestra. sylwester ma byc elegancki, smakowity i moze
byc lekko obciachowy, bo gra tam moja stara gwardia. ale co tam. kupuje
jakies zwariowane buty. kiecke mam taka jakbym miala 20 lat mniej, ale
sie nie przejmuje, bo maz jest slepy na moja starosc. i kochane moje:
od 23 grudnia do 6 stycznia nie rusze ani jednym palcem, chyba ze bede
musiala podrapac sie w nos:-) czego wam wszystkim serdecznie zycze. juz
dzis.

ps: oraz pieknego weeknedu. tez wam zycze:-)

malinowa znajoma.

za szkolnymi przyjazniami zupelnie nie moge nadarzyc. najblizsza przyjaciolka jutro jest wrogiem i odwrotnie. ile tam emocji, lez nawet i zlosci. ale dzis malina powiedziala dziwna rzecz. dzis znow jest zaprzyjazniona z franzi, z ktora kiedys siedziala w lawce, ale tak sie znielubily, ze pani je rozsadzila.
 – no to fajnie, ze sie znow przyjaznicie.
 – tak. – odpowiada malina – musze sie z nia przyjaznic, bo jak nie ja to kto? ona jest taka zagubiona i ciagle niewyspana.

franzi rodzice rozeszli sie przed pol rokiem a miesiac temu tata ostatecznie sie wyprowadzil. franzi jest typem sportowym i nie lubi rozu, interesuja ja wilde kerle i nosi wylacznie brazowe spodnie. malina jest nia zafascynowana. kiedys odprowadzalam ja z malina do domu. dziewczynka lekko zawahala sie zanim zadzwonila do drzwi. spojrzala na mnie spod grzywki i szepnela (wcale nie jak wilder kerl, tylko wystraszone dziecko):
 – dzis tata sie wyprowadzil.
 – wiem, franzi. – pokiwalam glowa i powiedzialam to co najglupiej brzmi w takiej chwili: ale wiesz, rodzice, choc nie mieszkaja razem to bardzo cie kochaja.
franzi popatrzyla na mnie z blyskiem ironii a moze nawet pogardy?:
 – tak. tak mowia mi codziennie. – i jednoczesnie pokrecila glowka i nacinela dzwonek.

malinowa minimalistka.

ogladamy kafle do piwnicy. miedzy polkami wpada mi w oczy mala buteleczka. odplamiacz do marmuru. sprzedawca przekonuje, ze produkt jest super i wymarzony wprost du jury. nie zastanawiam sie wiec dlugo. nie pytam o cene i dopiero przy kasie widze, ze w zamian za banknot 10 euro dostaje kilka centow. zartobliwie obruszam sie na kasjera:
 – o boze kochany!!! jakie to drogie!!!
wychodzimy. malina bierze mnie za reke:
 – zapalacilas 10 euro?
 – tak. prawie.
 – to bardzo drogo. ale wiesz co? nie martw sie. jak wrocimy do domu to ci dam moje 10 euro od wrozki, ok?
 – no co ty! przeciez wrozka dala ci to na cos specjalnego. specjalnie dla ciebie!!! ale dziekuje ci bardzo. to pieknie z twojej strony. ale nie, dziekuje.
 – i tak ci dam. mnie to jest niepotrzebne. co ja mam sobie kupic jak ja wszystko mam? – usmiecha sie moje dziecko, ktore ma w swoim pokoju lozko, szafe, regal z ksiazkami, stoliczek z krzeselkiem i dywanik i juz.