malinowa pchla szachrajka.

malina gra na pianinie od ponad dwoch miesiecy. jak jej sie uda zagrac dwa takty bez pomylki utwor o stopniu trudnosci wlazlkotkanaplotka to juz jest gotowa i starczy tych cwiczen na dzis. i koniec. czasami siada i "gra" jak szalony kompozytor i nawet to fajnie brzmi, ale nie ma nic wspolnego z prawdziwym graniem a raczej z fizycznym wyzwoleniem poprzez dzwieki czy jakos tak chyba. no nie ma szczegolnego zapalu do gry.
w szkole, we wtorki dzieci maja zajecia w klasie z pianinem. widze dzis rano ze zdumieniem, ze malina wyciaga swoje nuty z torby i pakuje do tornistra.
 – po co ci nuty w szkole?
 – dzisiaj bede grala dla mojej klasy.
 – co???
 – tak. obiecalam im to wczoraj. pani powiedziala zebym przyniosla nuty.
 – ale… przeciez ty nie umiesz jeszcze nic zagrac!!!…
 – a to zupelnie nie szkodzi.

czyja przyjciolka jest hela?

powiedzialam dzis malinie ze jutro odwiedzi nas hela.
 – hela??? TA moja najlepsza kolezanka???
 – ta? to znaczy ktora? – sie pytam.
 – no ta ktora mi podarowala rozowego jelonka! – smieje sie malina.
rzeczywiscie, hela podarowala malinie brokatowego jelonka, ktory goscinnie nocowal juz u kilku najlepszych malinowych kolezanek, poniewaz jest nieodmiennie powodem podziwu i zazdrosci 7 letnich gosci plci zenskiej. tak. to ta hela.
 – no tak –  potwierdzam – ta. ale to jest moja kolezanka. ale ciebie oczywiscie tez lubi.
 – TWOJA kolezanka ale MI przyniosla jelonka!

malinowa sztuka pisana i malowana

kolo poludnia malina zasiadla z notesem pod oknem i cos tam zaczela skrobac. mialam akurat stress mailowy, wiec dalam jej spokoj, nich sobie skrobie. kiedy wyslalam w koncu wszystkie wkurzone maile, zapytalam dziecko co tam maluje.
 – pisze ksiazke.
 – aha. a o czym? – zapytalam jakby chodzilo o malowanie kolejnego domu z jablonka. (to ulubiony motyw maliny: domek, jablonka, roza i wiewiorka)
 – o syrence.
 – a moge przeczytac?
 – prosze!
czatam:

HALO. ICH WILL OIś EINPAR GESCHICHTE ZEIGEN.
EINEN SCHÖNEN SOMERLICHES TAGES DI MERJUNG FRAU

a pod tym siedzi na jakiejs kamienistej wysepce usmiechnieta syrenka

dalej malina nie mogla pisac, bo pojechalysmy do lekarza. w drodze powrotnej (jutro moze isc do szkoly, ale nie wolno jej sie przemeczac) pojechalysmy do sklepu z farbami i kupilysmy pierwsze w zyciu farby w szklanych sloiczkach – takie jak na atrament ale mniejsze. kupilysmy tylko 6 kolorow, bo drogie jak nie wiem, ale sa specjalnie do tego zamku kartonowego. w domu malina zjadla rosolek i zasiadla do malowania.
 – nie masz ochoty dalej pisac? moze dokonczysz te opowiesc o syrence?
 – nie. teraz jestem malarzem. ksiazki pisze w dzien.

advent w domu

schody obwieszone sa zlotym chrustem, na zlotych wstazeczkach wisza zlote paczuszki, czerwone reniferki lamia to zloto swiateczna czerwienia. kalendarz troche podobny do tego w tamtym roku. malina odcina kolejne paczuszki i cieszy sie na podroz do polski. w tym roku 24 to nie tylko wyczekane boze narodzenie ale tez wyczekana babcia w warszawie.

mimo szczerych checi, nie dostalam playmobilowego ogrodu, zostaly same playmobilowe resztki, wiec poszukalam czegos innego i znalazlam prawdziwa perelke: http://calafant.de/ kartonowy zamek, ktory najpierw trzeba samemu zbudowac a potem mozna pomalowac, poprzyklejac, ozdobic jak sie chce. malina bawi sie tym od wczoraj praktycznie bez przerwy. z "diamentowej" folii zrobila firanki, miedzy wiezami zamkowymi rozwiesila hamak, w ktorym wyleguja sie ksiezniczki.
od tesciow mikolaj przyniosl jeszcze jeden kalendarz, w ktorym zamiast slodyczy schowane sa kamienie. krysztal gorski, jaspis, rodonit… malina uwielbia kamienie. jak dojdziemy do gwiazdki jej kolekcja powiekszy sie o 24 slicznie szlifowane egzemplarze.

jakos lepiej z kaslaniem.

malina zasnela.

a ja biore sie za… kalendarz adwentowy. wszystko mam przygotowane od 10 dni, ale przez te choroby i stres w pracy nie zdazylam nic zrobic. jutro malina sobie otworzy na raz 5 dni.  w tamtym roku zaimprowizowalam zlotymi paczuszkami na zlotych galeziach ze zlotymi cyferkami. w tm roku dolacza do tego malutkie czerwone reniferki.

a na mikolajki normalnie badziewie, ale wiem ze to jest wielkie marzenie maliny. jak sie pani doktor pyta czym ja musze przekupowac, zeby zgodzila sie inhalowac to wzruszam ramionami, bo malina ihaluje i juz. siedzi tak cierpliwie w tej masce, sama sobie wlacza motorek i sprawdza ile jeszcze zostalo plynu. tak wiec postanowilam sobie, ze nie bede patrzyla na edukacja przydatnosc, ogolna przydatnosc oraz na estetyke tylko kupimy jej playmobil – zamek ksiezniczki z wodospadem. ale sie ucieszy! jutro tatus wraca i po drodze ma pojechac z misja specjalna, zeby w niedziele rano zamek stal obok butow pelnych slodyczy i orzechow.

a juz mylslalam, ze ta zima bezdie inna.

to byl chyba kwiecien. po dwoch zapaleniach pluc i pieciu miesiacach niemal bez przerwy spedzonych w domu u lekarza malina zostala poddana testowi na mukowiscydoze. pamietam jak dzis jak stalam pod drzewem i rozmawialam z lekarka ze szpitala, ktora pytala czy chce znac wynik natychmiast. niektorzy rodzice nie chca. chca rozmawiac z wlasnym, zaufanym lekarzem, ktory otrzymuje wyniki dwa dni pozniej. oczywiscie, ze chcialam. natychmiast. test byl genialny, pewny, malina nie ma zadnej tam glupiej choroby i choc to nie rozwiazywalo problemu, nadal chorowala, stalam tam pod drzewem i plakalam jak bobr. a potem maz plakal jak bobr. i cos sie wtedy stalo dziwnego. z dnia na dzien malina wyzdrowiala i zaczela byc zwyczajnie zdrowa. ani kataru ani kaszelku nawet najmniejszego. w baltyku siedziala w zimnej wodzie, biegala po gorach, lykala zimny wiatr i nic. nic a nic. moze to smieszne, ale ani razu nie powiedzielismy, ze malina jest zdrowa. to byla jakas magiczna zmowa. nie wolno zapeszyc. odpukac. nie wspominac. nie wywolywac wilka z lasu. jest jak jest. wspaniale. i koniec. ale na fali strachu przed grypa, strachu przed zima postanowilam pojechac z malina do naszej pani doktor antropozof (cudowna polka zreszta), niechby ona tak maline obejrzala i powiedziala jak tu przez te zime przebrnac a przy okazja jaka rade dala co robic zeby malina jedna rzecz robila a nie tysiac na raz. moze znow heileurytmie? do pani doktor mamy daleko. ponad godzine. wpadamy w korek, tomtom pokazuje, ze spoznimy sie ponad pol godziny. dzwonie i pytam czy jest jeszcze sens zeby przyjechac.
 – ale malina bardzo chora?
 – nie. zdrowiutka jak rydz! – wolam i gryze sie  jezyk. nie wolno!  nie wolno tego mowic. zapesze jak nic.
pani doktor mowi zeby zawrocic do domu, bo u niej duzo chorych dzieci, umowimy sie w przyszlym tygodniu w srode jak nie ma terminow, pogadamy wypijemy kawe, obejrzymy maline. ok. zawracam do domu z nieprzyjemnym uczuciem w brzuchu, ze zrobilam cos bardzo glupiego. tego wieczora malina goraczkuje. kiedy przy niej siadam, patrzy mi rozpalona w oczy i mruczy:
 – zaraz przyjdzie moja mamusia.
nastepnego ranka kaszle tak jak tamtej zimy. tak, ze caly dom dudni. suchy, bolesny kaszel. inhalacje, krople, lekarstwa. i tak juz od tygodnia.
malina umie chorwac jak nikt. nie placze, nie marudzi, lyka wszelkie obrzydlistwa. chudziutka i bladziutka usmiecha sie jak sie ja glaszcze, przed zasnieciem nie ma sily nawet na slowo, bo kaszel zabiera jej dech. oszaleje chyba.

na fejsbuku

tak sie przygladam konwersacji dwoch znajomych z branzy jak sie od dwoch godzin umawiaja na drinka. nie na jakiegos zwyklego drinka tylko na drinka stolicy aniolow. w berlinie nigdy nie maja dla siebie czasu. ich frimy sa od siebie oddalone o 10 min piechota. ale prosze, jak
strasznie za soba zatesknili pod wplywem kalifornijskiego slonca. obaj panowie mieszkaja w tych specjalnych hotelach, ktorych nazwy sa oczywiscie precyjnie wymienione. juz zaraz mieli sie spotkac. ale wola rozmawiac sobie na oczach fejsbukowych frendsow, zeby tym frendsom szczeka z zazdrosci opadala. i kazdy z nich jest strasznie zajety, bo ma na glowie wielki, swiatowy projekt, ale tak wisza omawiajac dupe maryni i wyprzedarze u barneys. w berlinie znow nie beda mieli sobie nic do powiedzenia. fejsbukowy swiatek proznosci.

rodzinna duma.

malina opowiada, ze na przedstwieniu bozonarodzeniowym w szkole cos bedzie spiewala solo.
 – moze sie do tego naucze grac na pianinie. to bym mogla spiewac i sama sobie zagrac. to bys byla ze mnie dumna, co?
 – pewnie! ale tez bede dumna jak tylko zaspiewasz. bo ja zawsze jestem z ciebie dumna.
 – tak? a dlaczego?
 – no bo fajna z ciebie dziewczyna.
 – ja tez jestem z ciebie dumna mamusiu.
 – to sie ciesze. a dlaczego jestes dumna?
 – bo nie plakalas u lekarza i zarabiasz duzo pieniedzy.

sekator.


tymi slicznymi nozycami do roz nieomal obcielam sobie srodkowy palec u lewej reki. 2/3 przekroju. palec zawisl na silnym na szczecie kawalku czyli 1/3 przekroju. krew chlusnela jak z kranu. bylam tak przerazona i otumianiona, ze nawet nie moglam sprawdzic czy calkiem obcielam i mam leciec do ogrodu i szukac czy nie. trzymalam tylko pod biezaca lodowata woda a umywalka wypelniala sie sie na czerwono. malina rzucila tylko okiem i ze strachu uciekla do ogrodu wrzeszczac wnieboglosy. zawolalam ja zeby mi dala gumke do wlosow. zatamowalam krew i zobaczylam, ze palec caly, tylko nadkrojony jak parowka. posypalam proszkiem do… gojenia wiecznej ospy, bo takie cos znalazlam a za nic nie moglam znalezc jodyny czy innego czegos do dezynfekcji. i zadzwonilam na pogotowie. lekarz przyjechal po 20 minutach. zdezynfekowal, zalozyl cos w rodzaju szwow, zakleil i zabandazowal. malina pogratulowala mi, ze jestem taka dzielna i do wieczora chodzila jak rozowa pozytywka: grzeczna, mila usmiechnieta i pomocna. wyrzucajac zakrwawione chusteczki do smieci zlamalam sobie paznokiec u prawej reki i to mnie teraz boli bardziej niz ta nadkrojona kielbasa. teraz glowie sie jak umyc wlosy. na pocieszenie zjadlam 100 kilo pierniczkow w ksztalcie gwiazdek i jestem tlusta jak golonka po bawarsku.

nie chwal dnia przed zachodem slonca.

dzien, ktory rozpoczal sie anielsko, tak tez toczyl sie dalej. odebralam dziewczynki, po drodze zahaczylysmy o szkole waldorf, w ktorej byl st.martinsmarkt – cuda dla dzieci. akurat waldorf wie o co malym ludziom w zyciu chodzi. w olbrzymiej kuchni dzieci wlasnorecznie robily male pizze, piekly je potem w olbrzymim piecu na dziedzincu i palaszowaly to nie zwazajac nawet na kapary. w koncu same te kapary tam ulozyly, wiec musi smakowac, choc normalnie takiego zielonego swinstwa do ust by nie wziely.
w sasiedniej sali znajdowala sie prawdziwa skarbnica ogrodniczo-dekoracyjna. galezie roznych iglakow i bluszczu, drewno porzniete na plasterki, glina do lepienia, szyszki, suszone kwiaty, orzechy, zoledzie wszystko naturalne lub malowane na srebrno i zloto, muszle, jarzebiny… malina uplotla wieniec adwentowy (przepiekny!!!) a klara na drewnianej podstawce skonstruowala zaczarowany las z mchu, galazek i suszek. wniebowziete zapakowalysmy sie w samochod i pojechalysmy do domu. dziewczyny zaczely sie najpierw pieknie bawic, ale potem coraz bardziej szalenczo. pierwsza blacha ciasteczek sliczna, nastepnie zaczely lepic glupoty, ale nie interweniowalam, bo smialy sie do rozpuku i cieszyly jak dzieci:-) tak sie jednak rozbujaly, ze malina chciala rzucac z radosci swoim wiklinowym krzeselkiem a kiedy przyszli rodzice klary z mlodsza siostra i wujkiem, dziewczynki zaczely rzucac kulkami z ciasta, na co sie oburzylam i zabawe ukrocilam.
trzy panny wyniosly sie wiec na gore do maliny i nagle slyszymy taki wrzask jakby jedna z nich oblewana byla wrzatkiem. polecielismy na gore. serce mialam w brzuchu ze strachu. mala roza zalewa sie lzami, maliny nie widac a klara tlumaczy, ze malina nie chce zeby roza sie z nimi bawila. szukamy maliny a malina nagle wyskakuje zza fotela i krzyczy na klare: – ty zdrajcoooo!!! – jeszcze w zyciu nie widzialam jej w takiej furii.
wszyscy schodza na dol. zatrzymuje maline, zeby z nia porozmawiac. mowie zeby umyla raczki (na uspokojenie i zejscie na ziemie) i poszla przeprosic rozyczke, ale malina jest amoku. placze. chce leciec na dol. zastawiam jej droge, szamoczemy sie. zupelnie nie wiem co robic.
 – umyj raczki i buzie i zejdziemy na dol.
malina nie chce. nie chce. przepycha sie na dol. nie wiem skad slysze swoj glos:
 – jak sie nie uspokoisz dam ci w pupe. i to przy wszystkich!!!
to doprowadza maline do takiej histerii, ze przestaje sie szarpac, ale placze tak, ze zaraz przyjedzie policja i uratuje to dziecko przed matka, ktora niewatpliwie sciaga jej skalp. stoje. czekam. gotuje sie na miekko. w koncu odwracam sie i schodze na dol. malina zostaje na gorze. myje raczki, schodzi, przeprasza a potem dzieci wariuja od nowa. goscie wychodza, bo ida jeszcze na lyzwy. my zostajemy. za kare nie idziemy. jestem zrozpaczona. takiej afery nie przezylam od czasow moich klotni z mama jako nastolatka. krzyk, szamotanie, lzy, bezradnosc, furia…
robie malinie dlugi wyklad. malina placze. jakos nie moge sie zebrac na zwykle w takiej sytuacji przytulanki, ktore reperuja wszelkie konflikty i przywracaja swiatu rownowage. zadne slowa pocieszenia nie przechodza mi przez gardlo. jestem zla na maline. jestem wsciekla na siebie. jestem soba rozczarowana. malina zniechecona i smutna idzie do swojego pokoju. po kwadransie wraca z listem:

ICH MÖSTE STERBEN WAIL DU MIS NIS MER MAKST. MALINA

DOWIZENIA

ICH MAK DIś NIś MER.  *

pod tym namalowane sa trzy pekniete serca. do kazdej polowki kieruje strzalka z opisem: MAMA a do drugiej polowki: MALINA. wszystko na czerwono.

normalnie sie zalamalam jak to przeczytalam. caly wieczor spedzilam na tlumaczenieniu, ze nawet jak sie na nia zloszcze to i tak ja kocham najbardziej na swiecie. i tatus tak samo. nic tego nie moze zmienic. jak w ogole moze tak myslec.
 – myslalam, ze mnie nie kochasz, bo tak powaznie ze mna rozmawialas. – odpowiada malina – wiec postanowilam, ze tez cie nie kocham.
i w placz. co mysmy sie naplakaly. malina spi. mnie jest ciezko.

———————————————————–
* ja hcem ómzeć bo ty mię jusz nie lóbisz. malina
dowizenia.
ja cie nie lóbiem.