u lekarza.

pani doktor pyta:
 – a brzuszek cie boli?
 – nie.
 – a gardziolko swedzi?
 – nie
 – a nosek pelny?
 – tak.
 – a uszy bola?
 – nie. nawet moge nimi pomachac. – i malina macha uszami na dowod, ze nie bola.

jak to kazdego co innego brzydzi.

wpada nowa znajoma z wizyta. poznalysmy sie przez dzieci. w lazience na dole wciaz jeszcze nie ma drzwi, wiec na powitanie widac nowa, nieuzywana lazienke jak na wystawie. coreczka znajomej zadziwiona jest bidetem i na powitanie pyta: a co to?
 – taka toaleta dla panow, zeby mogli robic siusiu. – tlumaczy jej mamusia i patrzy na bidet z lekkim obrzydzeniem. na to malina prostuje:
 – nie! nie! to jest do mycia dupki!!! – smieje sie
mamusia patrzy na mnie pytajaco. kiwam glowa dla potwierdzenia. teraz znajoma patrzy i na bidet i na mnie z lekkim obrzydzeniem.

grzeczna malina.

od kilku dni moje dziecko jest takie grzeczne, ze az mi dziwnie. trzy dziewczynki byly dzis z wizyta – normalnie jak w kosciele: cicho, wesolo i przyjaznie. posprzataly, malina przebrala sie w pizamke. zabki umyte. zamiast w lozeczku czytamy dr dolittle przed kominkiem. potem za raczki idziemy na gore do lozka.
 – mamusiu, widzisz, ze w ogole sie nie klocimy?
 – oczywiscie. jak myslisz, dlaczego?
 – bo jestem, grzeczna.
 – … no tak. a dlaczego jestes taka grzeczna?
 – bo chce zobaczyc jak to jest.
 – i jak?
 – fajnie.

malina na nartach.

co sobote i niedziele jezdzimy na nartach. w alpach snieg. jest cudnie. ciekawe czy malina jeszcze pamieta jak dobrze juz sobie radzila rok temu? najpierw osla laczka na rozgrzewke. ok. dziecko sie trzyma, skreca, hamuje. jedziemy wyciagiem na stok.
 – jedz po moich sladach! – wolam i malina sunie za mna bez trudu.
jedziemy drugi raz.
 – jedz po moich sladach! – wolam i w bialym puchu zapominam sie i zaczynam pedzic. przez szum wlasnych nart nie slysze za soba maliny. o rany, przesadzialm. hamuje jak brzytwa, zeby gdzies w dali znalezc moje dziecko na stoku. ups! moje dziecko hamuje jak mala brzytewka niemal na moich nartach przerazone:
 – co sie stalo???!!!
 – no nic!
 – to co hamujesz?!
 – myslalam, ze cie zgubilam…
 – nieeee… przeciez jedziemy powoli!

nastepnym razem jade po sladach maliny. na dole mam zadyszke a uda pekaja mi z bolu. mysle, ze w przyszlym roku nie nadaze.

malinowy poranek

zanim malina otworzy oczy, skradam sie co swit do jej szafy i wyciagam majty, rajstopki, koszulke i wieszam na kaloryferach zeby miala cieple. dzis rano zaspany glosik mruczy za moimi plecami:
 – a co to za myszka tu tak skrobie?
 – to ja! – popiskuje.
malina wygrzebuje sie z lozka, przytula sie do mnie cala swoja zaspana malinowoscia i mruczy (bialym wierszem?):
 – taka cieplutka,
taka mieciutka
to musi moja
mamusia byc.

no to juz.

wszystko spakowane, lodowka wyczyszczona, smieci wyrzucone, testament napisany. tak mnie naszlo i napisalam.
ciesze sie, ze ten rok sie konczy. zaczal sie zle i tak mu juz zostalo. jutro o tej porze bede jadla pierogi, popijala barszczem a moj swiat stanie sie kameralnie przyjemny. malutki i cichy.

mam nadzieje, ze kazdy bedzie mial takie swieta, jakie sobie wymarzyl. tego wam wszystkim zycze.
i w droge!

dobry dzien.

malina miala dzis wystep fortepianowy szkoly muzycznej. moje dziecko w granatowej aksamitnej spodnicy i bialym sweterku obszytym perelkami wygladalo jak z jakiejs XIX-wiecznej ryciny. maz znudzony i zmeczony krecil sie niecierpliwie na krzesle i martwil sie, ze jakos nie czuje atmosfery. dreczyly go wyrzuty sumienia, ze jako ojciec powinien cos czuc. wzruszenie jakies. malina wystapila na zakonczenie. nie dziwie sie nauczycielce, bo rzeczywiscie jako jedyna zaglala bezblednie, wesolo przedstawila swoj utwor: "alle jahre wieder" a grajac kiwala glowka i machala nozka do rytmu. normalnie jak maly zenski ivo pogorelich (ale nie zula gumy!!!). jestem zaskoczona a tatus nie wiedzial co robic z mokrymi oczami. na uczczenie wystepu pojechalismy na weihnachtsmarkt. atmosfera cudowna, malo ludzi. dumny tatus zaprosil maline na dluga kielbase, ktorej malina normalnie nie dostaje, bo niezdrowo. potem poszlismy na placki ziemniaczane i na migdaly w karamelu i gofry z bita smietana. na zakonczenie byla fanta i prosecco w malej kawiarence i prezent dla mojej mamy. kupilam jej torbe o ktorej sama marzylam od dwoch miesiecy. czuje, ze pod choinka beda lezaly dwie takie same torby:-) zobaczymy. to byl dobry dzien. jutro jeszcze mala wlka i koniec. w nocy jedziemy samochodem do warszawy. alleluja.

zlota suknia.

tyle mialam lat co malina. boze narodzenie i sylwestra spedzalismy tradycyjnie w zakopanem. dom wczasowy rzemieslnik. w moich wspomnieniach jedno z najpiekniejszych miejs na wakacje. betonowy, socrealistyczny kloc z dlugimy korytarzami do zabawy w chowanego, schodami z genialna porecza do zjezdzania, wielkim mosieznym gongiem nawolujacym na posilki, swietlica z telewizorem, kawiarnia na gorze z kominkiem i soczkiem porzeczkowym, ktory mimo mlodego wieku moznabylo sobie samemu kupic i saczyc w towarzystwie znajomych i nasladowac doroslych. a to sie dostalo pierscioneczek z drewniana biedronka a to kapcie goralskie z futerkiem a to serdaczek.
w sylwestrowa noc mama z ojczymem wyczarowali moja wymarzona lalke, karty do gry, ksiazke z obrazkami, mama wystroila sie w zlota suknie, zlote buty i poszla na gore troche potanczyc. powiedziala, ze zanim przeczytam ksiazeczke to wroci, ze tylko chce zobaczyc jak tam na gorze jest. wzielam sie wiec grzecznei za ksiazeczke. nie umialam czytac, wiec szybko mi jakos zeszlo. troche poprzytulalam lalke, troche pogralam w karty, ale to byl czarny piotrus, wiec kiepawy do gry w pojedynke. chcialam byc grzeczna coreczka wiec jeszcze raz przeczytalam ksiazeczke i na tym moja cierpliwosc sie skonczyla, bo ile mozna tam na gorze ogladac "jak to jest" jak ja tu czekam i czekam. zapielam pizame pod szyjke, drzwi od pokoju zatrzasnelam i zaczelam sie wspinac po schodach. na gore.  jeju!!! a tam! serpentyny jakies, konfetti, glosna muzyka, ludzie jacys weseli tancza. stanelam sobie w kaciku i zaczelam wygladac mamy. ani widu ani slychu. juz mialam sie przedzierac przez tanczacy tlum, kiedy do glowy przyszedl mi fantastyczny pomysl. poszlam na scene. na scenie skaldowie (albo jacy inni trubadurzy?) a ja w pizamie przerywam muzyke w misji poszukiwania mamusi. no to pan pyta przez mikrofon:
 – a gdzie jest twoja mamusia?
 – tu. gdzies.
 – a jak wyglada?
 – ma zlota sukienke i jest najladniejsza.
moja mama byla tak zawstydzona, ze nie wiedziala jak mnie zabrac. jak weszla na scene to publicznosc nagrodzila ja brawami. potem zostala zreszta krolowa balu. jak sobie dzis pomysle, ze miala wtedy 27 lat to mi sie smiac chce, ze byla prawdziwa gowniara. dla mnie byla krolowa. to chyba jedyny raz w moim zyciu, ze zrobilam cos zupelnie zakazanego, niegrzecznego a mimo to mama przytulila mnie i uglaskala do snu. moze dlatego jest to jedno z moich najwazniejszych wspomnien z dziecinstwa?
jedno co wiem, to to ze potem spalam do rana jak susel i ze ta zlota suknia przetrwala moje wszelkie przeprowadzki.

wczoraj poszlam do piwnicy, znalazlam ja w kilka sekund, zalozylam. maz i malina oniemieli. nie wiedzieli o istnieniu tego cacka. to nie jest sukienka tylko suknia. do ziemii. zloty braz wyszywany zlota nitka we wzory jakby egipskie ale jakies takie kwiatowe. z przodu kolnierz biegnie do gory, z tylu gole plecy. to bedzie moja sylwestrowa kreacja. jutro biegne do krawcowej na zwezenie w biuscie.

tyle roznych wariacji przezylismy razem ale ten sylwester jest nasza premiera. prawdziwy bal.

miara zmeczenia

wczoraj zasnelam u dentysty. w czasie borowania. on sie zorientowal dopiero jak zaczelam pochrapywac. dzis rano zaparkowalam, poszlam do automatu, zeby zaplacic. marzne, marzne, wkurzam sie, ze automat nie dziala, monety nie wchodza az nagle rozumiem, ze wpycham do automatu klucze od mieszkania a monety sciskam kurczowo w drugiej rece.
jestem tak zmeczona, ze ze zmeczenia nie moge spac.

matka czlowiekiem

jak nie ma tatusia to obiadujemy skromniej. jakims talerzem zupy, albo kanapeczkami albo zwyklym awokado do wydlubania lyzeczka czy nalesnikami. malina poprosila dzis jednak o "porzadna" kolacje. od tygodnia wolno jej zapalac zapalkami swiece. wystawilysmy rozne sery, wedline, krem z baklazanow, pokroilysmy ogorki w laseczki a pomidory na poloweczki, polozylysmy nowe serwetki z serduszkiem czerwonym, swiatecznym i zaczelysmy sie raczyc. tak sobie pojadlysmy. pojadlysmy. malina w chwili wzruszenia wyjawila mi, ze w kieszeni jej super-hiper kurtki tkwi kanapka, ktora sobie zabrala na przerwie na dwor ale potem potrzebne jej byly obie raczki, wiec kanapke wlozyla do kieszeni i tak sie zastanawia juz od dawna jak mi to powiedziec.
 – wlasnie tak. tak jak teraz. – mowie wzruszona, bo malina od dawna juz nie klamie i choc to juz nie jest nowe to wzrusza mnie wciaz od nowa – bo teraz wiadomo, ze kurtke trzeba uprac a ty na drugi raz bedziesz wiedziala, ze na wszelki wypadek zawsze trzeba wziac serwetke do kanapki.
i tak sobie sielankowo podgryzamy a to serek a to ogorka az robi sie pozno. zabieram sie za porzadkowanie stolu, ale malina kategorycznym gestem wskazuje mi moje krzeslo:
 – ty siedz! ja posprzatam.
i zaczyna sprzatac, meczyc sie z folia do sera, krecic glowa jaki nieporzadek w zmywarce, bo noze pomieszane z widelcami… nie przeszkadzam jej, podaje grzecznie talerze ze stolu. tlumacze, ze goracej pomidorowki nie mozna wstawiac do lodowki. gotowe. malina bierze sie pod boczki i pyta:
 – wiesz, ze czlowiek musi czlowiekowi pomagac?
 -… tak.
 – dzis mielismy to na religii. ludzie musza sobie pomagac, wiec ci dzis pomoglam. ty jestes czlowiekiem i ja tez. to pasuje, co?
 – pasuje.