kurcze:(

jak nie ma zimy to katastrofa, bo ocieplenie klimatu. jak spadnie snieg to tez katastrofa, bo juz w zasadzie nikt sie nie spodziewa sniegu w zimie. nic nie lata do monachium. lotnisko zamknite. utknelam w düsseldorfie. malina ma jutro bal piracki a jej stroj jest w… mojej walizce. 

wieczorne przeprosiny.

caly wieczor wczoraj i dzis przy sniadaniu tlumacze temu dziecku:
 – jestes swiezo po chorobie. uwazaj na siebie, nie biegaj. wszystko powolutku. w horcie jak nie trzeba bedzie to nie wychodz na dwor.
dziecko rozumie. wie, ze jak bedzie kaslalo to nici z czwartkowego balu. nici i wyjazdu na narty w niedziele na tydzien. w ogole nici i katasrofa ogolna.
odbieram ja z hortu. wszystkie dzieci w srodku a moje dziecko z kolezanka na dworzu. siny nos, sine rece, bo rekawiczki zostaly niechcacy w szkole. jezusie jak ja sie wkurzylam! obiecalam, ze jak raz zakaszle to nie pojdzie na bal. i niech sobie lezy w lozku w przyszly tydzien zamiast jezdzic na nartach w pieknych gorach. i co ma mi do powiedzenia? po co tlumacze jej jakbym miala dziecko, ktore cos rozumie? skoro ona nic nie rozumie???  i co ma mi do powiedzenia?
malina szepnela tylko: – nic. a w domu zamknela sie w swoim pokoju. przechodza zobaczylam wywieszona karte: wielkie oko a z niego kapiace lzy jak deszcz. ale ja wciaz blam matka wkurzona i pomaszerowalam do kuchni robic kolacje. malina przychodzi po pewnym czasie z rysunkiem: my dwie, lekko skrzywione wprawdzie ale strasznie poplataly nam sie ramiona i sie przytulamy:
"LIEBE MAMUSIA ES TUT MIR SER LEIT ICH LIEBE BICH" a pod tym my dwie ze strzalkami: mamusia, malina. przytulilam maline i wycalowalam a ona na to: no tak sobie wymarzylam. wiem, ze nie mozesz sie usmiechac, bo jestes na mnie zla, wiec narysowalam nas smutne, ale i tak sie kochamy. tak jak teraz.
a maz w tle wycieral sobie oczy. ciekawe czemu.

zgotowalam malinie niezly cyrk.

od ponad miesiaca jestesmy zaproszeni na urodziny znajomego, ktorego juz ponad rok nie wiedzielismy, bo ciagle nam cos wypada. prezent gotowy, ale ja jednak decyduje, ze zostane w domu, bo zwyczajnie jestem tak rozwalona ta choroba, ze wejscie po schodach kosztuje mnie zadyszke, jak po dlugim biegu. no to maz tez chce zostac. namawiam go zeby poszedl sam, bo bedzie super i poza tym nie wypada. ok. pojdzie sam a ja do wanny i do lozka. cos mnie jednak kusi by w koncu pojsc do remontowanej piwnicy- nie bylam juz od trzech dni. wchodze i szlag mnie trafia na wszystko, gdzie nie spojrze to szlag mnie trafia jeszcze raz, dobrze, ze zawalu serca nie dostalam. gramole sie boczkiem po schodach, (zeby nie rozwalic swiezo polozonych plytek) na gore i napadam na meza. niewinnego zreszta, ale na kogos musze wylac moj wielki zal. dyskutujemy zywo, bo maz tez wkurzony, omawiamy plan dzialania. jutro rano porozmawiamy z panami na serio, bo to tempo to nie na nasze nerwy. a do okien zadzwonimy po inna firme. ok. strategia omowiona. maz zostaje odprawiony na przyjecie. polecial jeszcze do maliny na gore, zyczyl jej dobrej nocy i poszedl. sprzatnelam ze stolu i krzycze do maliny zeby juz sie przebrala w pizamke. odpowiada mi glucha cisza. aha. dziecko ma w nosie pizamke i moje prosby. w bojowym nastroju ide na gore i co widze? malina w pizamie, zabki umyte, pokoj wysprzatany. wlasnym oczom nie wierze ale czuje, ze o cos chodzi, bo malina siedzi wyraznie zmartwiona.
 – cos sie stalo?
 – nie wiem.
 – jak to nie wiesz? przeciez widze, ze jestes jakas dziwna?
 – nie jestem.
 – co sie stalo?
 – nic. ale musisz mi powiedziec prawde… – i malina placze az mi sie swiat zatrzymuje na chwile w miejscu.
– ? jaka prawde? o czym?
– no bo ja wole zebys mi powiedziala prawde, ze sie rozwodzicie.
– no co ty? malina! skad ci to przyszlo do glowy? ja tatusia kocham najbardziej na swiecie i tatus mnie!!! nigdy sie nie rozejdziemy!!! no co ty! myslalas, ze sie klocimy przez te piwnice? – sciskam maline ze wszystkich sil, bo placz normalnie nia lopoce. teraz rozumiem.
 – tak. i tatus sobie poszedl. tu namalowalam takie serce i jak chcesz to mozemy do niego zadzwonic zeby wrocil.
 – malina!!! tatus poszedl na przyjecie a ja zostalam w domu, bo jestesmy chore. wroci jak bedziemy spaly.
 – naprawde?
 – oczywiscie!!!
poplakalysmy sobie razem, zadzwonilysmy do tatusia, ktory na te wiadomosc od razu chcial wracac. uspilam ja przytulona i chyba na nic sie zdalo trzymanie z daleka przez ostatnie trzy dni, skutecznie wymienilysmy wszelkie dostepne nam bakterie i virusy.

malina feministka.

 
– w szkole opracuja same kobiety. – stwierdza ni z gruszki ni z pietruszki malina.
 – mmm… niezupelnie. a wasz stroz?
 – stroz. stroz. jest tylko jeden. ale nauczycielki to same kobiety!

rzeczywiscie. racja. co moge powiedziec malinie? ze naucielki malo zarabiaja i zaden facet nie utrzymalby z tego rodziny? ale malinie wyraznie zebralo sie na samodzielne rozmyslanie i wcale nie potrzebuje mojego intelektualnego wkladu. mysli glosno:
 – to jasne, ze nauczycielki to same panie. to jest bardzo trudna praca. mezczyzni nie moga byc nauczycielami, bo oni by uczyli samych glupot. a kobiety sa powazne.

matka nieustraszona.

parkujemy pod gabinetem lekarskim. wszedzie zaspy, za malo miejca na samochod. wszystko pika zeby nie parkowac, ale nie mam czasu na szukanie innego miejsca, wiec rozjezdzam zaspe bezlitosnie, troche buksujac do przodu i do tylu.
 – mamusia, popsujesz kola! – ostrzega mnie malina.
nadal rozjezdzam zaspe bezlitosnie i w milczeniu, bo czas ucieka.
 – mowie ci: popsujesz kola!
zaparkowalam z sukcesem. malina kreci glowa:
 – moj boze! ta kobieta niczego sie nie boi!!!

pani maz, kochaniutka…

moj maz jako 14 letni chlopak mial oficjalne pozwolenie na palenie papierosow. byle nie w domu. dlatego prawie nie palil, bo to go wcale nie wzruszalo. po maturze zamarzyla mu sie natychmiastowa praca i w zadnym wypadku studia. poszedl do warsztatu. tesciom bylo smutno, ale nie protestowali, bo taki byl ich styl wychowania. maz lubi prace fizyczna i tak sobie w tym warsztacie slusarskim od razu nawet niezle zarabial, wiec ogarnelo go szczescie jakie zna kazdy kto w wieku 18 lat moze zaczac zbierac na motor z wlasnej pensji. po kilku miesiacach zadowolenia naszly go pierwsze reflekcje. i co? teraz juz tak cale zycie? ciezka praca, do domu, obiad, tv, spanie? wpadl w panike. postanowil zrobic dyplom i wiac gdzie pieprz rosnie czyli na studia. potem jego losy potoczyly sie jak po masle, dwa fakultety, kariera, fantastyczna zona (hehehe!), sliczne dziecko.
i strasznie chce mi sie smiac, kiedy przez nasza chatke przelewa sie koleja fala robotnikow. a to drzwi, a to kominek, a to plot, a teraz piwnica. panowie robotnicy z lekka ironia patrza meza, ktory przeciska sie po korytarzu wsrod worow cementu tak zeby nie pobrudzic eleganckiego plaszcza czy garnitur. nic nie mowia, ale wiadomo co mysla a na kazda rurke maja jakas niesamowita historie, na kazda krzywa sciane, na kazdy krzywy prog, bo im sie wydaje, ze moga kazdy kit wciasnac. dopiero kiedy dochodzi do wieczornego piwa po fajrancie maz zaczyna sie wypytywac o to i o tamto, zna sie na rzeczy i rzuca mimochodem:
 – … no nie bez powodu jestem dyplomowanym slusarzem.
i wtedy powinna wchodzic piekna muzyka, lody topnieja, bariery pekaja, granice sie zacieraja jak slady na piasku… no trafil swoj na swojego! a nastepnego dnia, kiedy podaje kawe w wielgachnych kubkach dostaje tez oficjalne blogoslawienstwo:
 – pani maz, kochaniutka to swoj chlop. niech pani o niego dba, bo to skarb. prawdziwy skarb!

no jak wyzdrowieje to zaczne dbac.

kazdy z wlasnej perspektywy.

ani jennifer aniston ani angelina jolie nie sa w moim typie. ale za nic nie moge uwierzyc, ze komus moze podobac sie bardziej jennifer z jej konska twarza i konskimi kolanami niz wiotka angelina. jednak kobiety, ktore raczej utozsamiaja sie z ciepla dziewczyna z sasiedztwa krzycza wspolnym glosem na wszelkich plotkarskich portalach zeby bratt wracal do bylej porzuconej zony. niewiele kobiet utozsamia sie z piekna angelina. chyba w tym sek.

jestem chora i umieram na kaszel i katar, dziennikuje wiec od wczoraj jak kiedys. i jak kiedys widze, ze tragiczna prawda jest dla wielu realna a opis szczescia klamstwem. dlaczego latwiej identyfikowac sie z nieszczesciem? dlaczego latwo w nie uwierzyc? to jest zycie? prawdziwe zycie?

malina sama w domu.

malina chora. musze poleciec do apteki zeby nie wiem co, bo tatus wroci dopiero noca. przygotowuje maline jak na wojne. tu masz telefon, ten guziczek naciskasz, nikomu nie otwierasz, siedzisz przy swoim stoliczku i nie ruszasz sie ani na krok. ani na kroczek. potrzebuje kolo 10 minut i umieram ze strachu co moze wydarzyc sie w tym czasie. no. lece. a tu taus wyladowal wczesniej i pierwsze co robi: dzwoni do domu. malina dlugo nie odbiera, bo nie moze sie zdecydowac czy nacisniecie zielonego guziczka w telefonie to to samo co otworzenie obcemu drzwi albo wlaczenie gazu. poniewaz diokladnych wytycznych nie bylo, naciska guziczek.
 – tatus!!! chyba nie moge z toba rozmawiac. mamusia poszla do apteki.
zaczynaja rozmawiac sobie i nagle malina czuje, ze koniecznie, ale to koniecznie musi siusiu. tatus mowi, zeby wiec zrobila siusi, ale malinie nie wolno ruszac sie ani na krok z pokoju. tatus tlumaczy, zeby caly czas z nim gadala, polozyla sluchawke na poleczce i zrobila siusiu. wracam do domu. zastaje maline siedzaca wygodnie na toalecie jak na fotelu. opowiada wlasnie cos wesolo, na moj widok traci wigor i szybko tlumaczy, ze tatus jej pozwolil…

+++++
trzy dni pozniej jestesmy u lekarza na sluchaniu plucek. lekarka pyta o ktorej malina robila inhalacje solne. przyznaje, ze dokladnie nie wiem, bo wrocilam z pracy o 15:00. pani usmiecha sie do maliny:
 – ojej. a jak mama pracuje, co ty sama w domu siedzisz?
malina dumnie kiwa glowa:
 – tak. zawsze sama. zawsze! ale kiedys w koncu mama wraca z pracy.
lekarka patrzy na mnie rozbawiona, bo wie, ze jestem mama raczej nadopiekuncza. odpowiadam wiec spokojnie:
 – tak, siedzi sama do poznego popoludnia, gotuje, sprzata i prasuje. jak wracam do domu to obiad stoi juz na stole.
najbardziej mi sie podobalo, ze malina zalapala ironie mojej wypowiedzi i sie szczerze usmiala.

niezasypianie malinowe

bajeczka przeczytana po polsku przez mamusie lub po niemiecku przez tatusia. masaz nozek na dobranoc przez tatusia albo nucona kolysanka przez mamusie. a potem malina potrzebuje cos kolo 10-15 minutek i spi jak aniolek. a dzis nie moze. kreci sie, wierci, kaszle. ide ja zaglaskac do snu.
 – czemu nie spisz kochaneczko?
 – no nie moge spac, bo jestescie tak cicho, ze caly czas sie boje, ze gdzies sobie poszliscie. i slucham i slucham i nic nie slysze.