tak od bozego narodzenia mialam wrazenie, ze cos dziwnego dzieje sie w moim zyciu, jakos przyjemnie, jakis problem nie istnieje, milo bez powodu. ale wczoraj wieczorem swiat wrocil do zwyklej rownowagi: moja mama jest znow smiertelnie obrazona.
wirtualne zycie rodzinne.
fejsbuk jak mnie wkurzal tak zaczyna mnie fascynowac. moge sobie sobie na przyklad przeczytac co mysli jeden z moch klientow na temat pewnych butow, ktore mozna dzis kupic tylko w usa a w niemczech jeszcze nie i dyskutuje o tym ze swoja zona. ciekawe o czym rozmawiaja jak on wraca do domu. pewnie nigdy nie wraca, bo jak siedzi caly dzien w fejsbuku to kiedys musi odwalic swoja robote, czyli w nocy, czyli wraca pozno, czyli ma stresujaca prace i brak czasu na zycie prywatne. co za paskudna branza.
zycie. szczegolnie zycie wirtualne.

wieczorne zawirowania
malina idzie do lazienki przygotowac sie do snu i nagle slsze jej rozpaczliwe:
– mamuuuusiuuu!!!
biegne na gore, bo slysze:
– cos mi sie stalo w nogi i w pupe!!! zrobily sie czarne!!!!
po boze, co to moze byc? wpadam do lazieki i widze zrozpaczona maline, ktora dostala dzis na sport nowe spodnie (czarne) i szara bluzke z czarna barbamama. no i teraz widze, ze polowa tych spodni w postaci czarnego pylu zostala na malinie. wrzucam dziecko pod prysznic. uffff. malinowy kamien spada z serca i malo nie tlucze mi kafelkow w lazience.
nastepny kawalek doktora dolittle, kolysanka misiowa i… telefon. wrrrrr. odbieram takim tonem, zeby przestepca wiedzial, ze go potepiam! ale to wychowawczyni maliny. chodzi o jakas tam skladke, ktorej nie zaplacilam, a malina oddala jakas koperte z literkami i pani sie martwi, ze moze te pieniadze zginely. (maz potem sie smial, ze powinnam byla powiedziec: jak to? przeciez tam byly te pieniadze!) wyjasnilysmy, ze ja zupelnie o skladce zapomnialam a malina zwyczajnie oddala jakas koperte. bo inne dzieci cos oddawaly, wiec nie chciala byc gorsza. no i tak sie zagadalysmy o malinie, ze tak madra, ze taka stabilna, wesola, mila, zawsze w dobrym humorze i chetna do kazdego zadania i ze taka opalona wrocila z ferii… no tak sobie pogruchalysmy o malinie i zyczylysmy sobie dobrej nocy. szczesliwa poszlam jeszcze raz wycalowac maline na dobranoc a tu? kupka nieszczescia cala we lzach.
– co sie stalo? – martwie sie natychmiast.
– wiem z kim rozmawialas…
– no tak i co?
– i wiem czemu pani do ciebie zadzwonila…
– czemu? … czemu?
nauczycielka ostrzegla maline i jej kolezanke z lawki ze powiadomi rodzicow, ze dziewczynki orakjtycznie caky czas gadaj i przeszkadzaja w zajeciach.
– tak?
– no i porozmawialysmy z chaline, ze sie poprawimy! i sie poprawimy. naprawde.
a no to dobrze. niech sie poprawia. ciekawe czy im sie uda:-)
nie tylko przesilenie ale i gluchota
maz zadzwonil do mnie do pracy w momencie, kiedy szybko cos konczylam i sluchalam go wpradzie i slyszalam, ale nie wiele chyba zrozumialam co mowil. zauwazyl, ze jestem myslami gdzie indziej, wiec sie szybko pozegnalismy. w czasie malinowego sportu przypomnialo mi sie, ze lodowka pusta, wiec polecialam po zakupy. wracamy do domu, triumfalnie – jaka ja jestem zapobiegliwa matka i zona co sie o rodzione troszczy! – otwieram lodowke i widze, ze tam jeszcze zostalo miejsca troche na twarozek. kolanem poupychalam co moglam a z reszty ugotowalam wielki tajlandzki obiad. maz wrocil do domu, otwiera lodowke a tam wyskakuje na niego podwojna porcja jajek, mleka, masla, twarozkow, serow, wedlin, avokado…
wiosenne przesilenie
ledwie zaswiecilo slonce a mnie ogarnia wiosenne roztargnienie. wychodze z biura, odwijam gume do zucia z papierka. papierek pakuje do ust, gume do popielniczki stojacej na schodach. dopiero w samochodzie czuje, ze smak i konsystencja dziwna. ble.
nosze dzis wsciekle rozowa bluzke zeby jakos zawalczyc z ta bolesna buroscia, ktora slonce bezlitosnie obnaza od rana. wiosna jest przereklamowana. zewszad wylazi zgnily syf. dopiero lato da
sobie z tym syfem rade i pokryje wszystko kojaca zielenia.
malinowy maz
zaproszenie przyszlo w rozowej kopercie oblepionej rybkami, malzami i osmiornicami. w srodku zaproszenie na urodziny podwodne od moritza. no jak to pieknie, ze o tobie pamietal!
– no oczywiscie! – malina nie widzi w tym nic nadzwyczajnego – przeciez to moj maz!
malina wziela z nim slub jeszcze w przedszkolu, ale sadzilam, ze sorawa sie orzedawnila, bo nawal obowiazkow przeszkadza nam w kultywowaniu znajomosci. urodziny podwodne.
– moze bedziesz piratem? – pytam peln nadziei, ze kostium z düsseldorfu bedzie mial swoj druga szanse.
– piratem?!!! – malina jest wyraznie rozczarowana moj ograniczona wyobraznia – mamusiu, to jest party p o d woda a nie n a wodzie!!!
no tak. i co teraz?
– moze bede konikiem morskim?
– ja bym ci razcej radzila zebys zostala syrenka.
– syrenka!!! tak! bede syrenka!!! – cieszy sie malina, maluje obrazek pelen rybek (polykanych przez wielkie ryby) i usmiechnieta syrenke. po drugiej stronie smaruje list – odpowiedz na zaproszenie:
LIEBER MORIZ DARF ICH MICH ALZ EINE MÄJUNG-FRAU FAKAJDEN DANKE DAS ICH ZU DEINEM GEBUR GEBURTZTAG KOMEN DARF DEINE MALINA
list jest pelen bledow. nastepnego dnia dzwoni moritz i oznajmia malinie, ze to najpiekniejszy list jaki dostal w zyciu (wszedzie zamiast kropek nad i, ä, j malina namalowala serduszka), ale malina zle napisala jego imie. nie ma "t". innych bledow jakos nie zauwazyl. gadali ponad pol godziny przez telefon.
poczatek konca
o jezus! malinie rusza sie gorna jedynka. do szkoly odprowadzilam ja za raczke. jakies wzruszone i skupione bylysmy. moze obie czujemy, ze to zaczyna sie konczyc dziecinstwo?
malina w gorach.
malina jezdzi szybko, zdecydowanie, ale nie szaleje. swietnie hamuje, skacze po muldach i szancach, dla zabawy jezdzi raz na jednej, raz na drugiej nodze. jedzilysmy glownie czeerwonymi trasami, wiec bez ekscesow. malina w czasie szusowania prawie caly czas cos wola, spiewa a jak jezdzi bez kijkow i trasa jest latwa to urzadza sobie teatrzyk kukielkowy z obu rekawiczek i wtedy jedzie ona i jakies dwa stworki.
ostatniego dnia jezdzilismy w towarzystwie kolegi – rownolatka, ktorego tata jest nauczycielem istruktorow narciarstwa. zima nils wszystkie weekendy spedza na stoku. jezdzi jak mlody bog, wiec nie chcialam wspolnych jazd w ciagu tygodnia, zeby nie bylo stresu. okazalo sie jednak, ze dzieci jezdza tak samo i sie swietnie bawia.
najbardziej jednak podoba mi sie, ze malina poddaje sie atmosferze gor. na wyciagu milknie, marzy, cieszy sie drobinkami sniegu w powietrzu, ktore mienia sie jak diamentowy pyl… urok bialej przestrzeni…
raz polozyl mi reke na ramieniu i oznajmila:
– teraz w te wakacje to nie tylko jestesmy mamusia i dziecko tylko kumpelki, prawda?
– prawda.
raz pozyczylysmy wieczorem sanki. wlasciciel chaty krecil glowa i ostrzegl, ze jak nie zdazymy na ostatni wyciag to nie bedzie po nas jechal na motorze snieznym na dol. w polowie zjazdu zrozumialam, ze to glupota. wpadalysmy w zaspy. bylo tak stromo, ze hamowanie powodowalo prysznic z lodowatzegpo sniegu albo nagle hamowanie i spadanie z sanek, ktorych w zaden sposob nie moglysmy opanowac. na dol zjechalysmy spocone jak wariatki, swinskim truchtem dobieglysmy do wyciagu i jako jedyne niemal o zmroku wjechalysmy na gore zmazrniete jak dwa sopelki. wolfgang, wlasciciel chaty tylko sie poblazliwie usmiechnal. jause na nas jeszcze czekala.
– jak jeszcze raz bede miala jakis podobny glupi pomysl, to mi to prosze powiedz wyraznie! a nie wyciagasz sanki i wysylasz nas na smierc!!! – zawolalam.
– myslalem, ze dosc wyraznie dalem ci do zrozumienia, ze to glupota, ale balem sie ze pomyslisz, ze wam sanek zaluje…
cudowna monotonia
raniutko sniadanie. o 9:00 w pelnym rynsztunku pierwszy zjazd
rozgrzewkowy po stokach swiezutko przygotowanych przez sniezne
gasiennice. dziewicze, gladkie szlaki, nie tkniete jeszcze zadna narta,
bo dopiero o 9 ruszaja wyciagi. takie raczej powolne wozenie sie w dol,
pogaduszki, smieszki. pierwszy wjazd na gore i regularne szusy, skrety,
wyciagi, gondole, szance, slonce jak zyleta, snieg jak diamenty,
diamentowy pyl w powietrzu. w poludnie kaiserschmarrn – najlepszy jaki
w zyciu jadlam. potem znow do 16:30 szusowanie i do chaty na jause.
goracy prysznic, pogaduszki przy piwie, kolacja – ale jaka!!!
rewelacja!!! nierowna walka ze zmeczeniem, rozpaczliwe proby
przeczytania wiecej niz jednej strony w ksiazce. sen w lozku w poscieli
w czerwona kratke pod okienkem z czerwonymi zaslonkami w biale
serduszka. a rano pobudka w niebie: my na gorze, chmury na dole… i
tak codziennie przez 7 cudownych dni…
