szczescie maliny.

malina jest u dziadkow i wcale jej sie do domu nie spieszy. my trzeci wieczor spedzamy w miescie. jemy, pijemy, spotykamy sie.

pomyslalam dzis, ze dla maliny (jak i kazdego dziecka) rodzice musza byc tez bardzo szczesliwi we dwoje. dziecko nie moze czuc, ze szczescie rodzicow jest od niego zalezne. jest. jest. ale to powinnismy czuc tylko my-rodzice.

everybody is sitting in a circle and one kind in the middle… – relacjonuje malina.

malina znow na obozie jezykowym. w pieknej szkole na skraju lasu (montesori) do ktorej wioze ja rano i odbieram o 4 popoludniu. jest tak szczesliwa, ze dzis rano obudzila mnie juz ubrana i gotowa. wskakuje pod prysznic, wyskakuje, schodze na dol zeby zrobic sniadanie a tu malina stoi i wlasnie przerzuca torbe przez ramie: juz w butach, kurtce, czapce. gotowa do wyjscia. musialam ja przekonac, ze mamy ponad godzine i nie musimy sie spieszyc. rozebrala sie niechetnie. jej umiejetnosc wpasowania sie w grupe zupelnie obcych dzieci, obcych nauczycieli, ktorzy w dodatku nie umieja prawie wcale po niemiecku zachwyca mnie co rano. jest smiala, pewna siebie, zadowona z zycia i ciekawa nowosci. panie boze, nie pozwol mi tego popsuc.

zakwasy jezyka

malina pisze test z polskiego i matematyki. kiedys czytalam jej polecenia a ona je wykonywala. teraz chce czytac sama. slownictwo polecen nie jest dostowasowane do umiejetnosci pierwszoklasistki. malina brnie jednak zawziecie. tak sie wczuwa, ze w sumie nie rozumie co czyta. jutro bedzie miala zakwasy jezyka.
w koncu trafia kosa na kamien: narysuj strzałkę. strzalka przyprawila maline o slinotok i zmusila do kapitulacji: mamusiu, przeczytaj mi co mam tu zrobic.
potem jeszcze tlumaczylam co to sa gawry i kotylion.

malinowa milosc.

malina odrabia prace domowa. nie moze sie skupic. zwyczajnie jej sie nie chce i ciagle znajduje jakis powod do pogadania.
 – jak tatus powiedzial: do zobaczenia jutro to mial na mysli rano czy wieczorem?
 – malina pisz a nie rozmyslaj o tatusiu.
 – dlaczego? tatusia kocham bardziej niz matematyke.

figle platane przez los.

to po przez ostatnie tygodnie truje mezowi ranki i wieczory? rozmyslam, kalkuluje, wczuwam sie w siebie, wychodze z siebie, staje obok, przygladam sie sobie uwaznie i probuje odpowiedziec na pytania: czego pragne, kim jestem, jak chce zyc. kiedy juz stoje gotowa, zdecydowna i spokojna, to los kiwa mi przed nosem kolorowa chusteczka i pyta: a co ty na to? a ja na to: nie. nie. nie. ale jestem polechtana za wszystkie czasy, od poludnia nie moge myslec o niczym innym i choc wiem, ze nie pozostanie nie, bo jest malina, ktora chce widywac od czasu do czasu przynajmniej, to jednak sobie wyobrazam co by bylo gdyby.

nie nadazam.

wczoraj bylo chyba oficjalne zamkniecie sezonu narciarkiego. snieg swiezutki, diamentowy, slonce jak zyleta, -5 stopni, puste wyciagi, bo chyba wszyscy obawiali sie tloku i… nikt nie przyjechal, autostrady puste. malina, ktora widziala slalom olimpijski postanowila jezdzic jak w telewizji. smigala z zakretasami, kolanka, ciezar, balans i tempo. przez 6 godzin – z przerwa na frytki – stralam sie dotrzymac jej tempa. w nocy nie moglam spac, tak bolaly mnie uda. dzis ledwo chodze.

u nas w domu.

gotuje obiad. glodny, a nauczony smutnym doswiadczeniem, maz sprawdza temperature pod ryzem i w piekarniku, gdzie piecze sie losos. wyganiam go od garow:
 – albo ufasz, ze umiem ugotowac prosty obiad albo gotuj go sam. jak mnie tak kontrolujesz to trace wiare w swoje sily!

za chwile moj wielki maz przechodzi obok stolu i jak zwykle potyka sie o krzeslo maliny. od 6 tygodni w salonie stoi zawartosc wielkiej piwnicy, wiec trudno sie poruszac, ale to krzeslo to juz tak cierpi na tym remoncie ze nie wiem:
 – czy ty mozesz raz przejsc kolo tego krzesla i go nie kopnac? – smieje sie.
maz sie obrusza:
 – nie krytykuj mnie tak ciagle bo trace wiare w swoje sily.
malina pochylona nad jakims plastelinowym dzielem sztuki kiwa glowa:
 – tak. tak. u nas w domu sa jasne reguly.