jak ja to sobie wyobrazilam, to sie smialam kwadrans!

niemieckimi kartami gramy w slowka po polsku. malina widzi niemieckie polecenie na karcie i czyta je po polsku. fantastyczne. rzucamy kostkami z literkami:

 – rodzaj sportu na "s".
malina mysli, mysli i nic nie przychodzi jej do glowy. podpowiadam, ze moze niech pomysli o sporcie na "sz" to tez sie liczy. malina mysli, mysli i nic.
 – nie wiem.
podpowiadam:
 – "sz… szer… szermier…
 – nie wiem.
 – no szermierka!
malina zdziwiona:
 – a co to jest? jakis sport?
skacze na dywanie i robie kilka (moim zdaniem) charakterystycznych szermierskich ruchow. nieudolna pantonima jak sie okazuje. malina sie rozpromienia:
 – chyba wiem!!!! to jest walka na sz…. sz…
 – no! dobrze! szpaaaa…
 – na szpadle!!! – wola malina triumfalnie.
 

dobre wychowanie malinowe

jestesmy w sklepie z bielizna. malina zachwycona koronkami, jedwabiem, rozyczkami. nagle wyciaga wieszak z czyms czarnym, przeroczystym, zwiewnym i obszytym czarnymi piorkami:

 – mamusiu! jakie to piekne! kup mi to. prooooooosze! zaloze sobie do szkoly!
 – kochana, jak ty bys to do szkoly zalozyla to by sie wszyscy z ciebie smiali!
 – tak? to znaczy, ze nie maja dobrych manierow. sama mowilas, ze jak ktos sie smieje z czyjegos wygladu to nie ma dobrych manierow!

malina genetycznie naznaczona?

pisze historie z wakacji, historie z weekendu, znajduje rymy i zapisuje je w zeszycie. chetnie taska olbrzymi slownik z regalu i sprawdza czy karussel ma dwa "l" czy jedno, bo ja nie mam pojecia. zbiera listki wkleja je artystycznie, maluje, klei, cwiczy na pianinie, czyta w obu jezykach coraz sprawniej i sprawniej, zapamietuje wierszyki po dwohc przesluchaniach, bo rymy latwo wpadaja jej w ucho i sama chetnie sobie slowka rymuje w obu jezykach – no uczy sie to dziecko chetnie i niezle jej to idzie, ale…

ale…
ale…
ale za nic nie moze zapamietac, ze 6+6 to 12, a jak do liczby dodac 1 to to jest zwyczajnie nastepna liczba, mimo wszelakich metod nadal liczy na palcach jak ma dodac do jakiejs liczby 10. meczy sie nad najprostszymi dzialaniami, ziewa, gapi w okno, zgaduje. patrzy na plus i czyta minus. mowi 15 zapisuje 12… i nie wiem jak jej pomoc, bo mialam dokladnie tak samo. matematyka zawsze mnie nudzila, meczyla, zniechecala do zycia. 
czy ja jej przekazalam gen matematycznego hamulca? albo cos jakby matematyczna niedoleznosc? przykurcz miesni matematycznych? 
jak jej pomoc?
pomocy! 

malina wywrotowa

malina siedzi na krawedzi bagaznika. wkladam jej rolki. biale w rozowe esy floresy i lylowe kwiatki. wygladaja jak jakies lyzwy z bajki. 

 – mamusiu, czy ty tez mialas takie ladne rolki jak bylas mala? czy moze to sa twoje?
 – nie. wtedy takich rolek nie bylo. wtedy byly metalowe wrotki.
ludzie czy pamietacie wrotki?
takie wrotki prawie wszystkie byly niebieskie a kilkoro wybrancow losu mialo je w kolorze czerwonym, dokrecane do butow, z bialymi sznurowadlami. ze starosci oblazila z nich farba i zostawala skora, ale to wplywalo tylko na wyglad – uplyw czasu nie wplywal na komfort jazdy. jak kolezanka nie miala wrotek, albo nie chcialo jej sie leciec po swoje ze strachu, ze mama przypomni sobie o nieodrobionych lekcjach i juz nie wypusci z domu, zdejmowalo sie jedna wrotke i dzielilo nia sprawiedliwie. lepsze pedzenie po krzywych plytach podworka na jednej wrotce ale z kumpelka niz potykanie sie o dziury w chodniku wprawdzie na dwoch ale w samotnosci.
malina w gustownym kasku, nakolannikach, nalokciownikach oraz nadgarstnikach rusza do boju niczym rycerz. niepewnie: lewa nozka, praaawaaa nozkaaaa… trzymam ja za lapke i tak suniemy po idealnie gladkiej drodze wsrod lak, na skraju lasu wyprzedzane przez szybszych rolkowcow. jak ja dostalam wrotki to zniknelam z domu i juz. mojej mamie nigdy by do glowy nie przyszlo zeby mnie trzymac za reke a ja wlasnie lapie ulotna mysl czy by… maliny nie zapisac na kurs jazdy na rolkach. totalne zidiocenie. 
po pol godzinie malina zaczyna sobie dawac rade. uzbrojona po zeby przewraca sie co jakis czas, ale zawsze na pupe. na zakonczenie pyta logicznie:
 – dlaczego nie kupilysmy ochraniacza na pupe?

bolesny temat.

na spacerze spotykamy znajoma, ktora pcha wozek z przesliczna 3- miesieczna coreczka w towarzystwie dwoch starszych synow. po krotkim wstepie, zachwytach i komplementach wciagamy sie w wymiane zdan o ciezkim porodzie, ktory zakonczyl sie niezbedna cesarka – trzecia juz niestety. maz nie rozumie wiele, malina laskocze dzidziusia w stopki, sciskamy sie na pozegnanie  i idziemy dalej. malina zamyslona. za zakretem pyta:

 – mamusiu, czy urodzenie dziecka jest bardzo… przestraszajace?
hmmm
hmmm
co by tu powiedziec? mam!:
 – z urodzeniem dziecka to jak u dentysty: jednego boli, innego nie.

jak mus to mus.

odkad malina chodzi do szkoly brzydko je. brzydko trzyma sztucce, wierci sie, ciagle cos jej spada na ubranie a od niedawna mlaszcze. uwazam, ze trzeba glownie wychowywac dobrym przykladem, wiec staram sie nie poprawiac jej bez przerwy, ale czasem juz nie moge:

 – nie trzymaj widelca jak malpka. –
 – nie przeciagaj sie przy stole. – 
 – nie bierz tyle do buzi. – 
 – nie mow z pelna buzia. – 
 – nie mlaszcz! – 
taka moja litania, ktora na niewiele sie zdaje. dziecko, ktore kiedys slicznie jadlo, je brzydko. i juz. 
dzis postanowila mi wytlumaczyc czemu mlaszcze. myslalam, ze powola sie na brakujace zeby, ale malina powalila mnie bardziej wyrafinowanym wytlumaczeniem. jak za dlugo gryzie z zamknieta buzia to brakuje jej powietrza, bo oddychanie nosem to jednak nie to samo! dlatego otwiera buzie i chcac nie chcac mlaszcze.
musi, bo sie udusi, amen.

telegram.

serce skaczace. prosze zbadac tarczyce. przeswietlenie – tarczyca skurczona jakas. badania krwi. tarczyca w porzadku. silna anemia. skad anemia. prosze zbadac zoladek. sonda zoladka. zoladek w porzadku, troche zapalony, jakies tabletki maja pomoc. no to zelazo na anemia. bol plecow nie pozwala wstac z lozka. ani wsiasc do samochodu. ortopeda. ciagnie i wygina. kregoslup nosi jakis ciezar, prosze go zrzucic. stop. dodatkowe wyniki z laboratorium. tarczyca robi a kuku. hashimoto. 

jutro malinowe swiadectwo. bialogora. sardynia. obcielam wlosy na krotko i wygladam jak podgrzybek.

jestem.

serce przebadane, wysluchane, podgladane na usg. jak trzeba sie spiac, wysilic to bije jak dzwon, jak ma sie uspokoic to nie umie tylko sie potyka jak pijany zajac. teraz dostane ekg calodobowe i zobaczymy jak czesto sie tak zachlystuje, potyka i podskakuje jakby mialo czkawke. pani doktor poradzila przebadac tarczyce. no wiec podgladlismy tarczyce. skurczona jakas, wiec przebadalismy krew na hashimoto. na szczescie trop byl falszywy. okazalo sie jednak, ze mam bardzo silna anemie i zadnego racjonalnego powodu do niej. no moze poza zoladkiem, ktory tez podgladalismy na usg. w przyszlym tygodniu wpuscimy tam kamere i sprawdzimy od srodka o co chodzi. w karku mam taki bol, ze budze sie co rano sztywna i nie moge wstac z lozka. chodze na masaze, ktore pomagaja na kilka godzin. pan homeopata mowi, ze wylazi ze mnie stres, bol, niezadowolenie i smutek i zebym sie za te uczucia zabrala jak najszybciej, bo szkoda zycia. mimo wszystko czuje, ze jest lepiej. przychodza swieze pomysly, cierpliwosc malinowa, ogrodowa opalenizna i "zapominanie" komorki na czas zakupow.

od przyjaciol same smutki. glupie, niesprawiedliwe choroby. pewien glupawi facet, ktorzy zostawia z dnia na dzien fantastyczna zone z malymi dziecmi, smierc niespodziewana, choc spodziewana.

jest nijak.

w dniu kiedy mieli mi badac serce, padly wszytkie komputery w klinice. nastepny termin mam 12-go. nie umiem odpoczywac, na niczym sie nie moge skupic, nie moge sie zebrac w sobie, ale tez zupelnie dac sobie luz tez nie. mecze sie zamiast cieszyc 3- miesiecznym urlopem.

maz i malina sprawili, ze przezylam w tym roku jedne z najpiekniejszych urodzin w zyciu.

mozliwosci morze.

odprowadzilam maline do szkoly i teraz:

 – moglabym pojsc na basen
 – moglabym polozyc sie pod lipa i czytac ksiazke
 – moglabym dokonczyc przesadzanie roz
 – moglabym odpowiedzeic na mily sms i pojechac na starowke na kawe z mila osoba
 – moglabym pojezdzic na rowerze (dobre na serce i na gruby tylek)
 – moglabym ulozyc wreszcie w szafach
 co za stresujacy poranek.