dziekuje.

dziekuje wam serdecznie za kochane komentarze. u mnie nikt w rodzinie nie ma klopotow z sercem, wiec jakos nie sadze, ze to choroba. moje zycie zawirowalo przez chwile, musialam w krotkim czasie przeprowadzic wiele waznych rozmow. decyzje o pracy podjelam pod wplywem impulsu i kilka osob bardzo mnie za to skrytkowalo, ze stchorzylam przed samodzielnoscia, ze przechodzi mi kolo nosa wielka szansa, ze przeskakuje z jednej pracy do drugiej, ze w sumie nic sie nie zmienia. troche mnie to uklulo i troche zwatpilam w swoja intuicje. ale potem przegadalam wszystko z mezem. samodzielna moge byc z dnia na dzien. to mi nigdy nie ucieknie. i jednak zmieni sie duzo, bo inni klienci, bardziej swiatowo, bardziej profesjonalnie, wieksze projekty, wiec akurat nie jest zle, ze mam swoja rutyne, ze dobrze wiem o co chodzi, bo jest malina i nie mam czasu na wywracanie wszystkiego do gory nogami. ani czasu ani sily ani ochoty. 

a w czwartek ide na badania i oczywiscie wszystko bedzie ok.




serce nie sluga.

zbuntowalo sie szarym porankiem i grzmotnelo taka sila, ze malo nie umarlam ni to z bolu ni to ze strachu. przyjechalo pogotowie, bol minal, pozostalo tylko takie dziwne uczucie drewnianych pluc. ekg ujawnilo nierowny rytm, cisnienie wysokie jak giewont, jakies szmery. w czwartek ide na caly dzien na badania kardiologiczne. nie wiem so tam badaja. cale zycie mam niskie cisnienie i nie znam nikogo z klopotami sercowymi. troche sie martwie. lekarz powiedzial, ze albo cos z zastawkami albo stres. smutno mi i widze, ze maz sie przejal i zmartwil. tak sobie czlowiek zyje beztrosko i wkurza, ze na przyklad leje deszcz a tu los niespodziewanie stuka w ramie:

 – halo? czy ty w ogole wiesz o co chodzi?
nie wiem.
 

skrzydla

polecialam. wyladowalam. sie zameldowalam w moim ulubionym hotelu (skad wiedzieli?). spotkalismy sie o 14:00. biuro fantastyczne. nowoczesne meble polaczone z podrapanymi scianami. 15 lat temu bylismy "dziewczynami od wszystkiego" (mädchen für alles), stawialismy pierwsze kroki w branzy, wozilismy rezyserow, gotowalismy kawe, cale noce drukowalismy na ostatnia chwile plany zdjec. i wtedy przy jakiejs nocnej, wystyglej pizzy po polnocy, padajac ze zmeczenia obiecalismy sobie, ze to wszystko jest po cos, ze kiedys my bedziemy tym businesem krecili. bedziemy? miesiac temu postanowilismy, ze bedziemy. gadalismy jak spiskowcy, cieszac sie na diabelski plan. prosto z biura poszlismy na kolacje swietowac nasza przyszosc. na koniec, dobrze po polnocy pytam kiedy zaczeniemy klocic sie o warunki? my sie nie klocimy, dostaniesz wszystko czego chcesz tylko powiedz tak. wracam do hotelu, nie spie, bo nie moge i i tak zaraz wsiadam w samolot. wracam do domu. maz mowi, ze wyrosly mi skrzydla. popoludniu na dzien dziecka zabralismy maline do ulubionej restauracji i podarowujemy jej obrzydliwa, plastikowa, rozowa barbie. dziecko nie wierzy we wlasne szczescie i komentuje:
 – mamusiu, ale ty sie smiejesz. nie wiedzialam, ze potrafisz sie tak smiac.


POWIEDZIALAM TAK. tak. TAK. wszystkie moje plany wziely w leb, ale zwyczajnie nie moge powiedziec nie. no nie moge.




co za wieczor.

myslalam, ze malina juz spi. nie. zostalam wezwana na gore  milosnym:
 – mamusiu. chodz szybko. – ten glosik to ja znam. cos tam sie stalo, ale malina nie jest pewna, czy zrozumiem wazkosc sytuacji, czy sie zezloszcze. no zobaczymy. ide.
jedynka gorna rusza sie od miesiaca i za nic nie chce wyjsc. bylysmy u dentysty, ale dentysta powiedzial, zeby zdac sie na nature. no to czekamy niecierpliwie. malina wierci wsrod ciemnosci lapka w buzi:
 – mamusiu, musze sobie to wyrwac, bo inaczej jeszcze polkne w nocy.
idzie do lusterka a ja mam stac i patrzec. ludzie, chyba zemdleje! ona kreci zebem i to chrzesci tak, ze mam gesia skorke. malina chyba widzi, ze zaraz zemdleje i mowi:
 – idz na dol. jak wyrwe to przyjde.
uffffff, uciekam na dol. za kilka minut malina maszeruje triumfalnie z zakrwawiona chusteczka i zebem w rece i… wielka dziura w buzi. o rany… czy to jest moje dziecko??? ten szczerbulec? cieszymy sie niemal do lez. przyprawiamy niemal o zawal serca oma i opa (bo o tej porze nigdy nie dzwonimy) – malina zbiera gratulacje, kontaktujemy sie skypowo z babcia w warszawie, ktora zalewa nas rozpaczliwymi informacjami jak to moze teraz wejsc zakazenie i czy boli i boze jak to wyglada – wylaczamy sie z ulga. ale najwazniejsze, ze lapiemy tate, ktory rozklada sobie wlasnie lezanke w samolocie do shanghaju. tatus chce wysiadac z samolotu – malina przytomnie zauwaza, ze jak juz wsiadl to ma leciec i szybko wracac. potem dlugo nie moze zasnac i rozwaza co powie sasiadeczka, co powie roza, co powie clara, co powie pani nauczycielka, co…
no co za wieczor.

+++++++++
jutro lub pojutrze wybije godzina szczerosci. szczegoly w poniedzialek.

czy to glod?

pojechalysmy po roze. lazimy po sklepie oszolomione iloscia cudnych kwiatow. widze lawende, ale jakas inna niz nasza, ma ciemnozielone listki i kwiatki lylowe wprawdzie, ale troche wpadajace w granat. pokazuje je malinie.
 – ladne. a co to?
 – nie widzisz co to? to powachaj, od razu bedziesz wiedziala.
malina wsadza nos w krzaczek.
 – no i co? – pytam. dziecko waha sie krotko i rozmarza sie:
 – pieknie pachnie…mmmmm….
 – jak co?
 – jak smazone kartofelki.

niezbedne wsparcie w malzenstwie.

poszlam dzis na wielkie zakupy. chodze, chodze. najpierw mysle, ze kupie wszystko co mi sie spodoba, bo przeciez nie mam nigdy czasu na zakupy. potem jednak wszystko wydaje mi sie niepotrzebne albo za drogie. przymierzam jedwabna bluzke blekitna jak chmurke i slysze nadejscie sms-a. sprawdzam. o! to maz:
"nie zastanawiaj sie. kupuj."

malinowe marzenia

malina ma dwa tygodnie ferii. wzielam urlop. pierwszy tydzien chcialam spedzic z malina gdzies nad gorskim jeziorem w austrii. w drugim tygodniu chcielismy gdzies w trojke pomoczyc pupy w cieplym morzu.
na zebraniu w szkole pani rozdala nam pierwsze samodzielne "wypracowanie". dzieci mialy samodzielnie dokonczyc zdanie: "ciesze sie na ferie, bo…" rozne sa powody radosci: bo przyjedzie do nas w odwiedziny babcia, bo jezdziemy na wakacje do cioci, bo lecimy samolotem nad morze. malina napisala: "bo bede mogla sie wyspac, siedziec w domu i nic nie robic."
hotel nad wolgangsee odwolalam, co bedzie z nastepnym tygodniem nie wiem. na razie ukladamy puzzle, czytamy ksiazeczki, troche chorujemy. malina jest szczesliwa. nie robimy nic.

co za duzo to niezdrowo.

czasami tygodniami spiewam kotki dwa, potem jest moda na w gorze tyle gwiazd albo na dobranoc dobrywieczor… od kilku dni malina ziewa i odplywa w dzieciecy sen przy wtorze byl sobie krola… normalnie malina cos tam jeszcze mruczy na zakonczenie i w zasadzie juz jej nie ma. glaszcze ja jeszcze troche, zycze pieknych snow i wychodze. ale wczoraj malina calkiem przytomnie i rzeczowo szepcze w ciemnosci:
 – mamusiu, czy oni od razu jak sie zakochali byli z piernika i marcepana czy potem sie zmienili na koncu?
pamietam, ze jako dziecko tez sie nad tym zastanawialam.
 – od razu byli z marcepana, z cukru i z piernika.
 – fajnie… ale myszka oczywiscie nie zjadla calej krolewny, bo myszka jest mala. pewnie zjadlaby pol…
 

blekit

kupilam sobie blekitne cos. moze to byc chusta, moze szal, moze byc sarong. takie to blekitne jak koralik karolci.
wyciagam to cudo z torby, prezentuje malinie w kuchni niby torreador wymachujac w prawo i w lewo a w koncu owijam sie w to jak kokon.
 – no i jak? – pytam.
 – pieknie! pieknie! – wola malina – wygladasz jak nasz samochod!!!

zrzedliwa mama.

wracamy rozbawieni z kolacji po grecku. dziecko ma szybko przygotowac sie do spania. zabki. bajeczka. spanie. malina zaczyna sciagac bluzke razem z koszulka.
 – malina, znowu sciagasz wszystko na raz. nie rob tego, bo niszczysz taka ladna koszulke. zobacz jak sie rozciaga.
malina wysupluje sie z bluzy, koszulka jakims cudem zostaje. malina kreci glowka:
– najpierw prosze patrzec, potem narzekac.