wczoraj.

do ostatniej chwili pracowalam od rana w pizamie. szybki prysznic, makijaz lewa reka, psiknelam sie jakims starym kenzo paletajacym sie po kuchni, ale wskoczylam w nowe cudne, nowe buty, kiecke z solaru i pojechalam. juz w samochodzie czulam, ze chce do lozka zamiast na branzowe party i ze mnie mndli od tych perfum, bo jakies stare i juz nie pachna tylko smierdza. pewnie malina skands je wyciagnela. dotarlam o 22:00. a tam? sami znajomi. stanelam sobie w katku, bo ja teraz juz w moim wieku i na moim nowm stanowisku (hehehe) nie musze szalec, sie umizgiwac i stroic pieknych minek. stalam sobie z drinkiem i dobra kolezanka i ciagle ktos podchodzil, obcalowywal (bleeeee ale inaczej sie nie da), prawil komplementy, pytal jak tam w hamburgu mi sie zyje. w pewnym momencie zebrala sie grupka calkiem waznych klientow i moja pierwsza szefowa za ktora kiedys nosilam kasety i siedzialam po nocach. niestety zlosliwie skomentowala moja nowa prace:
 – jestes teraz tam a oni ukradli mi moich wszystkich rezyserow!. oni maja moich rezyserow!
zrobilo sie nagle cicho i przez ulamek sekundy niezrecznie. rozesmialam sie:
 – no co ty! teraz maja moich rezyserow!!!
zatkalo ja. tak sobie jeszcze pogadalam do 2 w nocy. wrocilam do domu. przy winie zabralam sie za mojego australijczyka z ktorym mam szanse na wielki projekt. na fejsbuku zaczal mnie seksualnie molestowac jeden z wazniejszych klientow. najpierw myslalam ze zartuje. opowiadal jak pieknie wygladalam na tej imprezie i temu podobne a potem sie zrobilo dziwnie. zrozumialam ze jest pijany w 4 d., wiec sie wykrecilam praca. rano napisal mail z przeprosinami. odpowiedzialam ze bylo smiesznie i ze jestem zaskoczona, ze w moim wieku cos takiego mi sie przytrafia.

dzis wygralismy projekt stulecia. i to jest moj pierwszy sukces. caly dzien plawilam sie w komplementach i wyrazach uznania.
jutro nie otworze komputera ani przez moment. kupilam sobie pled z mieciutkiej welny, bede szydelkowala, sluchala muzyki a potem pojde z malina na st.martins markt.

jestem zmeczona takim dobrym sluszny zmeczeniem.

dobra matka

odprowadzam co rano maline do szkoly. ma do przejscia trzy malutkie
ulice. dwie bez swiatel i jedna bez porzadnych pasow z mnostwem
zaparkowanych samochodow, ktore ograniczaja widocznosc. ile razy sie juz
nasluchalam, ze nie wolno mi tak traktowac dziecka, ze trzeba pomagac
jej sie usamodzielnic, ze juz jest za duza na odprowdzanie.

po poludniu ze szkoly malina idzie do hortu. zawsze w towarzystwie
przynajmniej dwojga innych dzieci przechodzi przez ulice z porzadnymi
swiatlami, ktore sobie sama wlacza. ile razy sie juz nasluchalam, ze to
za wczesnie, ze takie male dziecko nie moze sie samo platac po ulicy, ze
nie mam wyobrazni.

czytam ten artykul dzis i mysle, ze to jest najtrudniejsza rola w zyciu: dobra matka.

http://wyborcza.pl/1,75480,8596770,Pani_Kasiu__pani_corka_nie_zyje.html

malinowa wspolpraca.

do pracy mam sekretarzyk nad ktorym wisza dwa piekne miedzioryty pani zofii stanislawskiej. ale jakos nie umiem tam wysiedziec. to raczej piekna dekoracja. pracuje miedzy kuchnia a salonem przy stole, gdzie jemy, odrabiamy lekcje, pijemy wino, gramy w gry. jak mam wazny telefon to chodze po calym domu. latem po ogrodzie. malina jest wiec wciaz obecna i wciaz sie wtraca. slyszy, ze dzwonie do rezysera:
 – hallo moritz…
malina wola radosnie: – moritz??? oj pozdrow go ode mnie! tez potem z nim porozmawiam!!!

prosze do telefonu damiana. malina wyraza glosno zachwyt:  – daaamian. jakie piekne imie!!!!

zaglada mi przez ramie, jak umawiam sie prze skypa na sushi:
 – suzi? a kto to jest suzi? w ogole nie znam.

ostatnio szukalam wlasciwiego slowa. malina wtraca: – powiedz po polsku to ci przetlumacze.

najbardziej maline wkurza, ze nie moze ze mna pojsc do biura, bo biuro w berlinie i hamburgu. na pocieszenie poszlaby nawet do mojej bylej pracy.

rodzina malinowa

 – prawdziwa rodzina to sie siebie pyta wieczorem: co bylo ciekawego w szkole, co bylo na obiad. trzeba sobie wszystko przy stole opowiedziec. a ty tylko telefonujesz i telefonujesz. a tatusia to w ogole nie ma. – powiedziala malina i zrobila sobie na kolacje czarny chleb z serem i zagryzla pomidorem.

co to za dziwny czas.

jakby wszyscy znajomi – bliscy i dalecy nagle zdecydowali sie przewrocic wszystko do gory nogami. zaczac od nowa. bez wzgledu na wspolne lata, na wspolne dzieci, na wspolne domy. kryzys wieku sredniego? i nie. nie. wcale nie chodzi tylko o mezow zostawiajacych zony z dziecmi, ale tez zony zostawiajace mezow z dziecmi. dwie przyjaciolki tkwia jeszcze w swoich zwiazkach, bo wciaz brakuje im odwagi by odejsc. sasiadka nie odchodzi, bo boi sie o pieniadze… a milosc? czy na walke o milosc nikt juz nie ma sily?

bo gubie rytm…

Świat pełen jest tajemnic 
I ciepłych miękkich brązów 
Świat lśniący jest od klamek 
I taki rozedrgany 

Świat pełen jest zapachów 
Pajęczych lepkich śladów 
Świat w złocie i w koronkach 
I rozedrganych w dzwonkach 

Nie poganiaj mnie bo tracę oddech 
Nie poganiaj mnie bo gubię rytm 



wstaje, pracuje, pracuje, pracuje, w drodze do domu wstepuje do wloskiej malutkiej restauracji. jestem ostatnim gosciem. spie jak susel. wstaje, pracuje, pracuje…
mieszkam w slicznym apartamencie w hamburgu. w slicznej okolicy. do biura robie sobie spacer. w weekend jestem w monachium i odreagowuje. na razie moje cialo jest spiete adrenalina. pewnie jeszcze kilka tygodni i przestane tracic oddech.


sabbatical is over.

najpierw myslalam, ze to jakas choroba, ze nie za nic nie moge sie zrelaksowac, ucieszyc wolnym czasem, zajac czyms ciekawym. 

teraz po trzech miesiacach jestem wsciekla, ze nie dalam sobie wiecej czasu. otoz umiem NIEpracowac. dobrze sobie radze z wolnym czasem, swietnie sie bawie, pieknie mi sie zyje. 
mam stracha. jutro zaczynam nowa prace.