malinowa sobota.

zrobilysmy plany na jutro. taty nie ma. polskiej szkoly nie ma. nie trzeba mnie odbierac skoro swit z lotniska (latam zawsze pierwszym samolotem z rana), bo spie we wlasnym lozku, nie musimy nic kupowac, nie musimy sprzatac, nie musimy odrabiac zadnych testow. bedziemy spaly do oporu. potem  szlafrokach idziemy na dol. malina gotuje kakao a ja rozpalam w kominku. w pizamach siedzimy, czytamy, gramy w pchelki, pijemy kakao i jemy adwentowe ciasto.
jak sobie o tym mysle to juz sie tak ciesze, ze w ogole nie moge pracowac.

malinowe problemy.

juz od dawna wiem, ze kapiele oczyszczaja malinowe chude cialko ale tez malinowa dusze. przy wycieraniu i suszeniu wloskow nachodzi maline chec zwierzen. na kafelki lazienkowe co i raz spada malinie z hukiem kamien z serca. takoz i wczoraj:
 – mamusiu, powiem ci cos. sama prawde.
 – dobrze.
 – i poniewaz powiem ci prawde, to nie bedziesz sie gniewala?
 – no jesli to jest cos strasznego to pewnie bede. ale to i tak lepiej jak sama powiesz niz jak sie pozniej dowiem, bo wtedy to juz afera.
 – wczoraj razem z charlin napisalysmy list do janine, ze jest gruba. to znaczy ja tego nie chcialam napisac, ale charlin mi kazala.
 – jak chalin kaze ci biegac nago po sniegu to tez bedziesz biegala?
 – nie.
 – to czemu to zrobilas?
 – nie wiem.
 – a charlin czemu?
 – bo ona tak uwaza. uwaza, ze janine jest gruba i w sumie ma racje. janine jest gruba.
 – ale w ten sposob bardzo ja zranilyscie.
zrobilam przemowienie umoralniajace o ranieniu slowami. dowiedzialam sie tez ze nauczycielka za kare kazala im napisac drugi przepraszajacy list a malina dodatkowo przeprosila janine i znow sa przyjaciolkami.
 – i teraz jestes na mnie zla?
 – troche jestem rozczarowana, ze tak poprostu dla zabawy potrafisz kogos obrazic. myslalam, ze juz rozumiesz takie sprawy.
malina sie bardzo zasmucila. milczy, milczy. milczy. i nagle:
 – a z nikolasem juz sie nie bede przyjaznila!!!
 – a czemu?
 – bo mnie wczoraj popchnal i powiedzial, ze jestem pedalem!!!
spielam cale swoje cialo, zeby nie peknac ze smiechu, bo malina miala rozpacz w oczach.
 – a wiesz co to jest pedal?
 – nieeee… buuuuu…
 – to na drugi raz zapytaj czy on wie co mowi!
 – zapytam.

ile to trzeba nazbierac kuksancow w dziecinstwie zanim sie zrozumie jak ten swiat dziala.

malinowa podroz.

wsiadlysmy z malina w nasza nowa bryke i wyruszylysmy w podroz stulecia. pod stuttgart. po drodze podrzucilam dziecko niby kukulka jakas u heli. w samochodzie malina bez konca sie upewniala:
 – ale ty mnie u helo zostawisz i pojedziesz tak?
tak. to dawalo malinie swiadomosc, ze bedzie miala hele tylko dla siebie, na wylacznosc. spozniona pojechalam na rozdanie nagrod studentom filmowym. bardzo mila uroczystosc.
skoro swit mialam hele uwolnic od maliny, ale zaspalam i zastalam dziewczyny na pieczeniu ciasteczek, wiec zamiast ruszyc szybko w droge zasiedzialam sie u heli na sniadaniu w jej domu jak u krolewny. malina zakochana w dlugich lokach heli skomentowala jej sliczny domek:
 – ona wyglada jak krolewna i mieszka jak krolewna…

w poludnie ruszylismy w droge. do berlina. po drodze pilysmy niezdrowe napoje babelkowe zagryzajac balisto i hanuta. do berlina dojechalysmy wieczorem i za nic, ale to za nic nie moglysy dotrzec do hotelu, bo kazdy dojazd wyliczony przez nawigacje byl zatarasowany i pilnowany przez uzbrojonych po zeby zolnierzy. w koncu zlamalam zakaz wjazdu i podjechalam wprost pod czerwony dywan. kluczyki oddalam boyowi, ktorego cylinder maline wyraznie zafrasowal. pan wypakowal nasze cyganskie bagaze, torby, zablocone buty, ktore w ostatniej chwili wrzucilam do bagaznika pieknie udrapowal za zlocistej platformie a obok przeplywaly eleganckie louis vuittonny i inne kuferki z krokodylowej skory. ulice zablokowane wyjasnil, bo wlasnie wyjechal stad putin.
przy wejsciu przeswietlono nas na wylot jak na lotniscku i wyjasniono, ze niestety po reichtagu adlon jest najbardziej zagrozonym przez terrorystow miejscem w berlinie. o jezu.
malina chciala prosto z windy na basen, ale udalo mi sie wyjasnic, ze nic piekniejszego niz oswietlona wieczorem unter den linden strasse. dziecko uwierzylo, dalo sie wyprowadzic i oczarowac. wracamy do pokoju. wszystko w ciemnym drewnie, staromodna, klasyczna elegancja. malina zachwyco nabizantyjskim przepychem turla sie po olbrzymim lozu i slyszy jak umawiam sie na sniadanie z przyjaciolka i opowiadam, ze wole nowoczesne formy i ze to tutaj to nie moj swiat. na to malina:
 – ale moj!!! to moj swiat!!!
a potem spedzamy caly wieczor w saunie i basenie. dopiero o 22 malina lezy czysciutka i pachnaca w puszystej poscieli. wychodze z lazienki. dziecko lezy i patrzy w sufit.
 – co ty kochaneczko, nie mozesz zasnac?
 – nie moge. jestem jakas… zdenerwowana…
za duzo wrazen na raz. przytulamy sie pod kolderka.
 – opowiedz co robimy jutro?… – prosi malina.
glaszcze pachnaca glowke:
 – najpierw wyspimy sie za wszystkie czasy, potem sie ubierzemy i pojdziemy na sniadanie, spotkamy susanne, ktora nas odwiedzi na sniadanie, potem przyjedzie tatus… – i czuje, ze czesci o susanne i tatusiu malina juz nie slyszy, bo spi ja suselek. i ja za chwile tez.

sniadanie jest prawdziwa przygoda ze smakolykami jak jajka po benedyktynsku i szampanem, swiezymi truskawkami, czekolada z pianka i innymi wybrykami nie z tego swiata. plotki z przyjaciolka. przylot tatusia z meksyku. spacer po berlinie. obiad po japonsku. zakupy w sklepie z perelkami. basen, basen, basen. nie mamy sily na wieczorny wypad do miasta. moze zamowimy cos do pokoju i zrobimy kolacje w szlafokach? nie.
ubieramy sie bardzo elegancko i idziemy na kolacje w restauracji na dole. jest slicznie. pysznie i bardzo elegancko. zaczynamy liczyc kiedy to bylo jak sie spotkalismy w berlinie zeby sprawdzic czy to to? 18 lat temu. 28 listopada. co za zbieg okolicznosci! co za rocznica! a teraz siedzimy tu z malina w trojke. znow w berlinie.

dzis z warszawy dojechala do nas babcia. pociagiem to tylko 5 godzin! obejrzala sobie adlon, brame brandeburska, resztki muru i pojechali do monachium. ja przenioslam sie do przeslicznego, malenkiego hoteliku – tak to jest moj swiat! – na przeciwko biura i poszlam na kolacje do przyjaciolki. babeczki ze feta zajadalysmy polska salatka od mamy. a cosmy sie nagadaly. a co nasmialy!!!

to bedzie trudny tydzien.

wstretny jest ten swiat

wczoraj nasluchalam sie tej cudnej piosenki niemena ale dzis taka wersja krazy mi po glowie. moja klientka a jednoczesnie dobra znajoma jest ofiara mobingu. i nic ale to nic nie mozna zrobic. nagle staje sie w opozycji do duzej grupy ludzi, ktora nie wiadomo kiedy uformowala sie za plecami i czuje sie jedynie niemoc, zal i strach. bo jest sie matka samotnie wychowujaca dziecko, bo ma sie 46 lat a przeciwnikiem jest bezwzgledny 30latek, bo praca jest swietna i trudno o porownywalna posade. niestety jedyne wyjscie to chyba wyjscie z toksycznej sytuacji. ale co to za wyjscie? ucieczka.

malinowa tunika

juz w czasach przedszkola waldorf nauczylam sie, ze nie ma dla maliny lepszego prezentu niz matczyne rekodzielo. wczoraj wieczorem dokonczylam wreszcie szydelkowa tunike wrzosowo – rozowa (taki wsciekly roz, ze oczy bola na dole a na gorze bledziutki wrzos) i obiecalam, ze malina bedzie mogla ja wlozyc do szkoly. w nocy doszylam w pasie malenkie lylowe koraliczki i nawet ladnie to wyszlo.malina ma w szafie stos piekniejszych rzeczy, ale dzis poszla do szkoly jakby szla na bal.
 (i to mi tak dobrze wplynelo na humor, ze za nic nie moge sie wziac do pracy tylko pije kawe na zmiane z herbata)

pomiary

malinie marzy sie posciel we wzorek jaki widziala u babci w warszawie, wiec babcia chce zamowic taka sama dla maliny tylko mniejsza. od dwoch tygodni przypomina zebym zmierzyla koldre. a ja ciagle zapominam. mama sie wkurza, wiec w koncu mierze.
mierze, mierze i mysle sobie: po co ja tak dokladnie mierze. przeciez jakkolwiek nie zmierze bedzie zle.
no dobra. wpisuje wymiary w okienko skypa. wieczorem mama wlacza skypa i co widze:

"z ta kolderka to zle zmierzylas. wiem, bo przeciez sama ja zamawialam i wiem jakie ma wymiary."

malinowy zal.

czwartek jest najdluzszym dniem w szkole. popoludniu sport. malina siedzi przy kolacji swiezo wykapana i pachnaca i coraz wolniej je, choc zgodnie z zamowieniem przygotowalam jej ulubione ravioli. w koncu odklada widelec:
 – mamusiu, juz nie moge…
a oczy prawie jej sie zamykaja.
 – jak nie mozesz to nie jedz. ale najadlas sie?
 – tak.
jeszce zabki, jeszcze ksiazeczka i malina zamyka oczy natychmiast po kolysace o misiu uszatku, ktora cichutko mrucze zeby jej nie rozbudzic z blogiego zmeczenia.
spi.
ide na dol pracowac. nagle! placz! ale jaki!!! moze spadla z lozka albo co?! biegne na gore. dziecko siedzi na lozku, sciska mysz mimi i placze wnieboglosy.
 – co sie stalo?
 – tak strasznie… strasznie… zaluje, ze nie zjadlam ravioliiiiii!… uuu… nagle przypomnialo mi sie, ze takie dobre a ja nie zjadlam… uuu…
 – jutro odgrzejemy i zjesz na obiad.
 – ale teraz mi jest zal… i strasznie mi szkodaaaaa… teraz, nie jutroooo…

zrobilam krotki wyklad o umytych zabkach i o spaniu z pelnym brzuszkiem i malina znow zasnela.
rano.
 – co ci sie snilo, malinko?
 – ravioli.
no tak. co za glupie pytanie.

dzieciecy casting

bylam dzis na kawie ze znajoma szefowa agencji castigowej. rozmawialysmy o dzieciach i ich rodzicach. jedne dzieci rozkwitaja przed kamera, sa naturalne, chetne do wspolpracy, niektore nawet trudno "wyprosic ze sceny". pokazaly juz to o co codzi rezyserowi, ale jeszcze by chcialy wierszyk, albo pioseneczke albo cos zatanczyc. super. biedne sa te, ktorych wkurzone mamy stoja obok rezysera lub kamery i albo surowo rozkazuja co trzeba zrobic albo przymilnie namawiaja pociechy do udzialu w cyrku.
ostatnio znajoma miala zupelnie niespodziewany przypadek. dziecko nie chcialo robic tego o co prosil rezyser (jedzenie jogurtu ze smakiem), wiec dziecku podziekowano. na to do akcji wkroczyla matka, ze owszem, owszem, to dziecko swietnie je jogurt i zaraz to pokaze. na to dziecko pokrecilo glowka a widzac, ze mama rusza z jakims innym srodkiem perswazji, rzucilo sie na pdloge i w ryk. matka zaczela sie z nim szamotac, sytuacja glupia dla wszystkich. a pieciolatek wyrywa sie i wola:
 – zostaw mnie bo uciekne na ulice i wszystkich pozabijam!!!
wszystkich zatkalo, na matce nie zrobilo wiekszego wrazenia. pozegnali sie i poszli a reszta zostala i zupelnie nie widziala o powiedziec.

dzien powszedni.

polowa moich skandynawskich rezyserow nazywa sie johan. polowa wloskich francesco albo federico. najpierw narobilam sobie bigosu telefonujac z pewnym francesco o projekcie federico. ledwie sie pozbieralam po tej porucie a juz skypowalam z johanem na tematy dotyczace innego johana. narobilam zamieszania, najadlam sie wstydu, troche wywinelam kota ogonem, ale co to pomoze?

potem fantastycznie poklocilam sie z agentka. skoczylysmy sobie do oczu. nareczcie jest mi cieplo. dostalam kolorkow. i w koncu sie obudzilam.