naszly mnie refleksje po przeczytaniu artykulu o facebooku i jego tworcy marku zuckerbergu. jego sukces to znajomosc psychiki ludzkiej. jako syn psychologow wiedzial co interesuje czlowieka najbardziej. dziele sie tymi refleksjami przy stole:
– no i jak myslicie? co interesuje przecietnego czlowieka najbardziej?
malina wie od razu:
– samochody.
malinowe macierzystwo.
czytam koment habala o lukrowanym macierzynstwie i sie zastanawiam czy moje macierzynstwo bylo takie slodkie czy moze to byla jakas hormonalna nawalnica, ktora mnie porwala wraz z pierwszym spojrzeniem w malinowe oczka. i moze bylo zle i ciezko a ja bylam w jakims amoku, ktry zgotowala mi natura tylko o tym nie wiem?
ilekroc widze wpisy dziewczyn, ktore maja stres z dzieckiem, baby blues i o tym pisza to zaraz pojawia sie mnostwo komentow, ze to jest wlasnie zycie, to jest prawda, to jest rzeczywista rzeczywistosc i ze w koncu ktos ma odwage szczerze o tym pisac. tak jakby wesole, przyjemne macierzystwo bylo klamstwem.
a na nowy rok
postanowilam, ze zaczne sie cieszyc.
czego wam tez zycze!
malinowa sasiadeczka
sasiadeczka jest narratorem w jutrzejszych jaselkach. dzis spontanicznie sie okazalo, ze malina jesli chce to moze jutro wskoczyc na aniola. wlasnie jade skads wykombinowac skrzydla. opowiadamy o tym babci i babcia pyta:
– aniol? o! to pieknie! a sasiadeczka kim jest?
– ona jest czytelnica.
kolacja
…i zasiedli do wieczerzy. hmmm… malina a wiesz co to jest wieczerza?
– oczywiscie!
– no?
– jedzenie wieczorowe.
malina tresciwa
dzieci maja przygotowac referat o ulubionym zwierzatku. przygotowac obrazki. opowiedziec gdzie to zwierze zyje, czym sie odzywia, jak wygladaja male. kazdy ma mowic – nie czytac – dwie minuty i wzbogacic swoja wypowiedz obrazkami. rodzice oburzeni: przeciez to sa male dzieci! druga klasa! dwie minuty to wieczonosc! wbrew obawom dzieci niezle sobie radza. referaty wyglaszane sa po dwa caly listopad. malina opowiada o wiewiorkach. przygotowujemy obrazki. referat ma zaczac obrazkiem ice age, a skonczyc anegdota o wiewiorce, ktora obserwowalysmy przez okno jak zlapala zgubiony przez kogos rozowy beret zeby pewnie wymoscic nim gniazdko. dwie minuty? malina gadala 10 trzymajac sie wyznaczonych wczesniej punktow. pani w koncu grzecznie jej przerwala. malina wrocila do domu oburzona, ze nie udalo jej sie opowiedziec anegdoty. a ja podziwiam panie, ze w ogole jakos udalo jej sie przerwac ten potok…
malina medialna.
juz szlam na gore spac i widze, ze cos lezy w skrzynce pocztowej.
wycinek z gazety. sasiadka wyciela z süddeutsche zeitung. malina na pol strony.
malinowy kalendarz adwentowy.
w tym roku jak jeszcze nigdy pieknie przygotowalam sie do kalendarza adwentowego. galazki (nie na szybko zlote ja w tamtym roku) jodlowe, sliczne malutkie woreczki bordowe i z naturalnego worka, liscie takie bordowe suszone pokryte brokatem jakby mrozem i takiez borowki. wszystko pieknie schowalam w piwnicy. i … niestety nagle musialam zostac w berlinie i kiedy wszystkie dzieci w szkole opowiadaly o pierwszym dniu adwentu, malina powiedziala tylko, ze jej kalendarz bedzie gotowy dopiero za tydzien jak mama wroci a ona i tak wie ile dni do bozego narodzenia.
tydzien pozniej ustroilam wieniec adwentowy i zawiesilam piekny kalendarz. do woreczkow wlozylam rozne malenstwa, ktore wyszukalam z klientka w berlinie w roznych sklepikach – mialysmy niezla zabawe. malina otworzyla tydzien temu od razu 6 woreczkow a teraz co rano obcina z galezi kolejny mini prezencik i odlicza dni do wigilii.
dzis znalazla w woreczku 12 drugi malenki woreczek a w nim ciupenkie indianskie laleczki – troski. trzeba tym laleczkom wieczorem opowiedziec swoje smutki, troski, problemy i wlozyc je pod poduszke. nie wiecej niz szesc problemow na raz! rano problemy znikaja jakby ich nigdy przedtem nie bylo. tlumaczymy to malinie dokladnie. dziecko marszczy czolko:
– szesc problemow?… ale ja nie mam zadnych problemow…
i tak od 12 woreczkow malina po raz pierwszy nie bardzo ucieszyla sie z prezentu.
a my? … jakis ten dzien byl piekny.
mobbbbbbbing
ta kolezanka, pamietacie? wszystko co dzialo sie w jej firmie bylo obliczone na to, ze ona sie zalamie i odejdzie. ale ona nie moze sie tak zwyczajnie zalamac i odejsc, bo jest matka samotnie wychowujaca dziecko, sprawdzila u konkurencji, ze nikt jej nie zaplaci tyle forse co w tej firmie i… poszla do swojego szefa zeby jeszcze raz jej powiedzial o co chodzi z tym niezadowoleniem jej dzialu. szef dal jej do zrozumeinia, ze jej pracownicy sa niezadowoleni z jej szefowania. szef sie rozesmial, otworzyl jakas teczke i okazalo sie, ze spisali punkty… no cala liste, ktora wylicza jej wady, zaniedbania argumenty i dowody na niekompetecje. szef dodal, ze wszyscy czuja, ze jest zbyt emocjonalna i slaba zeby prowadzic taki duzy dzial i zeby oddala samowolnie to stanowisko swojemu mlodszemu koledze. (ktory te cala burze wywolal liczac na jej zalamanie nerwowe i rezygnacje). i tu sie wszyscy przeliczyli.
– jestem zbyt slaba? moge byc mocna, zdecydowala, moge ten dzial trzymac za pysk jak prawdziwy szef skurwysyn i poprosze o negocjatora i psychologa zeby mi pomogl rozwiazac napiecia w tej grupie, scalic team, zbudowac hierarchie, w ktorej kazdy zna swoje miejsce.
dostala! a psycholog po kilku zajeciach oznajmil, ze juz dawno nie mial do czynienia z tak silna osobowoscia.
osobowoscia? mysle, ze to sila matki i lwicy.
podziwiam ja i ciesze jej droga do sukcesu. to ciekawa lekcja zycia.
wykonczona matka
napadl mnie jakis wirus chyba, bo kicham i prycham i glowa mi peka. malina odrabia prace domowa, ale wstaje, idzie do kuchni, przynosi mi szklanke z woda. kiwajac glowka, ze stroskana mina powiada glosem wielce stanowczym:
– napij sie troche, przestan na dzis pracowac i poloz sie do lozeczka. przeciez widac jaka jestes skonczona.