natchniona wpisem pixie

bardzo boje sie smierci i nie moge zniesc mysli o ziemi, trumnie, grobie. rok temu wbudowalismy kominek w domu i jakos mnie ten kominek oswoil z mysla " co potem". ilekroc wybieram popiol i podsypuje nim roze mysle sobie, ze tez tak chce, zeby maz potem podsypal moja ulubiona roze w ogrodzie. odkad tak o niej mysle zamienila sie w krzew i kwitnie jak wariatka. ostatniego lata zakwitla chyba 4 czy 5 razy!!! i taka iloscia pakow, ze balam sie, ze sie zlamie. moze ona juz sie na mnie cieszy? roza nazywa sie astrid lindgren

malinowe blocko

malina dzis poszla do szkoly w takich rzeczach, ze nawet gdyby zjezdzala na tarce do owocow zamiast na zjezdzalni i poszla ulepic balwana z gliny (jezu, pamietam jak w przedszkou ulepili balwana z gliny i my, odbierajace mamy, musialysmy dzieciom patrzec gleboko w oczy zeby wyluskac do domu wlasna latorosl!) to niczego nie byloby szkoda.
odbieram maline z hortu. malina podskakujaca to jest takie apogeum dobrego humoru, ze mozna sie zarazic:
 – mamusiu, mamusiu, mamusiu! juz nie moglam sie ciebie doczekac!
no jak mi milo:
 – ja tez!
 – i wiesz co? – malina biegnie do szatni i wraca z kurtka – patrz!!! ale czysciutka co? nie ma ani jednej plamki! a bylismy na tej samej lace co wczoraj! i ani sie nie przewrocilam ani nie pobrudzilam! biegalam, ale uwazalam!

jutro jesli zalozy ladna kurtke pewnie wyladuje w pierwszej kaluzy ale co tam. dzis jest dzis, tak?

troski malinowe

zabek. dwojka. rusza sie od kilku dni i rusza a wypasc nie chce. a nowy jak sie okazuje juz wyszedl do polowy. lezalam wiec wczoraj z malina na sofie i zaopatrzona w chusteczke higienicza kiwalam jej tym zabkiem chyba z godzine i nic. i tak sobie o tym zabku rano przypomniala. ale po drodze do szkoly zaraz zapomniala, bo pozwolilam jej zalozyc do szkoly nowy plaszczyk bezowy, sliczny, ktory miala miec tylko na eleganckie wyjscia.
odbieram dziecko z hortu a dziecko biegnie z placzem i rzuca mi sie w ramiona. a placze tak ze mam mokry sweter. otoz dziecko wywalilo sie na lace przed hortem.
 – nie martw sie. jakos to wyczyscimy.
malina patrzy na mnie z niedowierzaniem jakbym ja normalnie za brudny plaszcz bila pasem i znow pada mi w objecia, ze taka jestem kochana, bo ona tak sie mnie bala. aktorka. wychowawca stoi obok i wspolczuje dziecku matki. malina biegdzie do przebieralni i wraca. odwraca sie. bezowy plaszczyk jest z tylu ciemnobroazowo brazowy jakby malina wytarzala sie w kupie psiej – a to jest okropna glina i wyglada straszenie. usmiecham sie slabo, zeby trzymac sie wczesniej wyznaczonego kierunku, bo normalnie mam ochote sobie krzyknac.
malina oszolomiona moim spokojem i pokojowym podejsciem do sprawy podskakuje wesolo, bez marudzenia zjada zupe pomidorowa, odrabia polka matematyke mimo, ze ma na to jeszcze tydzien a na dobranoc przytula sie sluchajac kolejnej porcji doktora dolittle. idzie spac wolna od wszelkich trosk. czego jej niezmiernie zazdroszcze.

malinowe sympatie

jutro urodziny malinowej kolezanki. mamy rozdziely dzieci na trzy samochody. wszystkich chlopcow (ktorzy sa  mniejszosci) zaplanowaly wsadzic do jednego auta. na to b. – w ktorym podkochuja sie wszystkie panny  klasie – zaprotestowal:
 – ja chce jechac w samochodzie z malina. ona wprawdzie jest czasem denerwujaca ale bardzo ja lubie!

malinowa impreza urodzinowa

o 13 zjechaly sie panny-goscie a kazda z pieknym podarunkiem. dziewczynki byly z roznych zrodel znajomosci, wiec troche sie martwilam czy sie zgraja, ale widze, ze malina wiedziala kogo zaprosic: wszystkie jakby od razu postanowily, ze razem zrealizuja plan: fajne urodziny i tego sie do konca trzymaly. najpierw bawily sie w domu przy stole suto zastawionym wszelkimi rozowosciami, slodka i slona kukurydza swiezo uprazona przez tate. mimo bogatego wyboru napojow, dzieci pily tylko wode z- i bez- babelkow. na znak do wymarszu malina wstala i wyglosila krotkie przemowienie, ze dziekuje za piekne prezenty ale przede wszytskim, ze wszystkie kolezanki znalazly dla niej czas zeby wspolnie swietowac a my z tatusiem stalismy w przedpokoju z dlugimi uszami i pekalismy ze smiechu. genialne. na koncu malina zaprosila kolezanki na kregle. zapakowalismy towarzystwo do samochodow i pojechalismy do kregielni, gdzie czekal stol z tortem i slodkimi glupotami do zucia, chrupania i mlaskania. panny najpierw troche pochichotaly, troche pojadly, odspiewaly happy birthday, zrzucily kozaczki a potem jak kopciuszki wystawialy nozki zeby pan znalazl dla nich odpowiednie butki do kregli. potem usiadly w rzadku i pieknie – jakby pol zycia nic innego nie robily – graly w kregle. a to kiwaly nozka w takt muzyki, a to sprawdzaly punkty na tablicy a to przynosily talerz z chrupkami i sie czestowaly – niesamowite towarzystwo. jak przystalo na dziewczynki na siku chodzily parami. a jak malina miala toczyc kule to skandowaly jej dla otuchy i tylko troche im sie popsul humor jak sie okazalo ze jedne maja duzo puktow a inne mniej. wtedy wkroczylam do akcji oznajmiajac, ze dzis chodzi o to ile wszystkie razem zbiora punktow, wiec atmosfera znow sie rozluznila i bylo genialnie. w drodze powrotnej panny dmuchaly w papierowe piszczalki a na pozegnanie przytulaniu, calusom i usciskom nie bylo konca.

malina nie mogla zasnac z wrazenia do polnocy i dzis poszla do szkoly blada i ze spuchnietymi oczkami. ale jaka szczesliwa!!!

no to czesc.

jutro rozbieramy choinke. kurcze jak mi szkoda. jest tak perfekcyjna jakby byla sztuczna. cudna no! i wcale nie gubi igielek. ale jutro jest ostatni dzien. w niedziele malinowe urodzinowe party, w poniedzialek zaczyna sie szkola i mam wazna prezentacje. we wtorek lece do hamburga i wroce dopiero w piatek. w weekend polska szkola i tak juz naprawde mijaja swieta. z bogiem. do przyszlego roku!

mind your words

bo twoje dziecko jest jak lusterko… ale krzywe! i wszystko wroci rykoszetem i … dostaniesz po nosie.

malina, tatus i ja. wychodzimy ze sklepu. wlasnie kupilismy nowe, swietne, piekne  narty, kijki, kask, buty, spodnie, kurtke. malinowy pierwszy ekwipunek narciarski to byly taniutkie rzeczy, bo nie wiadomo bylo czy malina jakos tam da sobie rade na gorce. po dwoch latach wszystko zrobilo sie malutkie a malina cudownie smiga czarnymi trasami i dlatego postanowilismy kupic super sprzet zeby bylo i pieknie i bezpiecznie.
kupowanie nart w zimie to zadna przyjemnosc, spedzilismy w sklepie ponad godzine, wychodzimy zmeczeni, spoceni, wydalismy dziki majatek. kolo nas przechodzi mikolaj i rozdaje dzieciom manadarynki. w totalnym rozgardiaszu i tlumie nie widzi maliny i mija nas obojetnie. malina – a bylo to dwa tygodnie temu i miala dopiero 7 lat wiec moze to ja usprawiedliwia?! 🙂 – nie kryje rozczarowania. rozgoryczenia. smutku. a w koncu rozpaczy i lez! staje i placze jakby stalo sie naprawde cos strasznego! a my nie mamy ani sily ani cierpliwosci na jej humory i zrozumie mnie tylko ten co ubrany w puchowa kurtke wlasnie przymierzyl z wlasnym dzieckiem kilka par narciarskich butow (wcisnal je na nozki, zapial klamry, kazal pochodzic po sklepie zapchanym innymi rodzicami kupujacami buty narciarskie, rozpial klamry, zciagnal i staral sie dociec co cisnelo i dlaczego i gdzie) i kto probuje przebrnac przez bloto i snieg wsrod tysiecy ludzi histerycznie szukajacych prezentu pod choinke.
bardzo mi przykro, ale nakrzyczalam na maline:
 – to ja ci kupuje najdrozsze narty w sklepie a ty ryczysz z powodu glupiej mandarynki???!!!!
malina bardzo sie zdziwila moim wybuchem i szybko doszla do siebie.
minely swieta, narty wyprobowane, swiat kreci sie w milym tempie, swieczki swieca, maline odwiedza przyjaciolka. serwuje dziewczynkom ciasto i przysiadam sie na chwile zeby posluchac opowiesci swiateczno – sylwestrowych.
 – dostalam szalik od babci i kolorowy papier do wycinanek od siostry – opowiada kolezanka a malina na to:
 – a ja dostalam bardzo, bardzo drogie narty.

a ja malo nie spadlam z krzesla i nic nie powiedzialam, bo moge sie tylko trzy razy uderzyc w piersi i wyszeptac: mea culpa.
amen

malinowy bunt.

malina odkad umie mowic najczesciej mowi o byciu doroslym. no nie moze sie ten czlowiek doczekac. czeka od urodzin do urodzin i t jest jej wielki, wazny cel w zyciu: rosnac, dojrzewac, nie byc dzieckiem.
dlatego kompletnie zglupialam na malinowe, dzisiejsze, krokodyle lzy.
 – malina, to kilka ostatnich godzin kiedy jestes siedmiolatka! – smieje sie wesolo.
a malina w ryk. ale taki szczery jakby zbila szklanke. moczy blurke, wlosy, rzuca mi sie w ramiona, wtula i moczy moja bluzke i wlosy. ona nie chce miec osmiu lat!!!!

i co teraz?

malinowy sylwester

wigilia byla u nas sztywno elegancka tak jak
lubie. sylwester natomiast ma byc zwariowany i powiedzialam malinie zeby
ubrala sie jak chce. w tym roku zostalismy w domu i malina postanowila
wytrwac do polnocy. po przeszukaniu szafy dziecko ubralo sie w: spodnice
w serduszka, rajstopy w inne serduszka, bluzke z hello kitty pelna
brokatu, kitki w pieskami a do tego boa z bialych pior i moje kolczyki
jeszcze z jablonexu i tym wygladem zupelnie zacmilo tegoroczna choinke,
ktora ugina sie sie od swiecidelek, srebra, zlota, czerwieni i bordo.

caly wieczor bawilismy sie przy fischfondue. co i raz malina krecila sie w takt muzyki, rzucala confetti i serpentyny i wolala:

– czuje, ze to jest prawdziwy sylwesteeeer!!!!

smiala sie i cieszyla i tym entuzjazmem monyby bylo obdzielic
kilkoro dzieci. krotko przed polnoca zwolnila tempo niby tancereczka z
pozytywki:

– mamusiu, ide sie troche wyspac. obudzisz mnie o polnocy?

o nie! nie ma rady. za pol godziny idziemy strzelac rakietami i
ogladac fajerwerki, nie ma mowy o pojsciu spac! malina przebrala sie w
pizame, umyla zeby, wskoczyla w zimowy kombinezon, czapke i cieple buty i
wyruszylismy z szampanem, kieliszkami, rakietami na ulice. jeszcze nie
bylo polnocy, ale juz pierwsze niecierpliwe rakiety szybowaly kolorowo
po niebie. malina rzucala o ziemie malutkimi "zabkami", ktore pstrykaly
malenkimi iskierkami a jej euforia tak mi sie udzielia, ze nagle
poczulam, ze to najpiekniejszy sylwester w moim zyciu. tak w nocy, z
niebem rozswietlonym kolorami, maz z szapanem, malina z serpentynami a
ja z worem confetti w ramionach. i jakas taka energia we mnie wstapila,
ze zaczelam skakac i obsypywac maline i meza tym confetti ile tylko
mialam sil. zrobilam im prawdziwy kolorowy snieg. kolorowe papierki
mielismy wszedzie we wlosach, ubraniach, kieliszkach. potem pilismy
toasty z sasiadami, strzelalismy petardami i zyzylismy sobie wesolego
nowego roku. po 1 w nocy wysuplalismy maline z kombinezonu i wrzucilismy
do lozka. nastepnego dnia nie moglam utrzymac w prawej rece porannej
kawy. jak mi ten bol nie przejdzie do piatku to chyba pojde do lekarza,
bo moze sobie kurcze cos naderwalam i to nie sa tylko zakwasy? maz
powiedzial, ze na zawsze zapamieta ten sylwester, w czasie ktorego
przeistoczylam sie w wiatrak i maszyne do confetti i sztuczny wiatr na
raz. wiec moze bylo warto?