ju spikink inglisz?

od roku malina chodzi na zajecia helen doron co srode. nie zebym specjalnie szukala szkoly z ta metoda, tylko zwyczajnie ona jest 4 min. piechota od nas. z braku innych ofert zapisalam tam dziecko i jakze sie zdziwilam ze reszta dzieci dojezdza z odleglych krancow miasta. podobno metoda jest genialna, sprawdzona na starszym rodzenstwie, wiec nie zalowalam inwestycji, szczegolnie, ze nauczyciele fajni a sale sliczne. po dwoch miesiacach zaczelam troche watpic, bo co srode malina malina na pytanie:
 – no jak tam bylo?
 odpowiadala:
 – fajnie.
 – nauczylas sie czegos nowego?
 – nie. wszystko to juz dawno wiem. dzis sie tylko bawilismy.
moja mama byla oburzona. wydajemy tyle forsy na kurs na ktorym dzieci nic tylko sie bawia. na kursie narciarskim malina zaprzyjaznila sie ze sliczna azjatka, z ktora mogla sie porozumiewac tylko po angielsku. uwierzylam w ten kurs. malina gada. wali bledy jak nie wiem, ale ma bogaty zasob slow i zadnych hamulcow.
w tym roku wiec zrezygnowalam z tygodniowego kursu (kurs pingwinow, campus) w czasie wielkanocnych ferii. niech sie dziecko wyspi, poleniuchuje, zaprosi kolezanki…
odbieram ja dzis z zajec.
 – mamusiu, zapisz mnie tu na kurs w czasie ferii. proooooosze.
 – no moge cie zapisac, ale bedziesz musiala rano wstawac jak do szkoly.
 – bede wstawala. proooooooosze.
 – ale mialas zapraszac kolezanki.
 – bede zapraszala wieczorem. prooooooosze.
zapisalam. beda bawic sie w musical. ani slowa po niemiecku. od 9 do 15.
 – i nie szkoda ci, ze bedziesz musiala sie uczyc w ferie?
 – my sie tam i tak wcale nie uczymy. – wzrusza ramionami malina.

ano chyba ze tak. drugi tydzien ferii malina spedza u dziadkow. to sie wyspi i wyleniuchuje.

smutne

co my zlego myslimy o niemcach to wiemy. co niemcy zlego mysla o nas tez wiemy. nasza historia to nie jest niestety opowiesc o wesolych sasiadach. wojny, pretensje, nieufnosc, pogarda. po obu stronach.
kto tego dobrze nie wie, moze sobie wziac do reki ostatnie wydanie focus (niemiecki odpowiednik wprost) i przeczytac jacy jestesmy nieporadni, jaki mamy glupi rzad, ze politycznie nikt sie z nami nie liczy a rosjanie nami gardza i pociagaja za sznureczki polskich marionetek. a opowiada o tym corka zmarlego prezydenta, ktora kilka dni pozniej maszeruje krakowskim przedmiesciem wsrod plonacych pochodni.

pokrecona.

sroda, czwartek, piatek szalalam po hamburgu. a to prezentacja a to kolacja a to kolejne rozdanie nagrod na ferstiwalu. i dwa wielkie projekty i plany  i ciekawe rozmowy i tak sie zakrecilam, ze zupelnie zglupialam. siedze w piatek w taksowce w drodze na lotnisko i gadam z malina. obiecuje, ze jak dotre do domu to zaraz sie do niej na troszke poloze i ja ucaluje mimo, ze juz bedzie spala i ze jutro sniadanko razem i polska szkola i czy wszystko odrobila do polskiej szkoly.
 – wszystko – odpowiada dumnie malina.
 – a fragment dr. dolittle przeczytalas? – niedowierzam.
 – ale mamusiu, to dopiero na maj.
 – na maj? no to co? przeciez juz jest maj.
pani a taksowce rzuca mi zdziwione spojrzenie przez ramie a malina poprawia:
 – kwiecien. teraz jest kwiecien.
 – kwiecien?
pani taksowkarka energicznie kiwa glowa, wiec daje za wygrana. niech im bedzie: kwiecien.
lece do monachium w strachu, bo wichura okropna a wieczorny samolot jakis malutki i rzuca nim po chmurach jak zabawka.
czekam na moj bagaz zadowolona, ze moja nowa walizka w kolorze bordo widoczna jest z daleka. kiedys mialam czarna a potem granatowa i musialam dobrze sie przypatrywac, ktora moja. od miesiaca moje bordowe cudenko kiwa do mnie skorzany uszkiem z daleka w tlumie czarnych waliz i tobolkow. lapie ja za to uszko z wigorem i mkne do wyjscia. zatrzymuje mnie jakas mila pani:
 – przepraszam, ale chyba wziela pani moj bagaz.
przygladam sie walizce. nie moja. oczywiscie, ze nie moja. wcale nie bordowa tylko ceglana i zupelnie inny model. zawstydzona oddaje ja wlascicielce.
w domu maz wita mnie wanna pachnaca lawenda i czerwonym winem na przywitanie weekendu. cichutko przytulam sie do maliny a na stoliczku nocnym podrzucam mala niespodzianke.

zeby powrocic do zycia, scinamy z mezem zywoplot. dwa dni. bola mnie dzis nawet miesnie szyi, ale znow stoje na ziemi.

nasze rownouprawnienie (nie)codzienne

moje malzenstwo jest od 18 lat perfekcyjnym przykladem
rownouprawnienia i partnerstwa. wszystko robimy wspolnie lub na wyrywki
czyli jak kto ma czas. jestesmy rowni przy stole, w lozku, w kuchni, w
ogrodzie, rownouprawnieni wobec pralki, deski do prasowania, 
sprawiedliwie dzielimy sie odkurzaczem.

jednak sa dwie sfery gdzie juz dawno zauwazylismy wyrazna,
jednoznaczna przewage penisa i bezwstydnie to wykorzystujemy dla wlasnej
korzysci: wywiadowki oraz kupowanie dzieciecych bucikow na poczatku
sezonu.

juz w przedszkolu stwierdzilam, ze na wieczorach
rodzicielskich siedza same mamy. ide na takie spotkanie i wychodze z
niczym wiecej niz garstka ogolnych informacji, ktore i tak moge sobie
przeczytac na tablicy ogloszen. idzie moj maz i wraca z mnostwem
poufnych informacji jak wycieczka w gory za pol roku, dokumenty jakies
przynosi, ulotki, recepty a jak raz zapomnial szalika to jedna mila mama
zadzwonila stroskana czy to nasz, bo meski. jak ja zgubilam rekawiczki
na zebraniu rodzicow to ktos je zwyczajnie rzucil na parapet, w widoczne
miejsce i nikt do mnie nie zadzwonil pocieszyc, ze o prosze: rekawiczki
sie znalazly!

nie inaczej jest w szkole. moge dzwonic do pani nauczycielki
kiedy chce,  ale jakos nigdy nie moge znalezc terminu, ktory ba nam obu
pasowal, dzwoni moj maz: kazdy termin jest dobry. jak na zebraniu maz
kreci przeczaco glowa, ze nie moze byc w radzie rodzicielskiej, wszyscy
pokiwali glowa ze zrozumieniem i wspolczuciem. wiadomo, facet pracuje.
jak ja odmowilam tej fukcji, zalegla cisza: co to za matka…

 

a buciki. niech no tylko latem zzolknie pierwszy przydrozny
listek klonowy a juz wszystkie mamy leca do najblizszego obuwniczego po
zimowe kamasze. a maja byc te zimowki: cieple, modne, wygodne, latwo sie
zapinac, nieprzemakac a przede wszystkim pasowac na stopke, ktora
urosla od ostatniej zimy i musi byc od nowa specjalnym miernikiem
(pomierzaczem? miarka?) wymierzona, wypieszczona i wsunieta delikatnie
na noge zmeczonego i znudzonego dziecka. ta sama historia powtarza sie
pod koniec zimy wraz z pierwszym niesmialym krokusem: wszystkie mamy
biegna szybko kupic sandalki, tenisowki i inne letnie klapki, bo potem
nie bedzie. mam traume, bo jak wchodze do sklepu to wszystkie panie
ekspedientki za juz dawno zajete, biegaja na wyscigi na zaplecze po
mniejszy albo wiekszy numery a z boku czekaja kolejne mamy a ja jak
zwykle nie mam czasu. zupelnie inaczej kiedy buty malina kupuje z
tatusiem. juz niemal w drzwiach uprzejma pani ekspedientka wyciaga do
tatusia pomocna dlon a chwile potem stopy maliny sa wymierzone,
wyglaskane, piec par butow przymierzona, jedna wybrana. pani nigdy nie
moze powstrzymac sie od pozornie niewinnego, wspolczujacego pytania: 

– a gdzie mamusia?

ostatnio zmeczona malina odsapnela melancholijnie:

– mamusi nie ma. – takim tonem, ze pani nie przeszlo przez gardlo nastepne pytanie.

 

 

tak wiec uprawnienia nie da sie rozciagnac na wszystkie sfery
zycia rodzinnego, ale pozorne niedogodnosci mozna przy odrobinie dobrej
woli wykoczystac na wlasny pozytek.

wrzatek

praca domowa: eksperyment. letnia woda raz jest ciepla raz zimna. mozliwe? malina wklada lapke do lodowatej wody a potem do letniej: o jaka ciepla! potem wklada do goracej i znow do letniej. ta sama letnia woda wydaje sie teraz bardzo zimna. gdyby kazdy ocenial temperture na oko, ludzie nie mogliby sie dogadac co jest cieple a co zimne, wiec jestesmy wdzieczni panu celcjuszowi, ze wynalazl termometr.
dzis raniutko malina przy jajecznicy walczy ze snem skroconym brutalnie o godzine…
 – malina, pamietasz jeszcze co wczoraj sie nauczylas o temperaturze?
 – tak.
 – co sie staje z woda jak ma 0 stopni?
 – lod. – mruczy zmeczone dziecko
 – a jak ma 100 stopni?
 – to mozna sie utopic.

biedroneczko, lec do nieba…

w monachium w biedronce (käfer) kupuja ludzie, ktorzy juz nie wiedza co robic z pieniedzmi.

w polsce biedni albo skapi.

 

jak bylam mala to biedroneczka kojarzyla sie z malenkim cudem,
ktory ma leciec do nieba i przyniesc kawalek chleba. a dzis? prosze:
miara statusu finansowego.

biedronke zupelnie obdarto z uroku, ktory miala jak bylam malym dzieckiem. ze juz o biedronce azjatyckiej nie wspomne. rok temu mialam prawdziwy
nalot i poczulam sie jak w filmie ROJ. moje dziecko do dzis strasznie
boi sie biedronek azjatyckich (ktore niestety zdominowaly prawdziwe,
delikatne biedronki) i ucieka od tej pory ze strachem…