bez

moge zyc bez miesa, bez telewizji, bez slonca w lato, bez makijazu, bez truskawek, bez klotni, bez sniadania, bez latania samolotem, bez wielkiej rodziny, bez alkoholu a jak sie upre to nawet bez kawy.
ale nie przezyje lata bez pomidorow i ogorkow. kupilam wielkie donice. pomidory juz w nich siedza. ogorki sadze dzis. jakos przezyjemy, co?

bęc!

odrabiamy prace domowa. dzwonek do drzwi. sasiadeczka dostala w koncu zajaczki (kroliki?)
 – mamusiu, moge?….
 – mozesz.
malina jak kangur wyskoczyla z krzesla i zwiala z domu jak tylko mogla najszybciej, zebym sie nie rozmyslila. maz pokiwal glowa:
 – dobrze, ze ja puscilas. nie wiadomo ile tym razem pozyja.
ostatni zajaczek sasiadeczki umarl po tygodniu. (slawny tekst: "mamusiu, ten zajaczek juz troche umarl". troche? umarl czy zyje? "lezy i sie nie rusza i tylko troche oddycha, wiec juz prawie umarl")
korzystajac z pewnie godzinki w samotnosci rzucamy sie na fotele w ogrodku, maz robi kawke. czytamy pod jablonia a z daleka dochadza nas odglosy podziwu w jaki dwa male zajace moga wprawic dwie male dziewczynki.

nagle furtki u sasiadeczki otwieraja sie z impetem. to jest ten rodzaj energii i dynamiki, ze wiem, ze to malina juz przy pierwszym szybkim kroczku wiem, ze ma cos bardzo waznego, nie cierpiacego zwloki i pewnie jest to cos na co sie nie zgodzimy do zakomunikowania:
 – dostanie jednego z zajaczkow
 – idzie na lody z siasiadeczka
 – wyjezdza na wycieczke do ameryki i nie wraca
zeby dobiec do naszego plotu musi wyskakac (ona nie umie chodzic) 4 kroki.
pierwszy! drugi!! trzeci!!! plask!!!!!!!… cisza.
ale juz moj maz biegnie przez caly ogrod, i nagle malina placze wnieboglosy i kto ten placz dziecka, ktore nigdy nie placze i nic je nigdy nie boli uslyszal, to musialo mu sie serce scinac.
ja biegne do domu i szykuje:
plaster, dezynfekcje, telefon do pogotowia, kluczyki do samochodu.
maz przynosi maline. buzia cala we krwi: czolo, usta, policzek, oba kolana bluzgaja krwia, biala bluzka z boku we krwi. myslalam, ze padne ze strachu. ulozylam w wannie recznik i zaczelam dziecko obmywac chlodna woda. powoli okazalo sie, ze wszystko to opuchlizna i zdarta skora. zeby sa, nogi nie polamane.
wycieram maline a ona nagle z tego bolu i strachu tak zaczela sie trzasc, ze nie moglam jej utrzymac.
ulozylismy ja na lozeczku, przykrylismy kocykiem, o ktorym myslalam, ze juz dawno gdzies wywedrowal – maz przyniosl go z piwnicy. okrywalismy nim 3 letnia maline jeszcze malym lozeczku. potem byla dezynfekcja z odwracaniem uwagi:
 – malina, jak sie te zajace nazywaja?
 – jeden jest romek czy roman a drugi jest julia.
 – moze romeo?
 – moze.
tatus siedzial przy glowie i czytal findusa, ja masowalam stopki i tak mi sie chcialo ryczec jak juz dawno nie.

po dwoch godzinach dmowego spa, malina smigala na rowerze po ogrodzie i gdyby nie rana na czole, policzku, lokciu i kolanach to nie byloby sladu po calej przygodzie. w lozku malina szuka argumentow zeby nie spac. na prozno. w koncu wpada na pomysl. tak jest tym pomyslem oczarowana, ze niemal widze w ciemnosci jak jej sie nad glowka zapala zarowka jak u dobromira.
 – mamusiu! jak tak o kolanie pomysle to…ssss uuuu bardzo mnie boli…
 – a wiesz jaki jest na to sposob?
 – jaki?
 – zamknij oczki i spij. a jutro nawet nei bedziesz pamietala, ze bolalo…

mysl zlota przed polnoca.

malina wziela mnie dzis na kolana ( dobre cwiczenie przed urlopem narciarkim. polecam: siedzenie swojemu 8-letniemu dziecku na kolanach tak zeby go nie zmiazdzyc:-), musze zapamietac na przyszla zime) i powiedzala, ze dzis bedzie moja mamusia.

i tak mi przyszlo do glowy, ze jako dzieci myslismy, ze doroslym wszystko wolno a dopiero jako dorosli widzimy, ze wszystko wolno tylko dzieciom.

powiew wiatru

jeszczae malina byla mala jak zostala obdarowana trzema
porcelanowymi lalkami. taki prezent raczej dla starszej pani, ktora sobie
taka lalke moze postawic na bialej komodzie czy posadzic kolo
przykurzonego pianina. male dziecko chce sie lalkami bawic. a tu nie daj
boze spadnie takie cudo na podloge i pudroworozana twarz rozpadnie sie w
drobny mak. lalki schowalam wiec przy pierwszej okazji i tak sobie
czekaja na nie wiadomo co w piwnicy. ubrane w miniaturki historycznych
sukni z aksamitu, jedwabiu, obszyte skrawkami prawdzwego futerka, w
misternie ulozonych kokach z miniaturowych loczkow – leza sobie dobrze
zapakowane, nie kurza sie i czekaja na drugie zycie odkryte przez jakiegos ciekawskiego poszukiwacza piwnicznych skarbow.

zupelnie o tych lalkach zapomnialam. do wczoraj.

wczoraj
ogladalam w internecie relacje z wizyty obamy w londynie. i zobaczylam
te wszystkie sztywne porcelanowe lalki zywcem wyjete z zapomnianej
epoki. prosto z mojej piwnicy. sztywne, staromodne, zasuszone za zycia w
mumie. przykurzone. amerykanie byli na ich tle jak swiezy powiew 21-go
wieku.

ten wpis nie jest o polityce, ignoruje wszelkie
wojny i afery w ktore zamieszana jest i jedna i druga strona. ten wpis
to tylko impresja, na ktora wplynely obrazy, ton przemowien, usmiechy i
powiew wiatru w zbyt krotkiej sukni prezydenckiej malzonki. nie zalozyla
kapelusza. cudnie.

dlaczego dzieci sa wazne.

dzis na kolacje wybralismy sie pod krzak w rog ogrodu i zrobilismy piknik. siedzimy sobie, jemy, pijemy piwo, malina opowiada o szkole, ja o dyskusji na jednym z ulubionych blogow o feminizmie. maz sie zainteresowal i pyta czy tylko kobiety dyskutuja i co mowia.
no rozne rzeczy mowia i z wiekszoscia sie nie zgadzam. przytoczylam tez wypowiedz jednej z dyskutujacych, ze kobiety powinny sie zebrac, zespolic i umowic, ze przez kilka lat nie beda rodzily dzieci. dzieci sa bardzo wazne dla panstwa i wtedy moze by sie rzady opanowaly i wymyslily jakis porzadny system wspierania matek, ktore chca pracowac. tu znienacka zainteresowala sie sprawa malina:
 – nie byloby dzieci? to byloby smutno.
smiejemy sie z mezem:
 – ah! byloby calkiem spokojnie, nikt by nie wylewal herbaty na swiezy obrus ani nie przerywal w pol zdania ani nie plakal z powodu spodni w zla pogode… – przerywamy, bo malina dziwnie powazna i chyba nie pojmuje, ze zartujemy.
 – jakby mnie nie bylo to nie mialabys kogo glaskac ani gryzc w ucho!

malinowa szkola. ta czy tamta?

po wakacjach malina byc moze pojdzie do innej szkoly. zupelnie nie wiemy jak sie do tego zabrac. dokumenty i podania, rozmowy przeprowadzamy i moze nam sie uda. po drugiej klasie taka zmiana nie jest az takim szokiem, bo i tak zmienia sie wychowawca i wszyscy nauczyciele. zaczynaja sie oceny, dochodzi basen i angielski.
jakos ja chcemy przygotowac na te zmiane, zeby to byla jej decyzja a z drugiej strony nie mozemy tej szkoly za bardzo chwalic, zeby nie byla rozczarowana. a za duzo nie moge o tym tez jej opowiadac, zeby – gdyby formalnosci jednak nas przerosly – nie rozmawiala o tym w terazniejszej szkole, bo moze bedzie musiala tam zostac.

dzis pojechalysmy ogadac dom niedaleko tej nowej szkoly. piekny dom, ale zbyt drogi zeby go musiec jeszcze totalnie remontowac. poszlysmy na spacerek kolo szkoly. weszlysmy na dziedziniec, weszlysmy do budynku. malina wpadla w zachwyt. szalala na placu zabaw, podziwiala zdjecia z zajec muzycznych, jakos tak w jednej chwili "rozkwitla". obiecalam, ze dowiem sie czy moglaby moze do tej szkoly chodzic ale zeby to byla nasza mala tajemnica, bo nie chcemy nikomu sprawiac przykrosci, ze jakas inna szkola podoba jej sie bardziej niz wlasna.
kamien spadl mi z serca.
zbieramy kolejne dokumenty.

Gendarmenmarkt


mam tu swoje ulubione miejsce: quchnia. jest pieknie, jest smacznie i warszawsko. http://www.quchnia.de
trzy spotkania – trzy sukcesy. slonce deszcz. slonce.
jutro wazny, trudny dzien, jakkolwiek nie bedzie ciesze sie na ten moment: wysiadam z samolotu, dojezdzam do domu, maz ma gotowa wanne pelna goracej wdy, malina spi i cos mruczy jak ja caluje we snie. w sobote polska szkola, goscie, zycie w ogrodzie. juz dzis lubie te sobote.

magia slow

sliczna sukienka
przystojny maz
ekskluzywne mieszkanie
elegancka kobieta
super hotel
piekne biurko
slodkie dziecko
przytulna kafejka
pyszne ciasto

kiedy zamiast tych slow wstawie tu 9 zdjec, czar prysnie.
przewaga slow nad obrazami.

malinowa znajomkosc malarstwa

co wieczor na dobranoc czytamy kolejny rozdzial doktora dolittle. jako dziecko uwielbialam te ksiazke i na szczescie malina tez zakochala sie w grubawym, lysawym doktorku. dzis odwiedzila go chora lasiczka.
 – co to jest lasiczka? – pyta malina ziewając.
 – takie zwierzątko jak norka albo fretka.
 – aaa?… hmmm – malina nie jest pewna o co chodzi.
podpowiadam wiec:
 – a dame z lasiczką pamietasz?
 – tak! taka sliczna! tu ma opaske z koralikow a tu taki bąbel!
malina zasypia a ja sobie ogladam dame i nie za nic nie moge sie doszukac tego bąbla…