o 18:00: malina, robi kolacje. co bys chciala?
– nic. nie jestem glodna.
o 18.30: malina, zrobie ci chociaz kanapeczke, co?
– nie, dziekuje. nie jestem glodna.
o 19:00: malina, zjedz chociaz jogurt, bo nagle bedziesz glodna a o 8 musisz isc spac.
– nieeee, nic nie moge jesc… nie jestem glodna.
o 19:30: malina, zebys pozniej nie mowila, ze jestes glodna! zjedz przynajmniej chrupki ryzowe. zaraz idziesz spac!
– nie. nieee… nie jestem glodna.
o 20:00:
– MAMUSIU, cos bym zjadla, co?
panie boze, daj mi cierpliwosc do tego dziecka i niezbedna dla dobrego wychowania konsekwencje.
– malina, jest osma. praktycznie lezysz juz w lozku. zadnego jedzenia. pytalam cie przeciez…
malina w ryk.
– daj spokoj. jest osma. o tej porze nie ma kolacji tylko mycie zebow.
malina sie obraza. biegnie na srodek ogrodu. placze.
czy ja tu juz kiedys pisalam, ze maina wlaciwie nogdy nie placze? to jest nieprawda. ona placze jak syrena przeciwpozarowa. o ludzie. mieszkamy w niemczech. zaraz ktos pewnie nasle na mnie policje albo kuratora albo burmistrza albo nianie z telewizji. sama nie wiem kogo jeszcze, a malina stoi na srodku ogrodu, zalewa sie lzami i teatralnie rozpacza:
– jestem glooodnaaa!!!! uuuuuuu glonaaaaa!!!!! chce mi sie jeeeescccccccccc!!!! uuuuu!!!!
jestem w rozterce. jestem konsekwentna, odpowiedzialna matka. jestem tez nadal cudzoziemka ( po 18 latach nadal dumna polka:-), maz daleko, dziecko umiera z glodu na srodku ogrodu i zakloca wieczorna cisze znakomitym niemieckim sasiadom. wyladuje w wiezieniu jak nic a malina w domu dziecka.
no nic to. wychowanie maliny jest dobrem nadrzednym a wiezienie mi nie straszne. maszeruje do mojej syreny alarmowej:
– malina, im dluzej placzesz tym bardziej jestem na ciebie zla. jeszcze pol godziny temu nie bylas glodna. masz zegarek? masz! pol godziny temu moglas przewidziec, ze jestes glodna a zaraz trzeba do lozka. ryczenie nic tu nie pomoze. nic a nic. wiesz co, ja jade z toba przez pol monachium po karty star wars a ty taki cyrk urzadzasz? radze cie isc myc zeby, bo sie w koncu zezloszcze.
malina opuszcza plac boju. idzie na gore. przebiera sie w pizame. schodzi.
– umylas zeby?
– nie. myslalam, ze zmienisz zdanie.
– nie zmienie. jest pozno. myj zabki i hop: do lozeczka.
zeby. dr. dollitle. wieczorne przytulanki i ostatnie:
– mamusiu, jutro musze duzo müsli na sniadanie.
utulam dziecko, a targaja mna takie wyrzuty sumeinia, ze zaraz rozbudze ja i nakarmie parowka jakas czy co? albo kartoflami?
na wszelki wypadek dzwonie do meza. stoi na promie na korsyke. gdyby mogl spalby ze swoim nowym motorem w kajucie, ale nie moze:-)
opowiadam mu historie "bezkolacyjna". dostaje rozgrzeszenie:
– zycie, nie jest takie, ze wszystko wolno. czasem trzeba ponosic konsekwencje.
aha?
no to opowiadam mu historie o pszczole. jak malina wolala: mamuuusiuuuu i ani drgnela. mezowi tez glupio:
– o gott…
moglam jej dac te kolacje. kurde no!