stuk, stuk, stuk!

w pierwszym polroczu dzieci wyglaszaly referat na temat ulubionego zwierzecia. malina mowila o wiewiorce. pieknie pokazywala obrazki, opowiedziala anegdote, wyliczala wazne do zapamietania fakty.
w tym polroczu temat jest dowolny. dziecko ma prezentowac obrazki i mowic 3-4 minuty pomagajac sobie kluczowymi slowami. malina zdecydowala sie na temat "flamenco". od kilku dni probuje go wyglosic, ale wciaz przeszkadza jej stukajaca pieta, krecace sie biodro, falujace paluszki albo klaszczace dlonie. dzis pomaszerowala do szkoly z wielka pomaranczowo-czerwona plansza i mam nadzieje, ze uda jej sie powiedziec chocby poczatek bez skakania, tupania i pokazywania oczkami, ze nawet kierunek spojrzenia jest we flamenco waznym elementem tanca.
obawiam sie, ze wybrala niewasciwy temat do referowania, ale za to mialysmy swietna zabawe ogladajac w internecie tance, takze w wykonaniu jej przepieknej nauczycielki, drugiej co do szybkosci stukania butami tancerki na swiecie. tu na zdjeciu to wlasnie ona. az sobie pomyslalam, ze moze kurcze szkoda, zesmy tego tanca zaniechaly…

wypnij piers!

sama latalam z malina po swiecie i karmilam w roznych przedziwnych miejscach i okolicznosciach. ani nagosc ani karmienie dziecka w publicznym miejscu mnie nie szokuje. coz ma tu szokowac. a jednak nie podoba mi sie idea wieszania kobiet z golymi piersiami w tramwaju czy metrze, nie mam tez ochoty ogladac dziecka ktoremu mleko tryska w twarz. tak samo jak nie podobaloby mi sie ogladanie dwojga calujacych sie ludzi, ktorzy oblizuja sobie wzajemnie wargi i widac ich sline. to co dla dwojga ludzi jest piekne, cieple, radosne nie musi byc takie dla kogos, kto patrzy z boku.

http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34862,9751436,Szokuja_cie_te_zdjecia__Za_ostre__zeby_trafic_do_metra.html

wiele karmiacych kobiet ma taka gleboka potrzebe manifestowania swojego macierzynstwa golymi piersiami.

prawda stara jak swiat

jak twoje dziecko czegos nie lubi to trzeba je zachecic do samodzielnego gotowania tej wlasnie potrawy. pewnie ta zasada nie dziala w wypadku salatki z osmiornicy, bo gotowanie osmiornicy jest jedna z najpbrzydliwszych rzeczy na swiecie, ale juz w przypadku ryzu to owszem, owszem!
wczoraj wieczorem malina odmierzala ryz, wode, sol, wlaczala gaz w kuchence, sprawdzala czy juz zmiekl i czy wyparowala woda a potem filizanka formowala ryzowe pagorki na talerzach. do tego dolozyla indyka w ziolach,  zajadala sie, ze az sie jej uszy trzesly i poprosila o dokladke. malina! ktora od przedszkola nie lubi ryzu i zawsze zuje ziarenko po ziarenku ze smutna mina cierpietnika.

„pozna juz godzina…”

u nas godzina osma jest magiczna! to wszystko, co nie wchodzilo w rachube o godzinie piatej czy szostej, nagle staje sie strasznie wazne o osmej:
 – cwiczenie na pianinie
 – cwiczenie czytania
 – posprzatanie pokoju
 – mycie wlosow
 – szukanie kredki zgubionej dwa tygodnie temu, bez ktorej nagle zycie traci sens
 – uczenie sie na pamiec wiersza do polskiej szkoly na za tydzien
 – kolacja
godzina osma to najbardziej inspirujaca godzina ze wszystkich dwudziestu czterech.

konsekwentna mama.

 o 18:00: malina, robi kolacje. co bys chciala?
 – nic. nie jestem glodna.
o 18.30: malina, zrobie ci chociaz kanapeczke, co?
 – nie, dziekuje. nie jestem glodna.
o 19:00: malina, zjedz chociaz jogurt, bo nagle bedziesz glodna a o 8 musisz isc spac.
 – nieeee, nic nie moge jesc… nie jestem glodna.
o 19:30: malina, zebys pozniej nie mowila, ze jestes glodna! zjedz przynajmniej chrupki ryzowe. zaraz idziesz spac!
 – nie. nieee… nie jestem glodna.
o 20:00:
 – MAMUSIU, cos bym zjadla, co?
panie boze, daj mi cierpliwosc do tego dziecka i niezbedna dla dobrego wychowania konsekwencje.
 – malina, jest osma. praktycznie lezysz juz w lozku. zadnego jedzenia. pytalam cie przeciez…
malina w ryk.
 – daj spokoj. jest osma. o tej porze nie ma kolacji tylko mycie zebow.
malina sie obraza. biegnie na srodek ogrodu. placze.
czy ja tu juz kiedys pisalam, ze maina wlaciwie nogdy nie placze? to jest nieprawda. ona placze jak syrena przeciwpozarowa. o ludzie. mieszkamy w niemczech. zaraz ktos pewnie nasle na mnie policje albo kuratora albo burmistrza albo nianie z telewizji. sama nie wiem kogo jeszcze, a malina stoi na srodku ogrodu, zalewa sie lzami i teatralnie rozpacza:
 – jestem glooodnaaa!!!! uuuuuuu glonaaaaa!!!!! chce mi sie jeeeescccccccccc!!!! uuuuu!!!!
jestem w rozterce. jestem konsekwentna, odpowiedzialna matka. jestem tez nadal cudzoziemka ( po 18 latach nadal dumna polka:-), maz daleko, dziecko umiera z glodu na srodku ogrodu i zakloca wieczorna cisze znakomitym niemieckim sasiadom. wyladuje w wiezieniu jak nic a malina w domu dziecka.
no nic to. wychowanie maliny jest dobrem nadrzednym a wiezienie mi nie straszne. maszeruje do mojej syreny alarmowej:
 – malina, im dluzej placzesz tym bardziej jestem na ciebie zla. jeszcze pol godziny temu nie bylas glodna. masz zegarek? masz! pol godziny temu moglas przewidziec, ze jestes glodna a zaraz trzeba do lozka. ryczenie nic tu nie pomoze. nic a nic. wiesz co, ja jade z toba przez pol monachium po karty star wars a ty taki cyrk urzadzasz? radze cie isc myc zeby, bo sie w koncu zezloszcze.
malina opuszcza plac boju. idzie na gore. przebiera sie w pizame. schodzi.
 – umylas zeby?
 – nie. myslalam, ze zmienisz zdanie.
 – nie zmienie. jest pozno. myj zabki i hop: do lozeczka.
zeby. dr. dollitle. wieczorne przytulanki i ostatnie:
 – mamusiu, jutro musze duzo müsli na sniadanie.
utulam dziecko, a targaja mna takie wyrzuty sumeinia, ze zaraz rozbudze ja i nakarmie parowka jakas czy co? albo kartoflami?

na wszelki wypadek dzwonie do meza. stoi na promie na korsyke. gdyby mogl spalby ze swoim nowym motorem w kajucie, ale nie moze:-)
opowiadam mu historie "bezkolacyjna". dostaje rozgrzeszenie:
 – zycie, nie jest takie, ze wszystko wolno. czasem trzeba ponosic konsekwencje.
aha? 
no to opowiadam mu historie o pszczole. jak malina wolala: mamuuusiuuuu i ani drgnela. mezowi tez glupio:
 – o gott…
moglam jej dac te kolacje. kurde no!

 

i wish.

postanowilam rozszerzyc malinowe muzyczne horyzonty, bo dziecko nie moze przeciez na okraglo sluchac red hot chili peppers, shakiry i heleny majdaniec. do samochodu zabieram pink floyd. zaczynamy od i wish you were here bo wydaje mi sie, ze to troche gust malinowy, wiec moze od razu polubi? malina slucha. slucha.
 – o! i wish!
 – mhm.
 – pusc natepna piosenke. bo te to znam juz.
 – tak? a skad? – moze tatus juz chcial dziecko wyedukowac na wlasna reke.
 – no znam… podobna. i wish you a merry christmas.

malinowy w ogrodzie

lezy na fotelu i czyta. ja pracuje. nagle slysze cichutkie:
 – mamusiu… mamusiuuuu…
kiwam reka, ze nie telefonuje i ze nie musi byc tak cichutko, ale malina niemal nieruchoma wola, ale najcszej jak moze:
 – mamuuusiuuuu…
ide wiec a malina patrzy na swoja dlon i cicho dodaje:
 – pszczola siedzi mi na palcu. nie chce sie ruszac.
malina jak z kamienia. pszczole przegonilam a malinie po policzkach splynely nagle dwie olbrzymie lzy.

kondolencje

juz sam wyraz "wspolczuje" wyraza to o czym wlasnie mysle. o tym ze skladajacy kondolecje glownie zastanawia sie nad tym co sam CZUJE, przezywa, wspolCZUJE, wyobraza sobie co by bylo gdyby to na niego spadl ten smutny los. w moim odczuciu juz lepsza jest sztywna formulka: prosze przyjac kondolecje.
a najbardziej to rozumiem ludzi, ktorzy prosza o nieskladanie kondolencji.

kim jest malina

moze inni rodzice jakos widza w swoim dziecku talent. potrafia go dostrzec, wyluskac wsrod reszty upodoban i sklonnosci, wesprzec zyczliwoscia i odpowiednimi zajeciami i poprowadzic dziecko sciezka do szczescia, satysfakcji z ulubionego zajecia, hobby, zawodu, ba moze nawet kariery.
ja nie umiem. malina chodzila w tamtym roku na sport z grupa chlopcow, bo inne nie pasowaly do jej planu zajec. caly rok grala w pilke nozna i to tak znakomicie, ze chlopaki dzielac sie na druzyny natychmiast wybierali ja do swojej, malina strzelala bramki, zwinnie sie kiwala sie a nawet jako bramkarz nieze dawala sobie rade. wrecz przeciwnie z pianinem: po roku postanowilam ten piekny intrument sprzedac – dziecko nie ma poczucia rytmu natomiast ja poczucie, ze realizuje swoj plan a nie plan maliny. w miedzyczasie malina przeszla do mieszanej grupy sportowej i znow gra w dwa ognie, berka, skacze przez kozla itp a pani od pianina z przemilej, slicznej nauczycielki zmienila sie na starsza, oschla i surowa pianistke. wynik? hmmm malina ublagala mnie na zmiene 30 minut lekcji pianina na 45, cwiczy, improwizuje, siedzi przy pianinie i wydaje jej sie, ze gra red hot chilli peppeprs, wyciaga jakies stare moje nuty i probuje je odczytac. a pilka nozna? w piatek byly zawody pilkarskie w szkole. swietna zabawa, podekscytowani rodzice, zdzierajacy gardla zeby zdopingowac dzieci ze swojej klasy. a malina? glownie stala kolo bramki i kiedy pilka turlala sie po stronie przeciwnika proboala stanac na rekach, wywinagc gwiazde albo wyklocala sie o cos z bramkarzem.

a rok temu szukalam juz kupca na pianino i rozmyslalam czy nie zapisac jej do klubu pilkarskiego jak to sugerowala nauczycielka od sportu.

no wiec tylko moge sobie sobie stac z boku i obserwowac co sie z tym malym czlowiekiem dzieje. zyjemy intensywnie razem, blisko ciasno a ja i tak wiem, ze nic nie wiem.

malinowe kwiatki (z polskiego)

 – marynarz, stolarz, piekarz… pamietaj, nazwy zawodow maja zawsze, z a w s z e  RZ na koncu.
 – nie.
 – tak.
 – nie! pilot nie!!!

——————

 – dRZewo. malina, czemu drzewo jest przez RZ?
 – bo ma liscie.

——————

linie sa równoległe i prostopadłe. które sa które?
 – te, które leza koło siebie równo sa równoległe a prostopadłe lezały równo, ale jedna upadła.