nie lubie jak sie:
– o polakach mowi: polaczki
– o rosjanach: ruskie
– o warszawie: warszawka
– o niemcach: szwaby
– o sprzataczce: eine putze
– o dzieciach: bachory
– o urzedniczce: biurwa
no nie lubie i juz.
nie lubie jak sie:
– o polakach mowi: polaczki
– o rosjanach: ruskie
– o warszawie: warszawka
– o niemcach: szwaby
– o sprzataczce: eine putze
– o dzieciach: bachory
– o urzedniczce: biurwa
no nie lubie i juz.
– mamusiu, co to jest busz?
– busz?
– mhm.
– bush to byly prezydent stanow zjednoczonych albo chodzi ci o busch czyli krzak?…
– chodzi mi o ten busz w piosence: zyli wsrod roz, nie znali BUSZ.
– kochaneczko, zalozylas bluzke na druga strone!
– no!!! bo to jest cool!
aha.
ale na dobranoc i tak musze spiewac: byl sobie kroool, byl sobie paaaaz i byla tez krolewnaaaaaaa…
– bujac sie na hamaku
– podcinac roze i podgladac ich paki, obrywac nadeschle listki
– chodzic popoludniu z malina na basen
– cos czytac – byle co
– wieczorem pobiegac
– wywalic polowe rzeczy z piwnicy
– spotkac sie na kawe i zagadac sie smierc
czyli rzucic prace.
o boze, jak sie mecze.
15 lat temu moja szefowa zabrala mnie na festiwal w cannes. bylo goraco, bardzo ekskluzywnie i stresujaco, bo wszystkie spotkania byly wazne a ja niewiele mialam do powiedzenia. robilam wiec dobra mine do zlej gry, bylam prawa reka mojej szefowej w ustalaniu planu na nastepny dzien, rezerwacjach najlepszych stolikow, upewnianiu sie, ze zamowiona limuzyna przyjedzie na czas i na umowiony adres.
ani ciuchami, ani butami a przed wszystkim znajomoscia materii nie moglam dorownac mojej szefowej, ale na zakonczenie dowiedzialam sie ze po raz pierwszy od lat tygodniowy pobyt byl tak swietnie zorganizowany i wszystko mialo i sens i oprawe. odtad bylam nieodlacznym cieniem szefowej, podgladalam, uczylam sie, zapamietywalam. zabierala mnie wszedzie. dzis jestesmy konkurentkami, wymieniamy sie usciskami, mamy dla siebie szacunek i respekt.
pomyslalam, ze oto historia zatoczy krag i zabralam do cannes moja asystentke. pewna siebie, uprzejma, stojaca na dwoch nogach dziewczyna przyjechala do cannes z usmiechem, ktory zamarl jej na ustach jak wysiadla z samolotu i tak zostalo do konca. cos takiego sie stalo, ze ten caly tamtejszy teatr ja wystraszyl, zawstydzil, oniesmielil, normalne ja zatkalo. przed kazdym spotkaniem przebierala sie trzy razy i w koncu wychodzila z nieszczesliwa mina, wiecznie spozniona, wiecznie oniesmielona nie mogla sklecic dwoch zdan z sensem. za to kupowala kartki zeby wyslac do rodziny, poszla na zakupy a kiedy ja siedzialam z wazna klientka i iphone odmowil posluszenstwa i nie chcial przeslac dalej waznego maila, za nic nie moglam jej osiagnac ani smsem ani telefonicznie. na swoje usprawiedliwienie miala, ze siedzala na tarasie a telefon polozyla w pokoju… wylaczony. w czwartek wrocila jako ostatnia z party i okazalo sie, ze zapomniala klucza. o 5 rano dzwonila do drzwi a ja malo nie oszalam, bo wyrwana ze snu myslalam, ze to jakis alarm przeciwpozarowy albo wlamaniowy. moj szef sie wkurzyl i zapytal czemu w ogole otworzylam. rano pytam co sie stalo, dajac jej szanse na przeprosiny i slysze, ze zaczela glosno dzwonic, bo… sie wkurzyla, ze nikt nie otwiera a jest pozno.
sama musialam wszystko organizowac, a na koniec okazalo sie, ze panna wraca do domu pierwszym samolotem i oddanie wynajetej willi spada na mnie.
przed najwazniejszym przyjeciem zabralam ja do baru na rozmowe, zeby cos ratowac, dac do zrozumienia, ze to nie wakacje, choc kazdy wysila sie, zeby udawac, ze tak jest. w czasie krotkiej drogi do stolika moja swietna asystentka trzy razy nadepnela mi na suknie:
– kochana, to jest moja najlepsza kiecka w tym tygodniu, wiec jak cie sie to zdarzy czwarty raz to sie chyba wkurze.
przeprosila, usiadlysmy, pogadalysmy, dowiedzialam sie, ze ona jakos nie potrafi sie znalezc, ze wszyscy sie znaja, gadaja, sa tacy swiateczni i piekni.
– piekni? wlasnie tu widac dopiero, ze wszyscy maja forse, ale na brzydote forsa nie pomaga i pamietaj, ze kazdy jest tu tak strasznie zajety soba, swoja fryzura i torebka, ze naprawde nie ma co sie stresowac jak sie wypadlo na przyjeciu.
zrozumiala? moze i zrozumiala, ale jak wstalysmy przydepnela mi sukienke jeszcze raz i to tak, ze zdrapala mi troche zlota ze szpilki. wkurzylam sie.
moze komus sie wydac, ze sie czepiam. sama nie wiem co robic. chcialam dac jej szanse a ten wyjazd bedzie ja chyba kosztowal prace.
sukces, sukces. klade sluchawke. serce mi bije. dzwonie do moich chlopakow szefow. teraz im serca bija.
no musze jeszcze o tym pogadac, wiec wolam meza i maline i rozpromieniona im wszystko jeszcze raz opowiadam. maz smieje sie i cieszy ze mna. malina wspol – przezywa bardziej na powaznie. kiwa glowka jakby rozumiala calosc a rozumie pewnie polowe. sciska mnie za reke i wyraza wzruszona uznanie:
– ty jestes nasza m a m a.
to jest nagroda, co?
++++
ide sobie kupic szpanerskie okulary, bo na moich ostatnich szpanerskich usiadlam niestety wczoraj a jutro jade do goracego kraju, na goracy festiwal.
chwiejne zeby – chwiejna dusza. antropozofia mowi, ze dziecko powinno isc do szkoly kiedy zaczynaja wypadac mleczaki. bez wzgledu na wiek. gdyby sie tego trzymac malina bylaby jeszcze w pierwszej klasie. no trzymaja sie te zebiska ze nie wiem, a malina rzeczywiscie duza ale bardzo dziecinna i szkola nie jest jej zywiolem.
z jednej strony chcialabym oddac sie we wladanie natury z drugiej jednak nie moge patrzec jak w drugim rzedzie rosna nowe zabki. poszlysmy na przeswietlenie. malina jako czlowiek waski i szczuply odziedziczyla moje konskie zeby i cos tu nie pasuje. lekarz polecil wyrwanie 6 mleczakow, ktore siedza jakby nigdy nic, jakby 8 urodzny juz dawno nie minely.
wczoraj poszlysmy na pierwsze 2. pani zabki znieczulila i bierze sie wyrywanie. trzymamy sie za raczki, malina dzielna jak zawsze, ze pani doktor decyduje sie na trzeci zab z rozbiegu. kreci, kreci, malina zamyka oczka a ja splywam potem. pani kreci tym zabkiem, ciagnie, szarpie, druga trzyma malinowa glowe a ja trzymam sie zeby nie zemdlec, bo widok dziecka z ustami pelnymi krwi to koszmar. w koncu zab wychodzi a ja przez chwile mysle, ze moze to byl nowy zab bo jest zwyczajnie olbrzymi!
lekarka jest zadziwiona, takiego dlugasnego mleczaka jeszcze nie widziala. wklada malinie taki supel z gazy i kaze trzymac zabkami, poki nie przestanie krwawic. dopiero w samochodzie malina zaczyna plakac i placze godzine. i to nie z bolu, bo jest jeszcze zneiczulona, ale ze strachu, ze smutku, zeby odregowac to okropne przezycie. to dusza placze. rozchwiana dusza.
+++++
ksiazke polecam serdecznie niemieckojezycznym kolezankom:
http://www.amazon.de/Wackeln-die-Z%C3%A4hne-Zahnwechsel-Erziehende/dp/382517297X
w ogole mnie ta sprawa nie dotyczy, bo malina poszla do szkoly jako prawie 7 latka, ale jakos sie wkurzam jak czytam artykuly o wielkim sensie szkoly od 6 lat. i argumenty mam, ktore sie ciesza, ze dzieci tak samo dobrze czytaja i licza jak o rok starsze dzieci. tak jakby w zyciu chodzilo tylko o tabliczke mnozenia i skladanie sylab.
dorosle zycie pokazuje, ze wazna jest osobowosc, wewnetrzna stabilizacja i zdrowy kregoslup.
malina zabrala dzis swoje stare podkute butki i lylowa spodnice do flamenco. pytam sie po co, przeciez ma tyle pieknych fotografii do pokazania. chciala pokazac nie tylko zdjecia, ale i w rzeczywistosci, co wydalo mi sie dobry, pomyslem. nie wiedzialam, ze… w tornistrze przemycila cd z muzyka flamenco. wyglosila referat, odpowiedziala na pytania po czym zaproponowala, ze moze tez zatanczyc. pani chyba nie miala serca odmowic i na koniec cala klasa dolaczywszy do maliny przytupywala cos w rodzaju flamenco i w ten sposob rozpoczely sie dzis dwutygodniowe ferie. ze tak powiem… tanczaco.
malina dostala z referatu jedynke z trzema gwiazdkami. jest szczesliwa i dumna. lezy sobie teraz w swoim pokoju i rozmysla nad zyciem i feriami. na kolacje kupilysmy jej ulubione smakolyki i bedziemy swietowac we dwie. tatus szaleje po kosyce na noym motorze i sle nam romatyczne sms-y. jutro jedziemy na festiwal roz. niech no tylko skonczy sie ten zawodowo glupawy dzien i bedzie pieknie.