dzien jak codzien?

budze sie wczesniej niz zwykle. gula w zoladku. mam wykonac bardzo wazny telefon sluzbowy.
sa takie dni jak dzis, kiedy oboje jestesmy w home office. ja na dole. maz na gorze.
poranna kawa:
 – dzis masz tam zadzwonic?
druga kawa:
 – kiedy dzwonisz?
herbata:
 – zadzwonilas?
kanapka z serem:
 – zadzwon, bo sie zameczysz.
trzecia kawa z mlekiem:
 – powaznie? nie zadzwonilas? przestan robic inne rzeczy. dzwon i juz.
lunch:
 – dobra, teraz dzwonisz tak?
herbata:
ja ciebie nie rozumiem. jeden glupi telefon i mialabys z glowy.
zejscie na dol bez powodu:
 – zostane tu dopoki nie zadzwonisz, bo juz sam sie zaczynam denerwowac.
drugie zejscie na dol bez powodu:
 – no i?…
 – zadzwonie, ale idz sobie.
poszedl. wystukuje numer po raz kolejny. glos znizam. mozg nastawiam na jezyk niemiecki, uprzejmy, bez zadnych "cool", "super", "geil", pozwalam sobie tylko na "fantastisch". po drugiej stronie mam godnego, uprzejmego przeciwnika, ktory chyba ma zwyczajnie dobry humor i dlatego udaje mi sie strzelic trzy bramki choc planowalam dwie. dziekuje. do zobaczenia. swinskim truchtem biegne na gore sie pochwalic. maz tylko wzrusza ramionami:
 – przeciez juz rano bylo wiadomo, ze tak bedzie.
a do kolacji otwiera cos specjalnego. skypuje chlopakom wynik rozmowy. obaj siedza w studiu i nie moga gadac. gdyby istnial emotikonek ukazujacy opadajaca szczeke do podlogi to obaj by go uzyli. bardzo przyjemne.

nie moge sie doczekac jutra. przeczytalam w internecie euforyczne relacje po infuzji zelaza i mam nadzieje, ze u mnie bedzie tak samo. chcialabym przestac walczyc z wlasnym cialem i dusza.

status quo.

nie lubie latac samolotem
nie lubie telefonowac
nie lubie telewizji
nie lubie seriali
nie lubie talk show(ow)
nie lubie ludzi, ktorzy czuja, ze sa pepkiem swiata i ciagle o tym mowia
nie lubie udawac, ze interesuje mnie cos co mnie nie interesuje
nie lubie znanych logo, metek, znaczkow, ktore rzeczy przecietnej nadaja status luksusu lub kultu
nie lubie facetow, ktorzy czuja sie swiatowymi artystami i dlatego nie otwieraja drzwi w taksowce, nie podaja plaszcza
nie lubie facetow, ktorzy stojac bardzo wysoko podejmuja swiatowe decyzje marketingowe, sa moimi klientami i dlatego nie maja odruchu zaplacenia rachunku nawet za drinka czy kawe

trafilam do branzy przez pomylke, przypadek, niechcacy. wpadlam i zostalam.

jutro ide na pierwsza infuzje (transfuzje?) zelaza. podobno od razu mam poczuc zmiane. moze znow wszystko polubie?

zwyczajna malina popoludniowa

powolutku idziemy ze szkoly. nic nie mowie. malian caly czas opowiada a ja sobie na nia patrze. dwa mysie warkoczyki. tornister w kwiatki. na buzi resztki jakiejs czekolady i brokat, bo cos tam malowala zlotymi farbkami. chce sie bawic spryskiwaczem w ogorodzie bo goraco:
 – mooooge?
 – mozesz!
malina z radosci chce sie calowac. wysylam ja zeby najpierw umyla buzie:
 – jestem twoim dzieckiem. musisz mnie calowac zeby nie wiem co.
caluje i zaraz wycieram sie z brokatu i czekolady. malina jak stoi tak rzuca tornister i wszystkie ciuchy, zostaje w majtach, biegnie po ogrodowego weza. a ja wracam do projektu. siedze przed komputerem. malina pod slonce pruszy perelkami wody i produkuje tecze. zagapilam sie. wzruszylam. i jak ja mam w takich warunkach pracowac? no jak?

malinowa biel

przejezdzamy obok wystawy z sukniami slubnymi.
 – dlaczego do slubu trzeba miec biala suknie?
automatycznie odpowiadam:
 – bo biel to symbol czystosci. – i zaraz sie martwie, ze dziecko zacznie dociekac znaczenia czystosci przedmalzenskiej. na szczescie malina zrozumiala to raczej w kategorii higieny i kreci przeczaco glowka:
 – mysle, ze nie chodzi o czystosc.
 – to dlaczego? – zaciekawiam sie.
 – bo bialy to barwa jezusa.

polskie dzieci na obczyznie

zakonczenie roku szkolnego w polskiej szkole. jak zwykle troche chaosu, wszyscy spoceni, troche klotni, polski hymn, bialo czerwone kwiaty, swiadectwo, ksiazki i do domu. zabieramy przyjaciolke maliny na weekend – obie panny szczesliwe i przejete. przyjaciolka z rozowa walizka jakby miala mieszkac u nas tydzien a nie jedna noc. dziewczyny z radosci zaczynaja sobie recytowac wspolnie znane polskie wierszyki, piosenki. repertuar sie powoli wyczerpuje. malina resztka sil wykopuje z pamieci:
 – wina, wina, wina, wina dajcie! a ja umre pochowajcie! na zielonej ukrainie, przy kochaaaaaneeeej mej dziewczynie.. hej! hej! hej! sokoly!!!..
na to zachwycona przyjaciolka:
 – o jaka piekna koleda.

malinowy sen.

malina kocha sie od zawsze w szczuplych blondynach. czy cale zycie bedzie szukala kogos takiego jak jej tata? bedzie trudno, bo drugiego takiego faceta nie ma i juz. no ale niech probuje. jedno musze przyznac: malina ma gust. podobaja mi sie wszestkie jej sympatie poczawszy o przedszkolnego meza moritza (ktory nota bene wciaz przysyla kartki z pozdrowieniami:)
aktualnie malina kocha sie w laurinie z 4 klasy. wzdycha od dwoch miesiecy chyba, kreci oczkami i marzy jakby mu powiedziec, ze go kocha bo on jej w ogole nie zauwaza. dalam jej rade, zeby go lepiej tez nie zauwazala – to najlepszy sposob na chlopakow. wiec malina kocha sie w laurinie z ukrycia i w tajemnicy. wczoraj wyznala mi, ze kilka razy jej sie snil.
 – tak? i jak ci sie snil?
 – nie moge ci powiedziec, bo to cos okropnego. straszny wstyd.
 – tak? czyli co?
 – nie moge ci powiedziec.
 – oj powiedz. wszystko sobie mowimy przeciez.
 – nie powiem, bo powiesz tatusiowi a to taki wstyd.
 – no pewnie, ze powiem. wszystko sobie mowimy, wiec mow.
 – ale… to jest zwiazane z bolem…
zamarlam. jezu. o co chodzi.
 – mamusi trzeba wszystko opowiadac kochaneczko, wiec mow.
 – no dobrze… snilo mi sie, ze bieglam przez korytarz w szkole i sie przewrocilam. natalia mi zaraz pomogla sie podniesc, ale nie moglam isc, bo strasznie bolala mnie noga. laurin to zobaczyl i od razu przybiegl mi pomoc i razem z natalka pomogli mi pojsc do lazienki. laurin zrobil mi oklad z recznika z zimna woda.
 – no ale to jest piekny sen. czemu nie chcialas go opowiedziec?
malina rozglada sie czy nikt jej w restauracji nie slyszy:
 – no bo on wszedl z nami do dziewczecej lazienki a tam chlopaki nie wchodza, wiec to… s t r a s z n y wstyyyyyd.
aha.
 – to nie jest zaden wstyd. jak ktos jest ranny i trzeba mu pomoc to nie patrzy sie czy to dziewczeca czy chlopieca lazienka. najwazniejsze zeby szybko pomoc.
 – …hmmm… masz racje. to myslisz, ze moge opowiedziec ten sen natalii i nie bedzie sie smiala?
 – mysle, ze mozesz a jak sie bedzie smiala to jej tez wytlumaczysz. tak?

piatek wczesnym wieczorem.

malina wygrala w miedzyklasowych zawodach sportowych. zajela drugie miejsce i dostala jakis straszenie powaznie wygladajacy dyplom ze znakami wodnymi i podpisem samego prezydenta bawarii. postanowilam moja dumna corke zaprosic wiec na obiad, bo:
 – dziecko bylo wzruszone niemal do lez
 – tatus dzis baluje sluzbowo w pieknym zameczku pod stuttgartem
 – nic nie ma w lodowce poza jakas stara saladka ziemniaczana i dzemem.
 – nie mam sily na zakupy, bo dzien mam za soba ciezki (poza bardzo sympatyczna kawa z agnes!)
 – koniec tygodnia! ciezkiego!
poszlysmy na orgie czosnkowa do greckiej ulubionej restauracji za rogiem. mimo braku miejsc maly stolik zostal wyczarowany dla ulubionego goscia malinowego ku niezadowoleniu pozostalych czekajacych. grecy jak polacy: jak pokochaja to juz nieroztropnie, romantycznie i bez konca. dlatego chodzimy tam ciagle. po te milosc.
pijemy piwo i fante, malina opowiada swoje sny o ukochanym, ktory opatruje jej stluczone kolanko. tatus przysyla nam zdjecie ze swojej uczty, my odsylamy zdjecie z naszej. jest jak zawsze za duzo, za ostro, czosnkowo a wraz z rachunkiem malina dostaje wrzaskliwie rozowy napitek, ktory sklada sie chyba tylko z cukru, troche wody i farby. rzucam okiem na sasiedni stolik: malzenstwo z niemowlaczkiem. takim moze 10 dniowym. mama zabiera sie do karmienia. w przepascistego biustonosza wyjmuje stare wkladki laktacyjne i kladzie na stol. lekko zolte, obrzydliwe jak gacie starego dziada. karmi dziecko, karmi, karmi. na koniec przeciera sobie piersi tymi obrzydliwymi wkladkami a ja ciesze sie, ze ludzkie oczy maja taka funkcje jak: odwrocenie, z ktorej natychmiast korzystam. pani wrzuca stare wkladki na talerz razem z serwetkami i znow grzebie w piersiach ukladajac sobie swieze wkladeczki. a ja sie zastanawiam, czy poprawic sobie podpaske na oczach jej meza. postanawiam nie poprawiac, bo co sobie o mnie malina pomysli, tak?

malina spi. ja slomka zastanawiam sie co zrobie jutro szalonego, bo jutro po polskiej szkole malina jedzie z polska przyjaciolka z wizyta a my dopiero wieczorem dojezdzamy z mezem na wspolnego grilla. caly dzien bez: maliny, meza i nic sie pali tak zebym musiala pracowac. ide do kina? leze do gory brzuchem? czytam? sprzatam w koncu piwnice? jade po posrebrzany dzbanuszek na ktorego czaje sie juz od dwoch miesiecy a ktory jest mi zupelnie niepotrzebny i wyglda jak dla starej ciotki?
no jade. kurcze no.

od jutra.

od jutra biore hormony na tarczyce oraz zamiast kolejnej trzymiesiecznej kuracji zelazem w tabletkach dostane co trzy tygodnie transfuzje. mam bardzo silna anemie. to dlatego moje zycie odczuwam jako toczenie ciezkiego kamienia pod gore a nie bieg w podskokach. moze teraz to sie zmieni?