swiadectwo malinowe jest bardzo dobre ale nie bez skazy. kolejny raz nauczycielka pisze, ze dziecko nie umie usiedziec na tylku. i juz.
malinowy sens wojny. (na poduszki)
malina jest w fazie przyjazni z h. przyciagnely sie na zasadzie magnesu. obie blondynki, obie szczuple i blekitnookie ale o zupelnie odwrotnych charakterach.
– mamusiu! stalysmy na tym przedstawieniu d w i e godziny!!! – gestykuluje zywo malina. a obok spokojna, niskim glosem h.:
– niecala godzine stalysmy. tak.
zaraz potem:
– mamusiu! a ten czarodziej mial tak mocno zwiazane rece, ze malo mu nie odpadly!!! no!!!
h. na to:
– mial tylko tak zaplatany sznur, zeby moc sie z niegio uwolnic. to byl taki trick. tak.
– mamusiu! h. umiera z glodu! – wpadaja do kuchni, a h. dementuje:
– troche chce mi sie pic.
h. jest jak drzewo z korzeniami a malina skaczaca dookola wiewiorka.
h. nocowala dzis u nas. zasnely chyba kolo polnocy a o 6 rano obudzily nas jakies huki – zatrzeslo calym pieterkiem, zerwalismy sie na nogi i pobieglismy do dziewczynek. skakaly po lozku i toczyly wojne na poduszki pekajac ze smiechu. przywolalam towarzystwo do porzadku i spobowalam jeszcze troche pospac. przy sniadaniu omawiam sprawe poduszek:
– nie mozna walic sie poduszkami, bo moga sie podrzec. – argumentuje – h. twoja mama tez by pewnie nie byla zadowolona jakbyscie to robily?
– u nas mozna, bo my mamy stare poduszki. tak. – odpowiedziala h. a malina popatrzyla na nia z zazdroscia. stare poduszki to jest cos.
– ale jak macie stare poduszki to tym bardziej nie mozna nimi sie bic, bo moga sie podrzec a pierze bedzie fruwalo po calym domu.
dziewczynki jak komende przestaly jesc i spojrzaly na mnie jakbym sie z choinki urwala. h. pokiwala glowa:
– tak. no wlasnie. i taki jest sens wojny na poduszki. tak.
z braku argumentow wyslalam panny do lazienki zeby umyly zeby. po czym panie podreptaly do szkoly.
dzis rozdanie swiadectw. a od popoludnia wakacjeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee!!!
malinowy kieł.
poszlysmy na rwanie nastepnego zeba. kla, wiec ogromnego. zdecydowalysmy, ze sprobujemy jeszcze raz bez narkozy. malina lezala na fotelu, spokojna, ale lzy jej ciekly jak groch, choc nie plakala. pani dentystka delikatnie dozowala znieczulenie, ale i na nia tak te lzy zadzialaly, ze popaptrzyla na mnie watpiaco.
– malina, boli cie?
malina kreci glowka i probuje powiedziec:
– boje sie.
sciskam jej raczke:
– pamietasz jak wyciagnelysmy kiedys razem zab? nawet nie poczulas kiedy. ciagniemy?
malina kiwa glowka a lzy jej ciekna a mnie serce peka, ale szkoda mi, ze w nia wpompowane znieczulenie na marne…
dwa razy wycieramy nos.
– wyciagamy?
znow kiwa.
– malina zamykaj oczy – mowie i sama zamykam tez.
lekarka wyciaga zab poprostu genialnie a malina nadal zaciska oczy.
– malina juz po wszystkim!!! zab wyszedl!
– jaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!!!! – krzyczy malina buzia pelna krwi i smieje sie od ucha do ucha. w zyciu tego widoku nie zapomne!
oddychamy z ulga. pani doktor spocona, ja mokra po brzuch, malina ze spuchnietymi oczkami, ale szczesliwa.
w samochodzie siedzi z gaza w ustach, co zupelnie nie przeszkadza jej w nieprzerwanym dialogu:
– nie rozumiem czemu ten chlopiec musi miec narkoze. nie mozna sie tak wszystkiego bac.
cos we mnie nagle peklo i sie poplakalam. bo ja sie balam jak nie wiem.
teraz malina siedzi na sofie z rozowymi sluchawkami i podspiewuje:
– ho ho ho ho honoratko…
jest wypelniona duma jak pekaty balon. jestem jej absolutnym fanem.
ciekawe mysli
" Człowiek niepewny siebie jest lepszym
człowiekiem. Refleksyjnym. Zbyt dobre samopoczucie zagłusza wszelkie
ciekawe myśli."
– z wywiadu z olga lipinska w gazecie. jej autoironia, blyskotliwa inteligencja i dowcip jak zawsze powalaja mnie na kolana.
nie boj sie duchow.
ktos podyskutowal o demokracji, ktos o wolnosci slowa, ktos o tym zeby nie zab za zab, oko za oko. w samolocie wpadla mi w rece notatka jak ojciec rzucil sie przed syna zeby go uratowac od strzalu. niech sobie kazdy wyobrazi, strzal glowe wlasnego dziecka. strzal, dziecko upada zakrwawione i juz nie wstaje. nawet nie zdarzy spojrzec na pozegnanie. a potem zastawiajcie sie nad demokracja, wolnoscia slowa i liberalna sprawiedliwoscia. mnie wcale nie chodzi o zemste, mysle, ze zadna zemsta nie wskrzeszy zmarlych i nie ukoi bolu. ale w tak jasnym przypadku, kiedy wiadomo kto jest morderca musi byc mozliwe zeby wyeliminowac go ze spoleczenstwa. zeby nie powtorzyla sie tragedia.
pamietam jak kiedys bylam w lesie noca i powiedzialam, ze sie boje duchow. i uslyszalam: duchow sie nie boj, ludzi sie boj.
jestem za absolutnym zakazem rozpowszechniania wiadomosci na temat terrorystow. powinna sie nimi zajac policja, sad, wiezienie ale mediom nic do nich. zdjeciem mordercy bylo dzis niemal wytapetowane lotnisko w hamburgu i w monachium. w ciagu dwoch dni stal sie legenda, drugim hitlerem, gwiazda. po co?
wieczorna pobudka.
maz pograza sie w ksiazce. ja w projekcie, ktory przyprawia mnie o mdlosci. kompletna cisza. malina juz od dawna spi.
nagle? taki krzyk, placz, wrzask, ze zrywamy sie na rowne nogi i na przelaj biegniemy na gore, zapalamy lampe – dziecko siedzi w kacie lozka, sciska poduszke i zalewa sie lzmi tak, ze ledwie oddycha. co sie stalo? szczur? kot? ptak? jezu, co?
– na zajeciach…
umieram ze strachu co ma do powiedzenia.
– uuu… na zajeciach zrobilam taka piekna bransoletke…uuuuu… w horcie pozyczylam ja sao mai…. a potem ona zapomniala mi oddac …. uuuu… i ona ja pewnie zgubila… uuu…
– o boze malina. jak sie przestraszylam, ze cos sie stalo!
– staaalooo sieeee…. tyle tygodni pracy… uuu…
– jutro poprosisz ja zeby ci oddala.
– ona pewnie zgubila. zguuuubiiiilaaaa…
maz stoi, rozumie polowe, (bo malina placze dzis po polsku) rozglada sie po pokoju w poszukiwaniu ducha lub weza, czy jakiegos innego powodu takiej malinowej paniki.
obiecalam, ze rano zadzwonie do sao mai, zeby przyniosla bransoletke do szkoly i ze wczesniej pojdziemy do jej klasy. malina chlipie jeszcze i wyciera nos:
– kocham cie. jak jutro dostaniemy te bransoletke, to ci ja podaruje. chcesz?
– chce.
jestesmy obudzeni, podniesione cisnienie, maz idzie po wino a ja zamykam laptopa, bo mnie ten projekt mierzi i nie mam juz na niego sily po tej akcji ratowniczej.
przeczekac.
ze pada deszcz – lzy naplywaja mi do oczu
ze malina nie ma pracy domowej – zbiera mi sie na placz
ze wygralismy projekt – placze
ze maz wczesniej wraca do domu – placze
ze pozniej – placze
ze udalo mi sie odwolac lot do hamburga – placze
ze nie udal mi sie klomb w ogrodzie – placze
od 4 tygodni biore pierwsze w zyciu hormony. na tarczyce. mialam od nich chudnac a na razie tylko mam napady glodu i placzu.
nie wiadomo co robic.
a za dziesiec dni, za dni dziesiec…
jak wieczorem bede wygladac przez okno:

i tego sie dzis trzymam.
malinowy ipod.
malina dostala moj stary ipod – maly rozowy – i dzis do tego rozowe sluchawki. nowe. pol popoludnia spedzila na hustawce bujajac sie pod niebo i wyspiewujac na cala okolice a to czarnego alibabe, a to przystanek happy end, a to rudego, rudego rydza. (malina jest znana fanka heleny majdaniec)
dzieki bogu, ze sasiedzi ja uwielbiaja i jakos cierpliwie to zniesli.
za 10 dni zaczynaja sie wakacje. malina sennie tuz przed zasnieciem: – mamusiu, to beda piekne wakacje. ja i ipod… – mruknela i zasnela.
hmmm…
w czasie transfuzji zasnelam. obudzilam sie jeszcze bardziej zmeczona niz przedtem. i wlasnie zasypiam przed komputerem.
a myslalam, ze bede wracac do domu skaczac na jednej nodze.
jestem rozczarowana.