malinowy obama

moje beztelewizyjne dziecko musi glowkowac. slucha wiadomosci radiowych w samochodzie, slucha rozmow doroslych i doklada sobie wizje do fonii. a od czasu do czasu rzeczywistosc weryfikuje te obrazy:
 – myslalam, ze obama jest czarny i ma duzo kreconych wlosow, takich lokow co stercza we wszystkie strony… a on jest tylko troche brazowy i ma takie wloski jak ciasna czapeczke.

malina pobozna

malina ma religie w szkole. uwielbia te zajecia. pani gra na gitarze, maluja arke noego, rozmawiaja o bogu. wczoraj mieli dokonczyc zdania:
"boga wyobrazam sobie jako……..
malina dokonczyla: pana w pieknej szacie. jest wielki i przezroczysty.

"kiedy pierwszy raz uslyszalam o bogu i co?……
malina odpowiada: w pierwszej klasie, kiedy dowiedzialam sie, ze stworzyl ziemie i to bylo dobre.

"trudno mi wierzyc, ze bog instnieje, kiedy.….
malina na to: nigdy. zawsze latwo mi wierzyc, poniewaz bog istnieje.

aha. czuje, ze w tym roku czekaja nas chrzciny.

malina w dniu smierci jobsa

malina nie ma pojecia kto to jest jobs. nie wie, ze umarl i ze ta wiadomosc przeslonila nawet literackiego nobla.
w przeciwienstwie do wielu swoich kolezanek malina nie ma jeszcze komorki, ale zastanawiamy sie nad kupnej takowej. mimo, ze mojego iphona ma rzadko w raczkach, posluguje sie nim znakomicie. tatus ma nokie. jakby juz to malina wolalaby jednak iphona.
hmmm ihopne jest za drogi tlumacze i mysle, ze jeszce dlugo bedzie musiala nan poczekac. malina kreci noskiem i lapie sie ostatniej szansy:
 – a ty w moim wieku jaka mialas komorke?
 – jak ja bylam w twoim wieku to nie mialam zadnej komorki. wtedy nie kazdy mial telefon a jesli juz to taki ze sluchawka na kablu.
no szok. normalnie szok. jak to nie bylo komorek? jak to bylo?
w internecie pokazuje malinie telefon z kablem i… ku zdumieniu malinowemu z… tarcza! no! takim czyms dzwonilismy kiedys. naprawde!!!

no wlasnie.

w samolocie siedzialam kolo slicznej kobiety, mojej rowiesnicy, matki trojga dzieci. wszystko na niej bylo o klase drozsze: buty, torba, sukienka, plaszczyk. na lotnisko odprowadzil ja bardzo przystojny maz. leciala w odwiedziny do kolezank, zeby sie wyrwac z domu. wymienilysmy sie powierzchownymi parametrami naszych zyciorysow i pani westrzchnela ze smutkiem: ehhhh tez bym tak chciala.
czyjes zycie ogladane z boku jest zawsze ladniejsze niz w rzeczywistosci jest. oczywiscie jesli wszyscy zdrowi!

malina placzaca

kazdy czytelnik tego bloga zna te piekna bajke o malinie NIEplaczacej. bajka jak to bajka. troche w niej prawdy troche fikcji. bo na przyklad dzis malina lezy juz w lozku a spozniony na kolacje tatus zupe dyniowa z pieczonymi kielbaskami i grzankami. ja do towarzystwa popijam piwo, kiedy nagle slyszymy, ze malina placze. biegne na gore. pewnie cos jej sie zlego sni! ale nie malina chlipie taka z lekka obrazona.
 – heeej, co sie stalo? – glaszcze ja.
 – smuuuutno mi… – chlipie moje dziecko.
 – ale czemu? cos ci sie smutnego przysnilo?
 – nieeee eee eee…
pewnie jakies szkolne smutki. wypytuje i wypytuje ale malina kreci glowka. w koncu wyznaje wycierajac nos:
 – bo ja totylko takie byle co dostalam na kolacje a tatus… zupe taka pyszna… i kielbaski… a ja jestem taka glodnaaaa…
normalnie mnie zamurowalo i nie wiedzialam czy sie smiac czy malina jeszcze bardziej sie obrazi. no o 9 nie ma jedzenia, szczegolnie, ze wiedzialysmy, ze tatus wroci pozno i poszlysmy na kolacje w miescie okraszona wielkim ciastkiem na deser. szybko przypominam to ciastko.
 – eee takie male ciastko… a tatus ma kielbaski…
 – kochana, spij szybko to zaraz bedzie sniadanie.
malina zamknela oczy i zasnela w ciagu kilku minut. wciaz mnie to strasznie wzrusza, ze takie dziecko potrafi plakac, gadac a potem trzy minuty pozniej spac.

… i po placzu.

strach

cos mi sie tak z dusza czy z cialem porobilo, ze od kilku miesiecy boje sie latac. zawsze latalam czesto, ale wsiadalam do samolotu, zasypialam zanim wystartowal i juz. latam przynajmniej raz w tygodniu i tak sie nie da zyc. przy najmniejszej turbulencji dlawie sie wlasnym sercem. wczoraj siedzialam na lotnisku i zastanawialam sie czy nie wziac taksowki i nie uciec z lotniska na dworzec i wrocic do domu pociagiem. ale chcialam zdazyc na kolacje i zamiast 5 godzin w pociagu wybralam 50 minut samolotem. przez opoznienie i tak stracilam ponad trzy godziny, wiec potem te 50 minut siedzialam, balam sie, zalowalam i wysiadlam nieprzytomna. musze pojsc na taki kurs pomagajacy zwalczyc strach. inaczej zwariuje chyba.

juz chyba dzis zaczynam trzymac kciuki.

malina zostaje na razie w swojej szkole. ma nowa, bardzo surowa pania, w ktorej dzieci sie wprost zakochaly. klasa zostala zmniejszona. na religie wrocila jej ulubiona nauczycielka, ktora glownie gra na gitarze i spiewa jezusowe przeboje i mysle, ze po rodzicach malina kocha ja najbardziej na swiecie.
z rozbiegu zadzwonilam do nowego hortu. juz pomijam fakt, ze horst jest architektonicznym dzielem sztuki, ma przepiekny ogrod to pracuja tam panie, ktore mnie zwyczajnie zachwycily. zadzwonilam – choc czulam ze to bez sensu –  do pani dyrektor i… okazalo sie, ze jest jedno miejsce. nagle sie zwolnilo! a kandydatow wielu.
umowilam meza na jutro na spotkanie. kazalam zalozyc blekitna koszule i garnitur. ale bez krawata! to robi wrazenie, ze taki zapracowany tata… no i bardzo mesko…
mam nadzieje, ze mu sie uda. to nie byloby rozwiazanie optymalne, ale byloby lepiej.
troche mi szkoda, ze nie pojdziemy razem, ale z drugiej strony taki samotny tatus (z mamusia w hamburgu) budzi dobre uczucia, wspolczucie. mam nadzieje, ze pani dyrektor ma dobre serce…

przytulanie bez powdu

pamietam jak zadziwila mnie kolezanka, ktora odwiedzilam kiedys w warszawie a ktora ma 5 dzieci. jak mozna w takim tlumie ludzi stworzyc taka harmonie? powiedziala wtedy, ze jej glowna metoda wychowawcza jest przytulanie usmiechnietego dziecka. jak to? no wlasnie. nie sztuka jest szybko reagowac na placz, koic, uspokajac, lagodzic a zalatwiac wazne sprawy albo odpoczywac jak dziecko jest spokojne, zadowolone, najedzone i sie akurat samo dobrze bawi. jej dzieci juz jako niemowlaczki byly wyciagane do przytulania, calowania, sciskania, lulania ot tak bez powodu a kiedy plakaly, mama mowila:
 – juz ide! ideee!
i szla oczywiscie, ale "dluzsza droga".
potem jak urodzila sie malina, bieglam ja sciskac jak tylko sie usmiechala i moze to juz jest nasza rodzinna legenda, ale wydaje mi sie, ze malina niemal wcale nie plakala. moze od dziecka czula, ze fajnie sie usmiechac?

pomyslalam o tym dzis, kiedy po raz setny chyba uslyszalam, ze to niesamowite jakie mam pogodne, wyluzowane i zadowolone z zycia dziecko. moze to zwyczajnie geny tatusia, ale moze tez troche te calusy bez powodu?

wandale. maja po 4 lata.

wychodzimy ze sportu. wszystko tu jest nowe, bo gmina sie kilka lat temu zaangazowala i wybudowala wielkie centrum sportowe, bieznie, boiska, kafejki, robi sie tez coraz bardziej zielono. musze stanac na chwilke. wazny telefon. w ogrodzenie biezni dwoch malych chlopcow wali ile sil metalowymi lopatkami, ze az dudni, metal o metal.nie takie maciupkie lopatki, tylko duze na kiju. pewnie na nich ktos zaraz nakrzyczy. odsuwam sie nieco, bo halasuja jak nie wiem tym waleniem. obok na lawce siedzi znudzona mama. rzucam jej pytajace spojrzenie. patrzy w bok. pewnie nie jej dzieci. koncze rozmowe i zwracam sie do chlopcow:
 – huhu! przestancie tak walic, bo polamiecie sobie lopatki i zniszczycie plot!
jestem oszolomiona spojrzeniem tych malych baczkow. moga miec po 4 lata a ilosc pogardy z jaka mnie mierza i zlosliwy rechot z ktorym wracaja do przerwanego na chwile zajecia niemal zwala mnie z nog. kobieta na lawce obserwuje nas znudzona. podchodze do chlopakow:
 – prosze w tej chwili przestac! s o f o r t!!! powiedzialam!
przestaja. odsuwaja sie na wszelki wypadek. moze mysla, ze ich uderze? jeden zmienia lopatke w karabin, mierzy mi w glowe i "strzela" smiejac sie zlosliwie. drugi peka ze smiechu i zaczyna walic dalej w plot.
 – czego pani chce od moich dzieci? – kobieta ze znudzonej zmienia sie we wkurzona.
 – a jak pani mysli? czego chce? zeby przestali niszczyc plot.
pani wzrusza ramionami, ze niby takiej idotki dawno nie widziala. jakas adrenalina we mnie stapila (moze to te hormony tarczycy?):
 – pewnie. niech sobie wala. niech niszcza. wandale. za 10 lat lopatkami zakatuja czlowieka na dworcu. a pani jest matka tych wandali. i to za 10 lat to jest pani zasrana przyszlosc. jak te chlopaki nie przestana niszczyc plotu nasle na pania straz. do widzenia.
poszlam. jestem zla na caly swiat. chetnie dalabym rosnac krzewom w naszym plocie na 5 metrow.