kazda praca jest trudna, jak sie nie ma predyspozycji.

miesiac temu prosilam asystentke o rezerwacje hotelu od poniedzialku do czwartku. dzis mowie, zeby przesunela, bo wole od wtorku do piatku, bo mi sie spotkania przesunely. tlumacze powod, choc nie musze. panna jest niemal oburzona:
 – no ale chcialas od poniedzialku?! ja JUZ zrobilam rezerwacje.
 – to fajnie. dziekuje. a teraz prosze przeloz te rezerwacje.
tak sie zastanawiam, ze ja to bylam kiedys naprawde rewelacyjna asystentka.

piatek wieczor w samolocie.

mija rok odkad tu jestem. pamietam jak knulismy przed rokiem, jak marzylismy, jakie snulismy plany wiedzac, ze sa nierealne. nierealne jest nagle calkiem realne, nawet potwierdzone na pismie. tak sobie dzis to pisemko obracalismy w rekach zagryzajac mm-sami z naszym logo. zamowilismy te czekoladki na urodzinowe prezenty ale stwierdzilismy, ze nie sa cool i teraz sami sie nimi odzywiamy. jak zwykle o 16:30 splynal na nas wielki i nie cierpiacy zwloki projekt zeby nam sie w weekend nie nudzilo. chcielismy to mamy! jesli go wygramy to to bedzie najwiekszy projekt odkad istniejemy. a mielismy w weekend lezec do gory brzuchem i nic a nic nie robic. maz kazal mi sie nie martwic. malina jutro w polskiej szkolce, on zrobi zakupy a ja odrobie te weekendowa "prace domowa" i chwile potem zaczniemy "nicnierobienie". no to lece do  domu. papapa.

ps: widze, ze stukanie lylowych tekstow na iphonie (ktory lepiej wie co chce powiedziec i wciaz mnie "poprawia" a ja musze poprawiac na moje, polskie) jest zmudne i troche pomaga mi skupic sie na czyms innym niz baniu.

kilka godzin z mojej codziennej karuzeli.

popoludniu siedzimy razem przy stole. malina odrabia matematyke. ja pisze briefing do nowego projektu. potem mam telefoniczna konferencje i sprawdzam jednoczesnie matematyke a malina odrabia niemiecki. za nic nie moge jej pomoc w znalezieniu rzeczownika do "endlos". potem malina odrabia polski a ja sprawdzam rezyserow. co drugi telefon po niemiecku lub angielsku tlumacze dziecku roznice miedzy roslina wloknista a oleista oraz co oznacza slowo "gajowka". na kolacje zupa z chrupkami, do lozka czytanie historii o jezu i opowiadanie dlaczego wpadl do fosy i co to jest fosa. malina spi. moge sie zabrac za przygotowanie prezentacji. na skypie asystentka pyta czy mozemy pogadac. gadamy poltorej godziny. w tym czasie ona trzy razy placze i w koncu wyznaje, ze jutro zlozy wymowienie. nazywam po imieniu trzy powody dla ktorych uwazam to za glupote, ale jak to mawiaja w niemczech: nie zatrzymuje sie podrozujacych. zegnamy sie. biore sie za prezentacje. maz wraca polprzytomny ale szczesliwy: chyba wygrywaja wielki projekt. kolo polnocy jakos dowlekamy sie do lozka. pol nocy przypomina mi sie rozmowa z asystentka i mam wyrzuty sumienia, bo troche dala mi do zrozumienia, ze komunikacja ze mna jest trudna i nigdy mnie nie ma. nie moge spac. wstaje o 5:30. wlosy, makijaz, pakuje walizke. maz robi sniadanie, ja szykuje maline, bo dzis maja fotografa w szkole i malina zamarzyla sobie mini-warkoczyki. ulubiona sukienka i fryzura czaruja malinowy, poranny, swietnym humor. droga na lotnisko- maile, szybkie telefony. telefon od asystentki, ze moje argumenty zupelnie pokrecily jej dzisiejsze plany i jesli jestem gotowa nadal pracowac z taka emocjonalnie niestabilna osoba, to ona jednak zostanie. krotko przed samolotem dowiaduje sie jeszcze, ze prewien celebryta z ktorym negocjuje zyczy sobie za dwa dni pracy rownowartosc tego, co przecietny niemiecki zarabia w dwa lata. no i te hiobowa wiadomosc kto ma przekazac agencji? ja, bo ode mnie to przelkna. wsiadam do samolotu.    trzy pierwsze minuty ok.  no to jakos dam rade. jak zawsze. potem panie przestaja podawac napoje, bo wpadamy w taki turbulencje, ze nie moga utrzymac sie na nogach i same tez musza sie przypiac pasami. kiedy troche sie uspokaja, pilot milo przeprasza za hustanie. schodzimy o iles tam setek metrow nizej i ma byc spokojniej. nie jest. kawy nie bedzie. pilot prosi o nieopuszczanie miejsc bo za kilka minut wlecimy w niekorzystne warunki atmosferyczne. to te byly korzystne? ladowanie to nieustanne falowanie. samolotem rzuca we wszystkie strony. za oknem biale mleko. dzien dopiero sie zaczyna, zaraz rozkreci sie codzienny kram.

malina w wyborach. matka wybranka bogow.

siedze w auli i czekam. juz mi kiedys maz na zwrocil uwage, ze malina jako jedyna zawsze wybiega ue szkoly usmiechnieta i zawsze rzuca sie nam w ramiona jakby nas miesiac nie widziala. nie zwracam uwagi na inne dzieci, bo zawsze wypatruje maliny i zawsze umieram ze strachu, ze pedzac potknie sie, przewroci, wpadnie na kogos… a dzis bylam troche za wczesnie i tak sie przygladalam innym dzieciom. wiekszosc w dobrych humorach i wszytkie ciesza sie na rodzicow, ale zadne nie przyspiesza kroku na ich widok, kazde cos ma jeszcze szybko koledze do powiedzenia, komus musi jeszcze pomachac, cos do kogos zawolac az dotrze do mamy lub taty.
w koncu w drzwiach pojawia sie malina. usmiechnieta od ucha do ucha pedzi z rozwianym wlosem, rozpieta kurtka i szeroko rozpostartymi ramionami: mamusiuuuuuuu!!!! gdzies z tylu dochodza nas glosy kolezanek: no to czesc, malina! do jutra! do zobaczenia!!!
 – tatus jest w domu?
 – nie. wroci dopiero wieczorem. no i jak? kto zostal przewodniczacym?
 – ch. wyobraz sobie, ze ch.! tak sie ciesze!
i naprawde sie cieszy.
 – hmmm no to fajnie… i nie smutno ci troszke?
 – nie. chcielismy zeby byla dziewczyna i jest. a ja bede w przyszlym roku!
no dobra. to idziemy do domu. w domu ogien w kominku, strucla jablkowa. ja w stresie a malina robi polska prace domowa, zeby miec z glowy do soboty.

mysle, ze jako matka mam wiecej szczescia niz rozumu.

wieczor przed wyborami

malina rozumie, ze moze rowniez NIE zostac wybrana na przewodniczaca. obiecuje nie plakac jesli sie nie uda a ja obiecuje, ze odbiore ja ze szkoly i nie bedzie musiala isc do hortu. wciaz jeszcze jest w wieku, kiedy i radosc i rozczarowanie najlepiej przezywa sie w ramionach rodzicow.
 – najwazniejsze jest zeby wygrala dziewczynka. mysle, ze g. i f. maja duze szanse. no i… ja chyba tez mam szanse.
dzieci maja wypisane w punktach wszystko co dotyczy glosowania: urny, tajemnica, demokracja. ale dziwie sie ze malina chce wyboru dziewczynki…
 – mamusiu, taki przewodniczacy to ma tez obowiazki. na przyklad gdyby cos sie stalo i pani musi wyjsc z klasy, przewodniczacy ma sie zajac porzadkiem w klasie. to przeciez zaden chlopak by sie nie zajal tylko by zaczal mazac po tablicy! – argumentuje z przejeciem malina – albo gdyby na przyklad chlopcy zaczeli sie bic, to przewodniczaca by z nimi sprobowala porozmawiac albo poszlaby po pomoc do pani a przewodniczacy to by sie tez zaczal bic.

aha. no to rozumiem dlaczego w polsce teraz marszalkiem zostanie kobieta.

malina przewodniczaca

niedlugo wybory klasowe. od kilku dni dzieci rozmawiaja z pania o tym jakie obowiazki ma przewodniczacy (taki rzecznik) i jak sie go wybiera. dzis kazde dziecko musialo napisac 3 powody wyjasniajaca dlaczego chcialoby albo dlaczego nie chcialoby zostac przewodniczacym. w poniedzialek odbedzie sie glosowanie na chetnych kandydatow.
malina wyjasnila swoje powody krotko:
1. interesuja mnie ludzie i ich problemy.
2. lubie rozmawiac z ludzmi
3. bardzo chetnie rozmawiam z pania nauczycielka.

jutro lece do domu. maz przygotowal dla mnie misje specjalna. w weekend mam wytlumaczyc malinie, ze przegrana wyborach nie jest zyciowa kleska, nie jest koncem swiata, nie jest powodem do plakania przez caly dzien ani tez powodem do rezygnacji ze szkoly… puuhhhh….