malinowy peeling

dwie godziny latania po mokrym ogrodzie. kolana zielone, stopy czarne. mimo siedzenia w wannie nie chca sie domyc. odkrecam peeling – nakladam na nozki a malina masuje:
 – mamusiu, normalnie czuje jak zmywam sobie bakterie z nog!

malina (nie)calujaca

zaliczylam dzis pedagogiczna wpadke. calkiem niechcacy. spontanicznie.
jeszcze przed wakacjami malina wyznala mi w tajemnicy, ze ch. calowala sie z i. no dziwne mi sie to wydalo, bo ch. jest najmlodsza w klasie. i w ogole to mowimy o dzieciach w wieku 7-8 lat! zapomnialam o tym szybko, bo pomyslalam, ze to jakas malinowa fantazja.
dzis mama n. opowiada, ze jej syn na wiadomosc, ze ch. i i. sa zaproszeni na party urodzinowe skomentowal:
 – tak? to moze znow beda sie calowac.
mama byla oburzona. a ja sama nie wiem co myslec.
jade z malina i tak zagaduje:
 – hmmm pamietasz, jak mi opowiadalas, ze ch. i i. sie caluja?
 – tak. a. tez sie calowala z i.
u kurcze, no!
 – tak? a ty? calowalas sie tez?
 – nie. ja bede sie calowala jak bede dorosla.
 – jak bedziesz nastolatka to pewnie sie bedziesz juz calowac.
 – eeee chyba nie.
 – pewnie tak i to jest ok, bo wiesz mlodziez to juz jest bardziej odpowiedzialna i myje zeby. – jezusie, co ja gadam? ale brne dalej  – a takie male dzieci jak wy to wiesz jak to jest… no czesto zebow nie myja i takie calowanie jest bleeeee… no okropnie obrzydliwe.
 – tak myslalam – odpowiada malina – najlepiej calowac sie z mezem, bo w domu mozna sprawdzic czy myje zeby czy nie.

i teraz martwie sie, ze moze malina w przyszlosci bedzie miala jakas traume? i bedzie musiala isc do psychologa, bo bedzie sie brzydzila calowania? moze cos popsulam?

a wy co byscie powiedzialy? no?

trzecia klasa.

malina poszla do trzeciej klasy. nowa pani bardzo mi sie podoba. jakas rzeczowa jest i sciska mocno dlon na powitanie. to lubie. poprzednia pani wiecznie byla lekko usmiechnieta bez wzgledu na to czy mowila cos milego czy niemilego i potrafila stracic panowanie nad soba. a dzieci potrzebuja prawdy. jak jest niemilo to niemilo, jak milo to wtedy sie trzeba usmiechac. dzieci nie rozumieja jeszcze ironii, kpiny i nie rozumieja, ze wiecznie usmiechnieta pani nagle traci panowanie na emocjami i krzyczy. nowa pani jeste serdeczna ale tez bardzo serio. malina zachwycona. klasa zrobila sie mniejsza. 20 uczniow. w tym roku dochodzi plywanie i angielski. malina siedzi z a.
a. jest lekko flegmatyczna, niesamowicie piekna, stateczna, odpowiedzialna i mozna jej zaufac. zupelne przeciwienstwo maliny. malinie tez moznaby bylo zawsze ufac, gdyby nie fakt, ze ona jest jak maly piesek lub zrebak. chce sie dobrze zachowywac i o wszystkim pamietac, ale rozsadza ja energia, gdzie pobiegnie, podskoczy, ucieknie… dzis chciala mnie zaskoczyc ze juz sie umyla, wyprysznicowala itp i jak sie przejechala z uciechy po podlodze w lazience to na dole az huknelo… spieszy sie ciagle…

gdyby malina tak nie kochala tej szkoly to byloby mi latwiej… a tak to nie wiem, czy nie naginam jej zycia do moich uczuc.

malinowa, kulturalna mama

wlasnie odebralismy maline od tesciow. moglabym teraz zrobic siarczysty wpis o tesciowej, ale nie zrobie, bo jestem dorosla, kulturalna, mila i umiem trzymac emocje na postronku. tak. tak. taka wlasnie jestem. jak sobie to bede powtarzac do wieczora, to moze i w to uwierze a potem i tak mi przejdzie.

bez maliny

odwiezlismy maline do dziadkow. od dwoch tygodni nie mieszkaja 400 kilometrow od nas tylko 60 i zamiast 4 godzin jestesmy u nich w 25 minut. jedno z najpiekniejszych miejsc w okolicy. jeju jak nam bylo smutno wracac. robilismy plany. co tu takiego mozemy zrobic, czego nie mozemy z powodu maliny? do miasta, do kina na pozny seans, poszlismy… na spacer. kiedys czy deszcz czy snieg czy cieplo chodzilismy przed snem na spacer. zagladalismy ludziom do okien, ogrodow, lazilismy skrajem lasu, gadalismy. po powrocie mycie zebow i spac. od osmiu lat tardycja zamarla, bo jakos nie umiemy zostawic maliny samej w domu. po spacerze lyk wina w ogrodzie i na gore… wsponamy sie cichaczem jak zawsze i nagle maz glosno:
 – co my sie tak czaimy? na gorze nikt nie spiiiiiii!!!! mozemy skrzypiec schodami ile chcemyyyyy!!!!
jakos wytrzymamy ten tydzien, co? z rana poszlam prasowac malinowe sukieneczki, teraz rzucam sie w okropny projekt, wieczorem kolacja ze znajomymi w ulubionej restauracji, potem weekend ktory mial byc albo w barcelonie albo lizbonie a bedzie wiszeniem na hamaku z ksiazka. w poniedzialek misja trzydniowa w hamburgu i zaraz potem zabieramy maline do domu. jestem pewna, ze dzis na porannym spacerze z psem ani chwili nie zatesknila. milosc maliny do dziadka i dziadka do maliny jest niepowtarzalna i jakos czujemy ze niemiecka babcia troche ma z tym klopot.

sztuka sporu

sztuka kochania. sztuka milczenia. sztuka pisania. sztuka przebaczania. sztuka konwersacji…
do zycia niezbedna jest sztuka sporu. realna codziennosc i matrixowa przestrzen pelna jest konfliktow. czasem sa to nieporozumienia, niesnanski, czasem wielkie konkfity z nieobliczalnymi konsekwencjami. trzeba umiec sie klocic, spierac, walczyc na argumenty.
patrze na maline i jej kontakty. z sasiadeczka nie daja rady wytrzymac dluzej niz dwie godziny. kloca sie, sasiadeczka wybiega z ogrodu i trzaska furtka. malina zostaje i nie wie co robic. wieczorem powtarza ten schemat w domu. czekam az wroci i tlumacze, ze uciekanie, obrazanie i trzaskanie drzwiami to poziom przedszkola, teraz trzeba juz umiec rozmawiac. z a. potrafia spedzic caly dzien i nic. czasem spieraja sie, ale przekonuja, przekonuja i zawsze jedna strona wygrywa, druga przyznaje racje. raz jedna raz druga – zdrowa rownowaga. jestem pod wrazeniem.

tak sobie o tym rozmyslam, bo mam kolezanke, ktora wlasnie wpada w depresje. druga praca w jej zyciu i dziewczyna (10 lat mlodsza) nie daje sobie rady z szefem. nie umie poradzic sobie w sytuacji stresowej i napietej. zamiast dyskutowac, szukac kompromisu czy jakichs rozwiazan jest obrazona, dotknieta do zywego i zalamana, ze nikt jej nie lubi, nie rozumie, nie docenia jej pracy, mysli o tym zeby odejsc. tumacze, ze w kazdej innej pracy a nawet jako niepracujaca bedzie musiala dawac sobie rade z konfliktami, bo one sa wszedzie. poszla po profesjonalna porade. okazalo sie, ze sprawy zaszly tak daleko, ze musi chodzic regularnie do psychiatry. zaczyna sie oczywiscie jak zawsze od… rodzinnego domu. u niej rodzice nigdy sie nie klocili. wszystko bylo zmiatane pod dywan i choc czulo sie napiety sytuacje, nikt o tym nie mowil.

ide na gore szczerze malinie wygarnac co mysle o balaganie w jej pokoju:-)

malinowy dzien

rano poszlysmy do pobliskiej ksiegarni kupic jakies sudoku i cos do malowania/krzyzowkowania i z zagadkami. jutro malina jedzie do dziadkow. na caly tydzien. wybralysmy zeszyt z zagadkami o koniach, zeszyt z nalepkami konnymi i szczegolowymi opisami konskich ras i slicznie ilustrowane bajki ezopa. wychodzimy z ksiegarni:
 – mamusiu, kupilas mi takie fajne ksiazeczki to ja cie zapraszam na kawe! – malina triumfalnie wyciaga portmonetke z torby. idziemy na kawe.
malina zamawia sobie toast hawajski, ja rolade truskawkowa. rolada laduje na stole niemal natychmiast, ulubiona pani kelnerka "tlumaczy sie" przed malina:
 – toast hawajski potrzebuje troche czasu, musi jeszcze doleciec… hawaje sa straaaaasznie daleko!
malina jest zachwycona dowicipem i powtarza go potem kazdemu, kogo spotka.
potem leze w hamaku i prowadze trundna rozmowe (temat na osobny wpis wlasciwie) a dziecko serwuje mi wlasnorecznie zebrane poziomki (rosna u nas jak chwasty, wszedzie) pomieszane malowniczo ze stokrotkami a do tego wode sodowa w szklance ozdobionej cytryna. bo malinie marzy sie wlasna restauracja…
pracuje, pracuje, ale musze zrobic przerwe, zeby obejrzec nowy program akrobatyczny. malina wspina sie po sznurach wyciaga artystycznie i nozki i raczki. wystudiowany usmiech, uklon w skupieniu, bo malina chce byc przeciez akrobatka cyrkowa.
potem dostaje salatke z ogrodowych jablek, twarozku i powidel sliwkowych, co byloby calkiem smaczne, ale niestety posypane dwoma kilogramami cukru jest trudne do zjedzenia. malina chce kiedys byc cukiernikiem i jak mi nie smakuje to prosze bardzo moze za mnie dokonczyc.
pod krzakiem malina majstruje cos wytrwale, ale nie mam czasu dokladnie zobaczyc co, bo akurat pali sie w moim projekcie. szybko musze mailowac i telefonowac. dopiero pozniej mam sie zglosic na masarz. malina powbijala w ziemie patyczki o dlugosci 4-5 cm. cos jak loze fakira? miedzy patyczkami ozdobnie leza liscie klonu, obok serce z okraglych kamieni, obok mini loze fakira. mam usiasc na poduszce i stopami "glaskac" to loze, co ma byc masazem dla stop. wersja mini jest dla dloni a serce z kamieni to chlodny odpoczynek po masazu.
na kolacje jadlysmy ravioli w masle szaswiowym – szalwia posiekana wlasnorecznie przez maline i z naszego ziolowego wzgorza:-)
na kamieniu postawilysmy wszystkie swieczki jakie mialysmy i tak znalazl nas tatus. potem czekalismy na jeza, ktory znow nie przyszedl, wiec malina poszla spac czytajac opowiesc co to znaczy, ze mowienie jest srebrem a milczenie zlotem.
maz nalal wina. siedzimy przy swiecach, cieplo, gwiazdy i juz tesknimy. jutro malina zostanie u dziadkow. chyba maliowe czulki jakos wyczuly te rodzicielska melancholie. tup, tup tup… na tarasie malina w pizamie do podlogi:
– jakos nie moge zasnac…
rzucilismy sie na dziecko:
 – nie mozesz spac? ojej, no to posiedz z nami…

zycie inne niz bylo w planach. wpis pomidorowy.

latami opowiadalismy sobie, ze nie chcemy dzieci a prosze jaka malina malinowa nam sie udala.
latami tez chcielismy mieszkac pod dachem w nowoczesnym studio, mieszkamy w skrzypiacym domku z rozwalajaca sie szopa.
w tym roku w dwoch wielgachnych donicach posadzilam 4 malutkie roslinki. ze to niby pomidorki beda. kazda kosztowala 90 centow, wiec jakby uschla to jakos przezyje pomyslalam i podsypalam nawozen na pomidory.
na poczatku obrywalam dzikie klaczki ale potem a to wyjechalam, a to zapomnialam i pomidory sobie urosly w wielki, nieprofesjonalny gaszcz. niektore ambitnie wspiely sie po dachu, wplataly w winogrona i nie mialam serca ich obcinac.
teraz maz przed kolacja przynosci garsc czerwoniutkich pomidorow i smieje sie od ucha do ucha. od wakacji jemy codziennie pomidory i wcale ich nie ubywa a smakuja jak jakies swiatowe delicje. a tak nam sie marzyl taras na dachu: samo drewno i kamienie.

dzis przyszedl moj hamak. maz rozwiesil go miedzy jablonkami. jutro dokupie jasnoblekitne poduchy. i jak sie poloze to mnie nikt z tego nie wyciagnie… bede sie hustala i hustala. do jesieni.

malinowe wakacje pod jablonka.

z 6 tygodni letnich wakacji malina spedza 3 w domu. pierwszy raz w zyciu. i wciaz powtarza, ze to takie piekne wakacje. spi do 10 rano w pizamie pije herbate w ogrodku, owinieta w koc i czyta swoja gazetke. potem sniadanie, potem na hulajnodze przyjezdza a. dostaja ode mnie dwa chodniki i jeden dywan i w krzakach buduja dom: sypialnia z poduchami w mini namiocie (taka lazowa muszla), kuchnia z orzeszkami i misiami gumowymi, pokoj do zabawy z plansza monopoly i tam spedzaja calutki dzien. wszystko otoczone 25-metrowym parawanem plazowym, prawdziwa rezydencja. jak bylo goraco to do dmuchanego basenu lalam im wody a pod wieczor szlysmy na lody. wieczorem malina siedzi z nami do pozna, zapalamy swiece i pochodnie i czekamy na zaprzyjaznionego jeza. w tym roku odwiedza nas niechetnie. malinie to nie przeszkadza. idzie spac w naszej sypialni, bo przez otwarte okno moze slyszec jak siedzimy, pijemy wino i gawedzimy. potem tatus przenosi ja do jej lozka, ale o tym malina nie ma zielonego pojecia…
kiedys wymyslalam jej kursy angielskiego, kursy malowania, teraz malina zajmuje sie swoim czasem sama. ja jestem tylko odpowidzialna za posilki w odpowiednim momencie, serwowane pod jablonka…
za dwa dni jedzie do dziadkow na 5 dni i cieszy sie i troche jej szkoda.