poranny dialog.

w hamburgu mieszkam w slicznym apratamencie w srodku miasta. do biura chodze na piechotke i strasznie to lubie, bo w domu do pracy zawsze jezdzilam kawal drogi, bo mieszkam na wsi, albo jak teraz do pracy schodze po schodach do kuchni.
w hamburgu jestem wiec taka miastowa. ostatnio zimno jak nie wiem, przechodze kolo budki z warzywami. pan usmiecha sie a ja kupuje ananasa na sniadanko. zmarznieta reka wybieram i podaje mu ananasa.
 – dziendobry.
umiecham sie i kiwam glowa. jestem tak jeszcze snieta i zmrznieta, ze nie mam sily gadac.
 – zapakowac w torebke?
kiwam glowa.
 – 3 euro.
kiwam glowa i podaje pieniadze.
 – zimno, co?
kiwam glowa.
 – cudzoziemka?
kiwam glowa.
 – nie mowi po niemiecku?
krece glowa. usmiecham sie. ochodze.

wstretne babsko

nie ogladam telewizji ani niemieckiej ani polskiej. ale w tabloidach internetowych widze pania kozuchowska, ktora w popularnym talk show wsadza sobie pistolet do ust i zartuje ze smierci a internet pelen jest jej zdjec z zakrwawiona twarza. uwazam ze to jest niesmaczne, niemoralne, obrzydliwe i mam nadzieje, ze zaszkodzi temu wstretnemu babsku.

malinowa przyszlosc zawodowa.

kiedys malina chciala koniecznie byc sprzataczka na wakacjach kazala sobie kupic szczoteczke (taka jak do mycia paznokci) i szorowala nia taras wspolnie z paniami sprzatajacym. ostatnio postanowila zostac kelnerka, bo niezle idzie jej w matematyce, wiec sie nadaje! kelnerka musi dobrze liczyc!a dzis przy kolacji dziecko oznajmia, ze zmienilo zdanie. malina chce zostac accessoire w samolocie. kim??? – sie zdziwilismy z mezem jednoglosnie.
 – no… accesoire… jak mama liana.
 – chcesz byc stewardessa?
 – hmmm… no… chyba tak.
 – bo wiesz accesoire to jest bizuteria, kapelusze, torby… dodatki a ty chyba chcesz bys stewardessa, ktora czestuje pasazerow soczkami?
 – tak! stewardesa. chociaz… fajnym kapeluszem tez bym mogla byc.

o demokracji

najpierw droga ewolucji, ktora jest zawsze droga pod gorke albo droga rewolucji, ktora jest bolesna, dochodzi sie do demokracji. krotka przerwa na wiwaty, radosc i fajerwerki a zaraz potem wszystko zaczyna byc "cena demokracji". to moze ta demokracja sie w sumie nie oplaca?

nei ma czego zalowac.

poszlam po maline do szkoly. jak nie ja. nie swinskim truchtem, w ostatniej chwili, tylko spacerkiem i troszke za wczesnie. i tak sobie patrzylam na te dzieciaczki, co wybiegaja radosnie jakby sie worek kuleczek rozprul i kazda kuleczka w inna strone: hyc,hyc,hyc…
jezu, jakie te dzieci jeszcze malutkie, w ogole ich nie widac zza olbrzymich tornistrow. czekam na moja dziecinke i dopiero jak staje moja panna uswiadamiam sobie, ze przygladalam sie pierwszakom.
 – moze to troche wstyd, ze po ciebie przychodze? po trzecioklasistke?
 – nie! nie! tak sie ciesze, ze przyszlas!!! – malina oddaje mi tornister i podskakuje jak zrebaczek.
swietnie napisala test uz ortografii, malo pracy domowej… to jest czlowiek, ktory czerpie radosc z byle czego, wykapany tata. w domu szybko odrabia lekcje, produkuje mi komplet kolczykow, wisiorek i pierscionek. wypijamy sok z jablek, ktory wczoraj wycisnam nam tatus (2 litry) i tak sie dziwie:
 – boze jaka ty jestes duza. jak dzis te pierwszaczki widzialam to az mi sie teskno zrobilo …
 – eee nie zaluj. nie ma czego. jak bylam mala to nie pieklam cie ciastek, co?

malinowa definicja

co wieczor malina czyta jeden rodzial dzieci z bullerbyn sama a jeden czytam jej ja. (musi zdazyc do soboty przeczytac cala ksiazke) napalilam w kominku i robie kolacje. damska, bo tatus w drodze.
 – o czym czytasz dzis, malina?
 – rozdzial o wodniku.
i tu malina, ktora w wielu niemieckich bajkach czytala o wassermannie, nagle zastanowila sie nad sensem istnienia wodnika. bo kimze jest wodnik?
z opresji uratowal mnie telefon. ledwie skonczylam rozmowe, malina miala gotowa odpowiedz na wlasne pytanie:
 – wodnik zyje w wodzie i tak naprawde nikt nie wie czy naprawde istnieje. wodnik to taka meska syrenka.

to jest zmeczenie przed meta.

caly dzien sie wysilamy, zeby jakos sobie poprawic humor. i pogoda fajna, i w polskiej szkolce fajnie, i do bozego narodzenia wypozyczylam malinie moj sekretarzyk, dopoki nie dostanie wlasnego biurka i jej pokoik zrobil sie sliczny, i poszlismy fajnie zjesc, i napalilismy w kominku, i maz otworzyl lepsze wino niz zwykle, i wlaczylismy fajna muzyke i zaraz ja wylaczylismy, bo kurcze wszystko nas dzis wkurza. i tak jednoczymy sie dzis wspolnie w bolu nad nie wiadomo czym. ostroznie sie ze soba obchodzimy i mamy nadzieje, ze jutro bedzie lepiej.

wieczor w gronie rodzicow malinowej klasy.

wczorajsze spotkanie rodzicow – spotykamy sie raz na dwa miesiace w kawiarence – uplywalo z poczatku leniwie i nudnawo. moje argumenty przeciw sadzaniu dziecka przed komputerem zeby sobie porozmawialo z internetem o przeczytanej ksiazce sa bardzo sluszne, ale… i tak dzieci beda braly w tym udzial. ba, kilkoro dzieci chodzi dodatkowo na kurs komputerowy. co najdziwniejsze to te same dzieci, ktore nie chodza na sport, bo za drogo.
juz mialam sobie pojsc, kiedy ktos zartem poruszyl sprawe calowania w klasie. wiem od maliny, ze dwie kolezanki calowaly sie z klasowym ulubiencem dziewczyn, ktorego… malina nie znosi. no i rzeczywiscie chodzi o te dwie dziewczyny. ku mojemu zdziwieniu obie mamy staly murem za swoimi corkami, ze to nic, ze normalne, nie ma co demonizowac i ze rozbawione sa rozmowami o tym, ze slina nie smakuje. mama calowanego chlopca omal nie spadla z krzesla, bo choc gada o tym cala klasa, ona uslyszala to pierwszy raz. tatus jednej z calusnych dziewczynek prosil zeby sie nie przejmowala. taki wiek i juz.
no i zaczela sie dyskusja czy to juz ten wiek czy nie, w ktora sie nie wdawalam, bo z jednej strony uwazam, ze calowanie sie jest mniej wazne niz to, ze polowa tych dzieci codziennie przykleja sie do nintendo albo playstation i strzela ile sil w palcach a z drugiej strony nie uwazam, ze malina powinna sie juz calowac. bylam wiec taka niezdecydowana.
wtracilam sie dopiero na rozgrzeszajaca z calowania teze, ze przeciez zaczyna sie juz czas nastolatkow, ze teraz wszystko jest wczesniej i ze nie wolno niczego zabraniac, bo sie straci kontakt z dzieckiem. no niestety, malina jest chyba dzieckiem, ktoremu jest najwiecej zabraniane (z tych dzieci, ktore znam) a mamy calkiem niezly kontakt i o tym co sie dzieje w klasie to ja opowiadalam przy stole innym mamom a nie one mnie.
no i nie uwazam, ze 9-letnie dziewczynki to nastolatki. na to mama a., ze niektore 10-latki w dziesiejszych czasach menstruuja. na to ja, ze niech sobie menstruuja na zdrowie, w naszych czasach tez niektore dziewczynki menstruowaly i mialy biust ku ich utrapieniu, bo chlopcy-dzieci je wysmiewali.
podobnie jak 8-letnia malina sprzed roku to zupelnie ktos inny emocjonalnie niz malina dzis, tak samo malina 10-letnia za rok bedzie o cala ere dalej. w tym wieku rok to nowy kosmos.
rozmawiamy przeciez o 8-9-latkach, ktore powinny czytac pippi, dzieci z bullerby, hexe lili, mikolajka a skoro co tydzien sledza germany next top model, wetten dass, deutschland sucht den superstar to maja w glowie inne pomysly, inspiracje i nie maja czasu na klejenie latawca. mysle, ze nie wolno nam rodzicom tak zupelnie zrezygnowac z roli "prowadzacego" i "drogowskazu" i zgadzac sie na wszystko w imie dobrego kontaktu. no nie i juz. dla mnie 9-latka jest wciaz mala dziewczynka.
rodzice patrzyli na mnie z lekkim politowaniem i tylko mama n. przytakiwala, ale bardzo subtelnie tak zeby sie nie rzucalo w oczy.

i tak sobie pomyslalam, ze jak dziecko sie rodzi to nawet niezamozne rodziny kupuja najwspanialsze wozki, lozeczka, ciuszki, pierduszki i markowe zajace, matki poswiecaja sie martyrologicznie, rezygnuja z kariery, z pieniedzy, z ambicji, wesolego seksu przed snem i z czego tam jeszcze nie rezygnuja a wszystko dla dobra dziecka a potem daja sie poniesc fali, oddaja dziecko w wir spoleczenstwa nie stawiajac nawet minimalnego oporu. przy stole siedzialo kilkoro rodzicow, ktorzy podzielaja moje zdanie i poglady ale tylko teoretycznie, bo zycie jest jednak inne i trzeba sie dostosowac. moim zdaniem dostosowywanie sie do wiekszosci przynosi ogladalnosc stefanowi raab, popularnosc dieterowi bohlen, wysokie naklady gazecie bild a wszystko w imie: "przeciez wszyscy to robia".
do domu wrocilam z lekka wkurzona i jak zawsze zamarzyla mi sie ucieczka nie wiadomo dokad i dzieku bogu, ze czuwa tu maz, ktory przywraca wszystkiemu wlasciwe proporcje.

kolory.

u nas w domu wszystko jest biale. biale w bialym, po bialym i bialym pogania. co nie jest biale to jest ciemnoszare albo drewniane (szaro drewniane, bo naturalne drewno lubie przeciagnac woda, zeby szarzalo szlachetna patyna). to wszystko jest oczywiscie klamstwem , bo nasze zelazne lozko jest szarogranatowe a schody na gore czarnobrazowe, ale to pomijam, bo nie pasuje do wpisu:-)
w polowie lutego na gore wchodza panowie robotnicy, zdzieraja znienawidzona ryzowa tapete i tynkuja wszystko rowniutko, zakladaja podlogowe ogrzewanie, klada debowe dechy i w sypialni wybijaja drzwi na taras, ktory powstanie w lato. bedzie wiec ramba camba. ostatni moment zeby zobaczyc co by bylo gdyby.
i tak malinie pomalowalismy jedna sciane na ciemny fiolet a reszte laczeni z sufitem na blado-wrzosowo. jedna sciane w sypialni chcialam miec ciemnografitowa. pokazuje koszulke meza: o taka. ciemny grafit z kropla granatu no wlasnie taki kolor tylko oczywiscie matowo.
wchodzimy do sklepu. prosze bardzo, gotowa, wymieszana farba jakby byla razem z koszulka meza wyprodukowana. i teraz bedzie hard core, bo w sobote malujemy tak cala sypialnie. z ciekawosci. na trzy miesiace. na tym tle bedzie stala biala komoda, biala szafa, drewniany sekretarzyk i obrazy.
jak nie bialo to czarno. jaki prosty swiat.

malina w szerz i wzdluz.

2 lata malina uzywala pieknej drewnianej 30 centymetrowej linijki. 2 lata jej nie lubila, bo wszystkie kolezanki maja kolorowe, blyszczace, elastyczne albo nawet z trojwymiaowymi obrazkami. tak tej linijki nie lubila, ze w koncu na wszelki wypadek ja zgubila a bez linijki ani rusz. w sklepie wybrala sobie nowa, elastyczna turkusowa, calkiem ladna musze przyznac. no i tak sie ta linijka ucieszyla, ze wpadla w szal mierzenia. zmierzyla wszystko a przede wszystkim siebie. dostalam w prezencie kolorowa tabelke w ktorej moge sobie sprawdzic jak dluga jest malinowa stopa a ile z tego przypada na piete. jak wysoki jest brzuch a jak szeroki i ze pepek ma rowno centymetr wysokosci jak i szerokosci. malina zmierzyla wszystkie przednie zeby, uszy oraz oczy, wiec teraz jestem dobrze poinformowana matka i w sklepie na pytanie ekspedientki czy rozmiar na 135 czy 140 nie bede stala – jak dotad – jak jakas gapa tylko siegne sobie do tabelki i odpowiedz gotowa!