jeszcze nigdy w zyciu nie polecialam tak daleko bez noclegu. prosto z lotniska na gale, z gali skoro swit na lotnisko a o 15 juz odebralam maline z hortu. taki zastrzyk adrenaliny pomogl mi przezyc te dwa dni bez wiekszych oznak zmeczenia ale na mysl, ze jutro nastepny wystep na weekendzie wigilijnym u meza zakrecilo mi sie w glowie. co roku ten sam cyrk. zlatuja sie chlopaki z calych niemiec i ze swiata a kazdy z zona. 28 par. no i te zony. pewnie od tygodnia siedza u kosmetyczek a jutro zajada do palacyku prosto od fryzjera. jedna, ktora lubie lata do bankoku na zakupy przed takimi imprezami. rok temu wystapila we wrzosowo-liliowych jedwabiach i fioletowych szpilach, ze mnie z zachwytu zamurowalo. na szczescie posadzono nas przy tym samym stole, bo wiadomo ze sie lubimy:
– no to wreszcie sobie pogadamy, bo tak to nie ma kiedy.
– no ja z toba nie pogadam.
– ha? czemu?
– niestety wygladasz tak, ze mnie zatyka sama nie wiem czy z podziwu czy z zadrosci.
potem maz powiedzial, ze najsmieszniej wygladala wlasnie moja ulubiona znajoma, bo przypominala jego dzieciece wybrazenie o duchach. no ale moj maz jest zaslepiony i sie nie zna.
w tym roku jestem cala na czarno do ziemi, torebeczka groszkowo zielona ze skory jakiejs takiej z sierscia i malutka kokardka z boku.
malina spedza weekend u dziadkow. cieszy sie jak nie wiem, choc tez troche jest obrazona, ze z nami nie jedzie. no ale impreza jest bezdzietna tym razem. kiedys bylo z dziecmi i uwazam, ze bylo duzo fajniej. pamietam maline 2 letnia w brazowej, aksamitnej sukience, przewiazanej atlasowa szarfa i z koronkowym kolnierzykiem. wygladala jak spod pedzla jakiego holenderskiego artysty. jak przezyje ten weekend to jeszcze dwie imprezy, zamkniecie projektu i jakos resztka sil dotrzemy do swiat. jezuniu jak ja juz czekam na te swieta. na milczaca komorke, na pusta skrzynke mailowa. uwielbiam ten czas, kiedy nawet najokropniejsze tytany pracy – weekendowi szalency – 23:00 waznych projektow wysylacze – zasiadaja na kilka dni do stolu, odlatuja do cieplych krajow albo na narty i zostawiaja mnie w swietym spokoju. w kacie lezy liliowa sukienka maliny, ktora zaczelam dziergac na wakacjach… hmmmm….
na bezdechu.
jak mi sie udalo wczoraj wymigac z tygodnia w poludniowej afryce, to musze na dzisiejszy wieczor leciec do lizbony, wrocic jutro i jeszcze czeka mnie dyskusja o thailandii. co za grudzien.
nawet nie wiem czy zdaze na samolot.
moje miejsce pracy
pracuje przy starym sekretarzyku. ktory nagle stal sie jeszcze starszy:
http://www.youtube.com/watch?v=5dlUi3DnrzA&feature=player_embedded#!
malina estradowa.
malina w weekend przedstawia mi cala choreografie wystepu adwentowego w szkole:
duzi ludzie – rece do gory i na paluszkach
mali ludzie – kucanie
sluchaja – dlon przy uchu
maja pomysl – stukanie sie palcem w glowe
mysle – pocieranie czola
i tak przez cala piosenke. malina wydaje sie swietnie bawic. ide na przedstawienie. cala szkola, klasa maliny na scenie, wystrojona malina w drugim rzedzie, smieje sie od ucha do ucha, spiewa wprawdzie, ale w choreografii nie bierze w zasadzie udzialu, co w drugim rzedzie w sumie nie rzuca sie w oczy.
– a co ty taka dziwna bylas? w ogole sie nie ruszalas? zapomnialas wszystko?
– nie. pamietalam, ale uwazam, ze te ruchy to strasznie glupie. takie cos to tancza male dzieci w przedszkolu!
– nic nie rozumiem. przeciez w domu jak mi to pokazywalas to sie swietnie bawilas?…
– w domu… w domu to sie bawilam, ale nie bede sie przeciez wyglupiala przed wielka publicznoscia!
malinowa kolysanka
– malina, koniec juz. spij i juz. pozno jest jak nie wiem co.
– ale jeszcze sobie zaspiewam druga kolysanke.
pierwsza zaliczyla razem z masazem pleckow na dobranoc.
– dobrze, ale jakas krotka, ok?
malina sobie nuci:
– zasnij sliczna laleczko.
piekne oczka zmruz.
i juz.
advent, advent..
jak zwykle kupilysmy najprostszy wieniec charytatywny. przybralysmy go roznymi znaleziskami z ogrodu: troche paproci, galazki wrzosu, mahonia, makowki, owoce dzikiej rozy i suche owocki pachnacego groszku, malina upiekla ciasteczka w ksztalcie konikow do dekoracji. w srodek wstawilysmy swiece i mamy.
malina poszla do szkoly wystrojona jak na odpust, bo dzis spiewa na scenie jakies adwentowe szlagiery a ja siedze, patrze na ten wieniec i … wzdycham.
juz po weekendzie niestety.
jak ja lubie jezdzic pociagiem. niemieckie ice, pierwsza klasa jest nieporownywalnie wygodniejsza niz kazdy samolot no i nie startuje, nie wpada w turbulencje, nie przyprawia mnie o bol brzucha. natychmiast zapadam w lekka drzemke i czuje, ze moje zycie jest bardzo przyjemne. chyba, ze pociag zatrzymuje sie w norymbergii i megafon informuje, ze bedziemy miec dwie godziny opoznienia, bo jedziemy przez stuttgart z powodu wypadku na linii do monachíum. ehhh no dobra. pociag stoi i stoi i megafon nagle po kilku dziwnych zgrzytach i szumach decyduje, ze jednak pociag dalej wcale nie jedzie i tak w ogole to wysiadka! zimno, szaro, mzawka a wy sobie ludzie robcie co chcecie, kolej nie ponosi zadnej odpowiedzialnosci ani finansowej ani zadnej innej, bo jak wypadek to nie wina kolei, tak? nastepny ice jedzie do monachium za 2 godziny, ale tez nie wiadomo czy przejedzie. mozna wsiasc do regiolnalnego i turlac sie ta ciuchcia do petershausen a z petershausen autobusem albo s-bahnem, jak kto woli. na pocieche przynajmniej moze nadal uzywac swojego ekskluzywnego biletu ice i nie musi kupowac nowego biletu. jak milo.
maz i malina kazali mi poszukac jakiejs kafejki, zamowic kawe, wskoczyli w samochod i zanim dojadlam porzadnie makowe ciastko juz stali pod drzwiami, mimo, ze iphone powiedzial mi, ze potrzebuja dwoch godzin z monachium do norymbergii. wystrojona malina trzymala plakat: witaj mamusiu. sobotnie party siedzialo mi mocno w calym ciele. w domu do wieczora przenosilam sie z sofy na fotel, z fotela do wanny i znow na sofe a malina i maz utrzmywali mnie przy zmyslach kawa, prosecco, obiadem, goraca kapiela i kominkiem. szkoda mi strasznei, ze ten weekend juz minal.
malina roztanczona
dymi mi mozg. malina tez juz pada na nos nad czytanka. otwieram okno, tanczym. okrecam maline jak malego baczka w piruecie. moje zachwycone dziecko wola:
– a teraz mnie uchyl!
uchylilam.
malinowa polska czytanka.
malina znow przygotowuje sie z czytanki o patriotyzmie. czyta o powstaniu warszawskim,siedzeniu w schronie w czasie wojny bez wody, o bombach spadajacych na warszawe, o demonstracjach solidarnosci. potem odpowiada na pytania, rozwiazuje krzyzowke. haslo rozwiazania: "kazdy polak powinien byc patriota". malina odczytuje je glosno i zaraz dodaje:
– tak. ale ja bym sie nie osmielila.
– jak to bys sie nie osmielila?
– no… byc patriota!
– dlaczego?
– bo byc patriota jest bardzo niebezpiecznie.
++++++++++++++++
od kilku dni w domu wszedzie slychac wesole: marsz marsz dabrowski…
+++++++++++
co czujesz na widok polskiej flagi?
do wyboru: milosc, duma, radosc, szacunek.
– mamusiu, co ja czuje?
– no nie wiem. szacunek?
– najczesciej czuje milosc.
wywiadowka
pierwsza u nowej pani. pani wzruszyla lekko ramionami, rozesmiala sie i powiedziala patrzac mi gleboko w oczy:
– co ja mam pani opowiadac. sama pani wie.
– hm. no wiem, ze malina musiala dzis przez jedna lekcje sama siedziec z tylu klasy. zadala jedno krotkie pytanie kolezance, kolezanka odpowiedziala i z niewiadomych malinie powodow to ona a nie kolezanka zostala wyslana na osla lawke. – wiem bo malina opowiada wszystko szczegolowo.
usmialysmy sie z pania do lez, bo pani odpowidziala, ze to bylo jedno pytanie, ale kolejne w dlugiej serii pytan.
gdyby malina umiala siedziec na tylku, bylaby prymuska, zbieralaby maksymalne punkty. wszelkie testy wykazuja, ze jest swietna, ale w czasie tesku zawsze ma cos innego do roboty, jakies pytanie, jakis olowek nizatemperowany, zgubiona gumke czy absolutny brak atramentu w piorze a potem musi wszytsko robic na chybcika. i co z tym robic? – pytam, bo juz trzeci rok slysze taka diagnoze.
– nic!
– nic? – dziwie sie.
– prosze pani, malina jest chodzacym szczesciem, co rano zadziwia mnie, ze tak bez powodu promienieje, wchodzi do klasy i sie cieszy, ostatnio byla pierwsza w klasie i tak ja to zachwycilo, ze caly dzien smiala sie bez powodu. to co pani chce z tym robic?
malina swietnie czyta, czuje role, ma ogromny zasob slow i ogolnie duza wiedze, bardzo dobrze liczy. malina jest bardzo zadowolonym czlowiekiem i prosze niczego nie zmieniac.
no przeciez ja wiem to wszystko, a jednak wrocilam do domu jakas szczesliwa. pani jest troche postachem rodzicow, bo taka sucha i pragmatyczna a tu takie komplementy. bardzio sie ciesze.