ze srody na czwartek.

ostatnie trzy dni w hamburgu. boze narodzenie firmowe. swietne. kolacja z
klientami. swietna. w srode ostatnie kartki podpisane, rozliczenia,
telefony a wszystko w jakims cudownym nastroju, ze od czwartku do swiat
juz tylko home office, a po swietach urlop do polowy stycznia. wesolo
pojechalam na lotnisko, bo to ostatni lot tego roku i nawet chcialam
sobie w nagrode pobuszowac w perfumach zamiast szybko wysylac jakies
niecierpiace zwloki maile. i nagle na lotnisku zlapalo mnie cos co
pewnie jest migrena. nie wiem dobrze, bo nigdy nie mialam porzadnej
migreny. przysiadlam przed wejsciem do samolotu i musialam sie dobrze trzymac, zeby nie spasc z fotela. wsiadam. natychmiast zasypiam, budza mnie dopiero turbulecje przed monachium. zanim sie porzadnie wystraszylam, wyladowalismy. zabralam walizke i do domu.
w domu kominek, wanna i kolacja a mnie tak lupnelo w glowe, ze ani kolacji ani kominka a z wanny wyciagal mnie maz, bo od goracej wody skoczylo mi cisnienie, ktore malo mi glowy nie rozwalilo. maz sie z lekka przerazil i chcial wzywac pogotowie. cala prawa strone mialam obolala. moze to serce? nie no prawa strona, moze zab? nie wiadomo nawet gdzie dokladnie boli. sama bylam z lekka w panice. schlodzilam sie przy oknie. nasmarowalam skronie mieta, wypilam dwie wielkie piguly przeciwbolowe i delikatnie polozylam sie do lozka. zasnelam natychmiast. obudzilam sie dzis z pierwsza wkurzona mysla, ze wlasnie zaczyna sie przeswiateczny spokoj, ze juz nie musze nigdzie leciec w tym roku, ze tak sie cieszylam na te dni i prosze: pewnie jestem strasznie chora. taka wkurzona dowloklam sie pod prysznic i dopiero prysznic uwswiadomil mi, ze jestem zdrowiutka, w swietnam humorze, wyspana i gotowa na czwartek.
odprowadzilismy maline do szkoly oboje. z wielkich zadan dnia zdecydowalismy z moim jednym szefem co kupimy na prezent slubny drugiemu szefowi, ktory w piatek sie zeni i to byl wlasciwie caly dzisiejszy stres. teraz ide z malina na malutkie prezentowe polowanko ale pewnie skonczy sie na buszowaniu po ksiegarni i piciu kawy. normalnie caly dzien sie usmiecham.

moj maz.

sercowo zajmowalam sie w zyciu: psychologiem, kompozytorem, prezenterem telewizyjnym, architektem, tancerzem. wyszlam za inzyniera. pracuje w branzy, gdzie polowa moich znajomych nawet w nazwie swojego zawodu ma "kreatywny". dlatego uwazam, ze mam prawo autorytatywnie sie w tej sprawie wypowiedziec: artysci sa kreatywni w swojej pracy, trudni i nudni prywatnie. mozna wyjsc za inzyniera, matematyka albo fizyka, ktorzy sa artystami w zyciu prywatnym. i to jest lepszy sposob na zycie. amen.

ps: gdybym miala mojemu mezowi cos radzic, to poelcilabym mu jakas fajna wesola kobitke, nie mnie. ale te porady zachowam dla siebie.

malina azjatycka

jemy pizze w miescie. do wielkiego stolu dosiada sie para studentow. cos tam kartkuja, podkreslaja. on niemiec chyba, ona azjatka. ale jaka. przesliczna! piekne oczy ma podkreslone idealna czarna kreska. malina z wrazenia przestala jesc.
 – mamusiu, jaka ona piekna… – szepce konspiracyjnie po polsku.
przed wyjsciem mowie, ze jak ma ochote to moze tej dziewczynie powiedziec, ze jest ladna. malina sie wstydzi i wysyla mnie. wkladajac plaszcz usmiecham sie:
 – moja corka troszke sie wstydzi, ale chcialaby pani powiedziec, ze jest pani piekna.
dziewczyna usmiechnela sie, zrobila sie jeszcze ladniejsza, serdecznie pomachala malinie reka i zwyczajnie, bez falszywego skrepowania powiedziala:
 – dziekuje.
i jakos sie zrobilo na sekunde bardzo milo. te atmosfere zabralysmy ze soba na ulice. ni to do siebie – jako upomnienie – ni to do maliny mowie:
 – jak sie ma cos milego komus do powiedzenia, to zawsze trzeba to powiedziec. niemile rzeczy mowi sie prawie zawsze a o milych zapomina.
malina milczy, milczy a potem zamyslona w samochodzie:
 – ehhh jak ja bym chciala byc takim pieknym chinkiem.

malina u lekarza towarzyszaca.

malina poszla mnie trzymac za raczke przy trasfuzji zelaza. dzis mialam tez cotrzymiesieczne badanie guzkow na tarczycy. czy malina moze ze mna wejsc? a prosze bardzo – zgadza sie mila pani doktor. wchodzimy. typowy pokoik do badan ultrasonografem. pani siada przed czarnobialym ekranem i tulmaczy maliniei, ze moze razem z nia kontrolowac obraz na ekranie. malina najpierw kiwa glowka, niepewnie robi krok w strone ekranu i nagle! wszystko jasne!
 – bede miala siostrzyczke???!!! – podskakuje.

przez dluzsza chwile pani doktor nie mogla mnie zbadac bo niemal turlala sie po podlodze ze smiechu, potem wytlumaczyla malinie, ze bada tylko szyje a w szyi nie ma dzieci a potem mnie przbadala i sie okazalo, ze guzki sa maciupkie jak byly, ale i tak przebada mi krew na raka.

malinowa pensja

u nas nie ma kieszonkowego, bo uwazam je za glupote. moja tesciowa dostaje szalu na ten temat. i to juz od kilku miesiecy. a ja nie moge sie nadziwic dlaczego ja to tak wkurza i dlaczego zawraca malinie glowe. powiedzialam dzis w koncu, ze nie uwazam za stosowne wydzielac dziecku pensjii jesli ma potrzebe o tym porozmawiac to prosze ze mna a nie z malina. amen.

malinowy but.

malina idzie spac.
 –  a buty?
 –  co buty?
 – no wiesz, jakby mikolaj dzis przelatywal tu gdzies niedaleko, to moze ma dla ciebie prezent?
 – eee pewnie nie. wczoraj sie przeciez z nim widzialam.
wczoraj w malenkim miasteczku bawarskim, w pieknych swiatalach  starowki i weihnachtsmaktu malina rzeczywiscie spotkala mikolaja, musiala sie przedstawic i dostala czekoladowa podobizne swietego. z calego wydarzenia najbardziej zafascynowaly ja konie, ktore… hmmm no szczerze mowiac mialy rozwolnienie, ktore zupelnie nie pasowalo do cudownego, swiatecznego kiczu, zlota, srebra wcale niebrzydkich aniolow towarzyszacych mikolajowi.
malina zastanawia sie jeszcze chwilke:
 – a! postawie buty na wszelki wypadek.
i stawia jeden but. i dobranoc. no i teraz jak ja mam tam zmiescic:
slicznego eskimoska z bialej czekolady? i trzech malych mikolajkow? i madarynki? i olejek do malinowego pokoju z bambusowymi paleczkami o ktorym malina marzy od dawna? i orzeczki laskowe?
no jak?

o darowanym koniu

sto lat temu kiedy poznawalam zycie tubylcow zrozumialam, ze ich stosunek do prezentow dokladnie charakteryzuje ich umilowanie do precyzji i planowania. nie fantastyczne samochody, nie szalona ilosc planerow i kalendarzy, nie najlepsze szklo schott i nie mercedes ani marcepanowy kartofel.
slubne stoly, urodzinowe koszyki, listy prezentow – wiem, wiem sa tez wszedzie indziej, ale chyba tylko tu 60% prezentow bozonarodzeniowych (czytalam w jakichs badaniach) zostaje zwrocona lub zamieniona.
a to dlatego, ze kazdy strasznie sie boi dostac cos czego nie potrzebuje, czegos w kolorze ktorego nie lubi, o smaku, ktorego nie znosi albo cos co juz ma! dostanie nieodpowiedniego prezentu jest absolutna katastrofa.
ostatnio kolezanka maliny poszla przed urodzinami do papiernika wybrala do wielkiego kosza co jej sie podobalo i wszystkie zaproszone dzieci kupowaly prezenty takie wlasnie zaplanowane. ani jubilatka nie miala szansy na cos co znajduje sie poza jej wlasna wyobraznia, wiec miala malo inspirujace urodziny, ani goscie nie zastanawiali sie dlugo nad tym co mogloby sprawic jej przyjemnosc, poszperali w koszu i wedle kieszeni wybrali cokolwiek. malina najpierw powiedziala, ze to jest cool ale potem sie zreflektowala: ale ch. nie bedzie miala zadnej niespodzianki! ano wlasnie nie bedzie.

listopad jest dla mnie smiesznym miesiacem, kiedy moja tesciowa histerycznie wydzwania czy juz wiem co by malina chciala na: mikolajki, pod choinke i na urodziny. a ja na to, ze nie wiem, bo sama jeszcze nie mam planu i w ogole to fajnie by bylo, zeby babcia sama cos wymyslila, bo maline jest latwo uszczesliwic. tesciowa jest zwykle poddenerwowana, kupuje jakies byle co, bo boi sie wydac pieniedze na cos co maliny nie zadowoli a moja jedyna prosba jest zeby nie wreczali dziecku pieniedzy ani gutschein. w ten weekend malina nocowala u dziadkow. moja sprytna tesciowa zachecila maline do napisania listy dla mikolaja: "czego sobie zycze" i myslala, ze w tym roku ma sprawe zalatwiona! malina podeszla do sprawy powaznie. liste postarala sie zrymowac, wszystkie punkty uzupelnila pieknymi rysunkami. otoz czego zyczy sobie moje dziecko:
1. niespodzianka
2. kon
3. zebys mi sie mikolaju  koncu pokazal
4. tez mam prezent dla ciebie (ale pod warunkiem, ze sie pokazesz)
tesciowa wreczyla mi te liste teatralnym gestem. ja zachwycona, ona zrozpaczona a malina niepewnie: no z tym rymowaniem troche mi nie wyszlo.

kochane, ja wiem, ze chodzi o te 5 zelazek na slub, czerwona apaszke jak sie nienawidzi czerwieni, konwaliowe perfumy dla milosniczek pizma a jednak niestety jakos nie umiem pozegnac sie z urokiem niespodzianki, szacunkiem do gustu darowujacego i zastanawianiem sie nad stylem zycia obdarowywanego. mysle, ze to jest tez kultura zycia i wspolzycia i zaakceptowaniem, ze nie wszystko w zyciu jest przewidywalne.

ostatnie miesiace maliny diabelka?

tak zawziecie planowlaismy malinowe chrzciny i z roznych powodow przekladalismy na potem, ze malina dotad lata z rozkami.
w piatek zadzwonila pani od religii co robimy z komunia, bo malina taka religijna, najbardziej zaangazopwana w calej klasie; psalmy na pamiec, modlitwy sama wymysla a zaczynaja sie spotkania komunijne, ale wiadomo: nie ma chrztu nie ma komunii. pani poradzila mi gdzie zadzwonic. dzis dzwonie. hmmm noooo hmmm eeee chcialabym ochrzcic coreczke.
 – o! to pieknie! bardzo sie cieszymy! – po drugiej stronie sluchawki czulo sie, ze pani wpromiennie sie usmiecha.
 – moja coreczka skonczy w styczniu 9 lat…
 – aha. – na usmiech splynela chmura.
wytlumaczylam jak umialam, dlaczego tak zwlekalismy, mocno walnelam sie w piersi, zeby zadudnilo w telefonie, bo to tylko mea cupla, moje dziecko przeciez niewinne. zaczelysmy wypelniac telefonicznie formularz:
 – maz katolik?
 – nie. protestant.
 – praktykujacy?
 – nie.
 – NIE-PRAK-TY-KU-JA-CY… pani katoliczka?
 – tak. – uff przynajmniej jedna dobra odpowiedz!
 – praktykujaca?
 – nie.
 – NIE. slub koscielny?
 – tak! tak! tak! w kosciele katolickim!!! – no prosze, nie jest przeciez tak zle.
pan ksiadz naszej gminy przemysli sprawe i oddzwoni jutro, ale chyba bedzie pozytywnie, bo przeciez nawet tacy okropni rodzice nie moga stac na drodze do szczescia dziecka.
dzwonie do meza zeby opowiedziec o w sumie pozytywnym poczatku naszego kontaktu z niemieckim kosciolem. a maz:
 – ale co powiedzialas, ze najlepsi przyjaciele, ktorzy ewentualnie nadaja sie na chrzestnych to muzulmanin i ateistka?
 – nie powiedzialam!  w dodatku s. jest PRAWDZIWA katoliczka!
 – powaznie?
 – powaznie.