déjà-vu.

kilka lat temu mielismy odtwarzacz vhs, ktory fantastycznie odtwarzal filmy. nie byl to najnowszy model, wiec po nacisnieciu guziczka "eject" kaseta byla wypluwana przez pol pokoju i lukiem ladowala gdzie chciala. nie zawsze udawalo nam sie ja zlapac, ale nie bylo problemu tylko mnostwo smiechu. po pewnym czasie sprawa sie skomplikowala, bo odtwarzacz nie chcial juz pluc tylko zatrzymywal kasete w swoich wnetrznosciach, maz lecial po srubokret, rozkrecal lobuza na czesci i wydlubywal kasete. to sa czasy bardzo ostroznego wybierania filmow, zeby cala operacja przynajmniej sie opacala.
i dzis wieczorem przezylismy wesole déjà-vu ale z dvd. obejrzelismy film, zbyt zmeczeni na dodatkowe sceny i wywiad z rezyserem naciskamy "open", szufladka sie poslusznie otwiera ale… pusta. zamykamy, otwieramy… pusta. zamykamy, puszczamy film, leci. otwieramy… puste. czary normalnie. pasuje do filmu o afryce. szamani. film leci, plyty nie ma. jeszcze raz. nic. maz leci po srubokret. nie pasuje. maz leci do piwnicy i przynosi komplet srubokretow w slicznym opakowaniu, za ktore go niedawno wysmialam, ze takie specjalne i zupelnie bezuzyteczne. alez owszem uzyteczne. mozna nimi otworzyc dvd i wydlubac zagubiona plyte. maz peka z dumy. a teraz numer wieczoru: wszystko skrecone, od nowa podlaczone, plyta w pudeleczku. a moj maz – niczym pan hilary – poszukuje okularow.
 – pewnie zostawiles je w tym dvd. – smieje sie. maz podnosi odtwarzacz, potrzasa nim. cos tam gruchocze. leci do piwnicy, rozkreca diabla i… znajduje okulary. a kto jest winien?
 – jakbys mnie tak nie zagadywala i nie smiala sie z moich swietnych srubokretow, to by mi sie cos takiego nie zdarzylo!
w nagrode za zagadywanie dostaje szklaneczke wina i wieczor jest uratowany. niedziela wieczorem to najgorsza czesc tygodnia. kiedys, przed malina, chodzilismy do kina albo do ulubionej restauracji. teraz maz postanowil chowac  okulary do odtwarzacza dvd, bo juz dawno nie slyszal zebym sie tak smiala.

Dodaj komentarz