poszla baba do lekarza.

poniewaz lada moment sie wyprowadzamy postanowilym obleciec kilku lekarzy. i zaczelam od spraw kobiecych. bardzo lubie pana doktora, bo mimo ze zajmuje sie zupelnie innym koncem tulowia to atmosfera jest zawsze profesjonalna i sympatyczna jak u dentysty.
myslalam, ze troche sie zdziwi, bo przeciez niedawno bylam a chodze na kontrole raz na rok, ale zaraz na wstepie pani sprawdzila karte i okazalo sie, ze nie bylam od 14 miesiecy. nie do wiary. od rana bylam w jakims stanie histerycznej glupawki pomieszanej z szampanskim humorem.
pan doktor ma w zwyczaju stawac przed poczekalnia, tubalnym glosem wolac: pani lylooowa, prosze! i szerokim gestem wskazuje droge do gabinetu. a ja jakos o tym zapomnialam i wyciagnieta reke potraktowalam jako zachete do przywitania, chwycilam, wesolo potrzasnelam wolajac: guten morgen! guten morgen!
panie w recepcji usmialy sie po pachy i ja zreszta tez bo w tym samym momencie zrozumialam pomylke.
no dobra. ide za parawan. zawsze do badan zakladam spodnice, dzieki czemu nigdy "nie ma mnie" przy badaniu, ptrze sobie na monitorek. za parawanem dostrzegam kolejna pomylke tego dnia: jestem w spodniach! zapomnialam o spodnicy i mam okropnie skarpetki w serduszka. pan doktor zaniepokojony, ze tak dlugo nie wychodze:
 – czy wszystko w porzadku?
 – hmmmm w porzadku… nie moge sie zdecydowac czy bardziej glupio jest w skarpetkach czy bez.
pan doktor bardzo powaznie:
 – prosze zostawic skarpetki. po latach praktyki jestem nie tylko lekarzem ale tez znanym specjalista od skarpetek.
no dobra wychodze w skarpetkach. jak debil. pan doktor rzuca okiem:
 – o! te znam przeciez: h&m!
po badaniu biustu pytam czy w moim wieku to juz nie czas na pierwsza mamografie. pan doktor kreci przeczaco glowa:
 – nie. mysle, ze nie. ma pani swietne piersi…
 – o! moj maz tez tak mowi!!! – wypadam mu w slowo, bo jestem w humorze do pajacowania i teraz nawet on musial sie rozesmiac:
 – nie watpie, ale chodzi mi o to ze nawet nie mam najmniejszego podejrzenia zeby moglby jakis guzek czy niepokojaca nierownosc, ale jesli to pomoze zachowac pani spokoj, to moge pania skierowac na badanie. ostroznosci nigdy dosc.

ten smiesznie rozpoczety dzien rozwijal sie potem w szalonym tempie i z zapierajaca dech dynamika.

ale o tym potem.

nikt nie widzial nikt nie slyszal nikogo przy tym nie bylo

kilka miesiecy temu znajoma podsmiewala sie ze mnie ze wciaz odprowadzam i przyprowadzam maline ze szkoly. tylko do hortu chodzi bez nas, ale zawsze w grupie kolezanek. jej syn chodzi do szkoly sam juz od drugiej klasy i jak powiedziala: daje sobie rade. hmmm daje sobie rade. malina tez daje sobie rade: umie chodzic, wie ze na czerwonym sie stoi, patrzy w lewo, prawo w lewo ale…nie o to chodzi. nie boje sie, ze malina moze nie dac sobie rady na ulicy. boje sie, ze cos sie moze stac i nikt jej nie pomoze. sama chodzilam do szkoly w centrum warszawy od pierwszej klasy. zima wpadlam pod samochod i ludzie zaraz zaniesli mnie do szpitala. wtedy obcy dorosli przeprowadzali dzieci przez ulice a dzis obcy facet boi sie pomoc samotnej dziewczynce zeby go nie podejrzewano o pedofilie. czasy sa inne, ludzie obojetni.
tam gdzie mieszka rzeczona znajoma wydarzyl sie niedawno wypadek. drugoklasistka zostala potracona przez samochod, ktory uciekl. dziecko przeczolgalo sie przez ulice i zemdlalo. przechodzili ludzie. no nie jest to centrum miasta ale jednak ludzie chodza i dopiero jakies dziecko zainteresowalo sie lezacym dzieckiem i zaczelo plakac, ze znalazlo umarla dziewczynke. znajoma juz sie ze mnie nie smieje tylko… odprowadza swojego synka do szkoly tak jak ja.
kiedy dzis czytam, o tej matce, ktorej porwano dziecko i nikt tego nie zauwazyl to mi sie plakac chce. czy naprawde uwazamy sie za cywilizacje?

malinowe zasypianie

zawsze jest cos jeszcze do zrobienia. siusiu, mycie raczek, piornik do tornistra, picie.
 – mamusiu przynies mi termoforek bo mi marzna nozki.
 – przeciez przed chwila zdjelas skarpety bo ci bylo za goraco.
 – tak ale teraz mi marzna.
 – to zaloz znow skarpety.
 – skarpety nic nie pomoga. musi byc termoforek.
dobra termoforek. lista przebojow sie wyczerpala, kolysanka zaspiewana, plecki wymasowane – jestem matka podwojnie cierpliwa, bo mimo, ze malina strasznie cieszy sie na nowy dom to pewnie w jakis sposob tez ma stres. juz prawie zasypia ale nagle oczy otwieraja sie jak latarki w ciemnosci:
 – opowiem ci dowcip!
 – malina. koniec tego spij, bo jutro nie bedziesz miala sily wstac.
 – ale to jest krotki dowcip i w c a l e  nie jest s m i e s z n y…
no dobra, skoro nie jest smieszny.

ps: byl smieszny. ale juz nie pamietam o czym.

malinowe troski przedkomunijne.

malina chodzi na zajecia przygotowawcze do pierwszej komunii. bardzo jej sie podoba. cos tam spiewaja, odmawiaja ojcze nasz, ogladaja kosciol, jedza pierniczki, rozmawiaja o 10 przykazaniach. ale dzis malina wrocila wyraznie zmartwiona:
 – przed komunia trzeba sie wyspowiadac.
 – no trzeba.
 – ale ja nie ma z czego, bo nic nie nabroilam. nawet juz nie klamie.
 – no nie nabroilas.
 – ale pani powiedziala, ze kazdy cos broi i kazdy ma sie z czego spowiadac.
mam nadzieje, ze malina nie zacznie broic zeby miec sie z czego spowiadac.

robi sie coraz powazniej

dzwoni maz zza oceanu. opowiadam mu jak wybralam zdjecia do sprzedazy i umiescilam oferte w internecie i ze jak zobaczylam jak u nas ladnie to mi sie ryczec chce. i jak malina lata po trawie i jak rozrzuca suche liscie lipy i jak chlapie sie w zraszaczu trawy i jak wacha rozyczki i… no poryczalam sie:
 – patrze na te zdjecia i nie wiem czy moge sie wyprowadzic…
 – patrzysz na te zdjecia i wzruszasz sie wspomnieniami, to nie ogrod cie wzrusza tylko malina w ogrodzie…
w przyszlym tygodniu spotykamy sie z wlascicielem u notariusza.
i ciesze sie i boje sie.
w ciagu 12 godzin na moje ogloszenie zglosilo sie 26 osob.

malinowe madrosci zyciowe.

malinowe tranzystorki wylapuja wibracje a czujne uszka slysza rozmowe z tesciowa, kiedy opowiadam, ze w ostatniej chwili mam stracha, bo jednak tu mamy fajnie a tam nie wiadomo jak…
malina na krotko przed zasnieciem:
 – nie martw sie. tam bedzie bardzo fajnie. a jak nie to zrobimy tak, ze bedzie fajnie.

malinowy plan.

od trzech dni malina ma co jakis czas szklane oczeta, ktorymi zaglada mi smutno wglab mojego serca saczac melancholijne:

 – ale tam nie bedzie a.
 – a. bedzie cie przeciez mogla odwiedzac a nawet nocowac w weekendy.

 – ale tam nie ma mojej szkoly.
 – jest sliczna inna szkola.

 – ale tam nie ma mojego ogrodka.
 – jest inny piekny ogrodek i jezioro i gory.

malina wzdycha tylko przeciagle zeby calym swoim jestestwem wyrazic dezaprobate oraz absolutne rozczarowanie naszym postepowaniem.

a dzis rano… wchodze do jej pokoju i zamiast zakopanej pod pierzyna maliny, nie dajacej sie wyglaskac do zycia, lezy dziecko rozesmiane od ucha do ucha i z oczetami jak latarnie w ciemnosci. czuje, ze cos sie kroi, ale zaspana przedzeiram sie najpierw pod prysznic i tam reanimuje. schodze na dol. malina w slonecznym humorze nalewa sobie mleko do chrupek i usmiecha sie wesolo.  moze to jest sroda? jej ulubiony dzien tygodnia? nie…
malina czeka az postawie sobie kawe i oznajmia:
 – mysle, ze jesli na tarasie powiesimy nasz hamak to ten dom moze byc bardzo fajny. no i jamnik. jakbym tam miala jamnika to moge sie przerowadzic jeszcze w tym tygodniu.

aha. ciekawe jak wczesnie sie obudzila, zeby zmajstrowac ten sprytny plan. wyslalam mezowi sms-a, ze dziecko zaczyna negocjowac. wyskok na narty po szkole tez przemawia do jej wyobrazni. zaczyna jej sie podobac.

ot historyjka

mojej znajomej urodzila sie coreczka. rodzila z kolezanka, bo maz mial traume z porodu z pierwsza zona i uznal, ze nie zniesie tego drugi raz. mija trzeci dzien a dzieciaczek nie ma imienia.

i tak sobie mysle co o tym myslec.

pomysl kristofki

powtorzylam wczoraj przy stole kiedy malinowe oczy zaszklily sie niebezpiecznie. zasadzenie dzieci lipowych w nowym ogrodzie to jest pomysl. malina natychmiast zaczela snuc plany ile tych dzieci zasadzi i gdzie i ze koniecznie musimy zabrac malinowe 4-letnie kasztany, ktore malina zasadzila 4 lata temu (a moze 3? juz sama nie wiem) i teraz to sa takie male krzaczki. te zabieramy tez.

wszystko moze jeszcze pasc w gruzy jesli przyjedzie ktos i zaplaci lepsza cene, ale jesli nie…