znamy sie od stu lat. no a przynajmniej od czasow, kiedy nie gadalam jeszcze po niemiecku ale (podobno) juz sie niezle szarogesilam w firmie. obie zmienialysmy przez te lata firmy i w koncu znow sie spotykamy. z asystentek, ktore siedzialy i odwalaly robote za szefow po nocach jestesmy szefami i ktos za nas odwala prace (za ktora jednak jestesmy odpowiedzialne i mamy ataki wrzodow zoladka ze strachu, stresu i z przejecia) obie farbujemy "srebrne we wlosach nici", mamy domki z ogrodami a dzieci?… jest malina i koniec. u niej dzieci nie bedzie, bo byl rak, bo byl skraj przepasci, bo natury nie da sie przeskoczyc. mija wlasnie 5 lat od ostatniej chemii. i niestety cos tam wraca. wiec trzeba sie przabadac. idzie sie badac wiec a lekarz mowi: nic nie bedziemy robic, nie mozemy, bo pani jest w ciazy, czemu pani nic nie powiedziala?
– bo pierwsze slysze ze jestem w ciazy!!!
chcecie historyjke o cudzie? to prosze, bardzo chetnie. ona poszla sie badac, bo rak wrocil. zdecydowala sie nic nie robic, bo nie moze. za miesiac rodzi a po raku ani sladu. ani sladu! wlasnie zadzwonila, ze idzie ogladac klinike. i sobie poryczalysmy w telefon. i przez lzy:
– i tylko mi dzis nie wyjezdzaj z zadnymi waldorf-radami, ok?
– no dobra. dzisiaj nie.
symetria
dialogi mimowoli podsluchane.
wciaz jest tak, ze jednak by zrozumiec o czym mowa w restauracji przy stoliku obok to musze sie dobrze przysluchac jesli to niemiecki. jesli ludzie mowia po polsku rozumiem czy chce czy nie i przez to slysze czy chce czy nie.
jestesmy w malutkim biergarden. mala, na oko 5 letnia dziewczynka:
– mama, chce mi sie kupe!
– czego sie drzesz? – denerwuje sie tata – wszyscy musza slyszec, ze chcesz zrobic kupe?!
– niech sie drze, i tak nikt nie rozumie. – mama nie przerywa jedzenia i dodaje w kierunku dziecka – idz do kibla i zrob kupe. tam na lewo, widzisz?
– widze. – dziewczynka kieruje sie w strone toalet.
tata nadal z lekka wkurzony:
– idz z nia, bo przeciez wszystko obsra!
– to niech obsra. twoj kibel czy co? – wzrusza ramionami mama i w spokoju przezuwa obiad, bo niby czym mialaby sie martwic w taki piekny, sloneczny dzien.
malinowy swiety spokoj nocny.
burza szalala nad domem tak, ze myslalam, ze odfruniemy. chyba wiatr znad jeziora powoduje inne zawirowania niz w naszej dawnej chatce. kilku grzmotow troche sie nawet zleklam.
o dziewiatej malina przydreptala na dol. boso i z mimi pod pacha moglaby poprosic o lody i bysmy pewnie pojechali w srodku nocy po lody:-) ale nie chodzilo oczywiscie o nic innego jak:
– nie moge spac, bo tak huczy, moge polozyc sie u was?
ulozylismy maline na sofie, przykrylismy kocykiem i mimo naszego gadania, latania z miarka (kupujemy nowa lodowke) i zagorzalych dyskusji (o rozmiarze lodowki), po 5 minutach jak zawsze w takich sytuacjach caly dom wypelnilo glebokie, spokojne, malinowe oddychanie. niczego nie mozna porownac ze snem dziecka.
poranek.
Są dwie drogi, aby przeżyć życie. Jedna to żyć tak, jakby nic nie było cudem. Druga to żyć tak, jakby cudem było wszystko.”
/Albert Einstein/
dzisiejszy poranek jest nierealny. maz skoczyl rowerem po swieze buleczki. pachnaca malina prosto spod prysznica wskoczyla w slicznie wyprasowany dirndl. na dole pachnie kawa, za oknem mgla nad laka a w tle srebrne alpy w porannym sloncu. zaplotlam malinie koszyszek dookola glowy, wyprostowalam azurowe podkolanowki (pamietacie? te co sie zsuwaja co piec minut!), do torby zapakowalam teczke na swiadectwo. i tak pomaszerowala do szkoly. jedna raczka u tatusia, w drugiej raczce rozyczki dla pani a nad nimi niebo jak z bawarskiej widokowki ostro niebieskie jak malinowy dirndl z kilkoma chmurkami, bielutkimi jak malinowe bufki.
o 10 zakonczenie roku.
kicia
malutkie dziecko czesto kojarzy sie malym kotkiem. dzidziulek w kolysce, raczkujace brzdace, pierwsze, dzieciece kroki i spadanie na cztery lapy.
ale moja corka ma 9 lat! slysze, ze cos dziwnie szura na chodniku przed domem. wygladam przez okno. malina rzuca gumowa pileczke. niesforna pileczka skacze we wszystkie strony na nierownych plytach chodnika a malina pedzi za nia na hulajnodze. nie moglam sie napatrzec.
realizacja marzen.
rok temu mialam pomysl, zeby przerowadzic sie do miasta i miec wielki taras z piekna drewniana podloga. w rogu tarasu stalaby wielka donica z japonskim klonem, podlewalabym go co jakis czas, siedziala z ksiazka i cieszyla sie kazda pora roku.
rok pozniej mieszkam na wsi i mam ogrod dokladnie dwa razy wiekszy niz poprzednio. wywiezlismy kilka przyczep obcietych galezi, lisci, skoszonej trawy a w sobote maz nawet przelecial sie z pila lacuchowa (normalnie jak zolnierz, ktory przedziera sie przez dzungle!) a nadal jest zarosniete jak w jakims dzikim buszu.
i nawet w tym ogrodzie nie mam kiedy posiedziec, bo co mamy czas to siedzimy nad jeziorem.
co by bylo gdyby…
gdybysmy wygrali tyle milionow w totolotka, ze nie musielibysmy pracowac i robic to co chcemy, to… ja nie robilabym nic a maz bylby moim szoferem.
przypomniala mi sie norweska reklama totka, w ktorej milioner zostal taksowkarzem, bo to byl zawod jeo marzen, ale z postoju taksowkowego zabieral tylko pasazerow, ktorzy sa fanami muzyki, ktorej slucha. opuszczal szybke, nastawial muzyke na caly regulator i robil "casting" na pasazera.
kiedy jest sie nastolatkiem to dobrze sie wie jak sie chce zbawic swiat i zaspokoic wlasne ambicje. a teraz? co wiemy teraz? co bysmy zrobili ze swoim zyciem, gdybysmy absolutnie nie musieli zarabiac pieniedzy? czy byloby nudno?
co lubia dzieci.
dzieci lubia to, co my. ucza sie od nas lubic i nie lubic. potem przyjdzie czas nastolatkow, kiedy pewnie bedzie dokaldnie odwrotnie, chocby dla zasady, na zlosc babci uszy itp. ale teraz jeszcze nasz swiat jest swiatem dziecka. pomyslalam o tym u naszych nowych znajomych kiedy opowiedzialam, ze kiedys malina jadla wszystko, bo nie wiedziala, ze mozna inaczej a potem dowiedziala sie, ze wiekszosc dzieci nie lubi ryb i zaczela sie krzywic na ryby. na to moja znajoma:
– u nas kto nie lubi ryb, umrze z glodu.
i juz.
w weekend odwiedzilismy znajomych, ktorzy wlasnie tak jak my maja za soba przeprowadzke i jak my oddali dziecku najwiekszy pokoj. w pokoju pelno playmobil, lalek, figurek, dwa domki dla lalek, pluszaki, samochody – dzieciecy raj od podlogi do sufitu zapelniony zabawkami (bogaty szczegolnie z porownaniu z malinowym pokojem, w ktorym stoi lozko, regal, biurko, szafa i dwie wielkie poduchy na podlodze). malina wrocila do domu:
– nastepnym razem zaprosimy l. do nas. u niej w pokoju jest tyle rzeczy, ze w ogole nie mozna sie bawic.
na razie podoba jej sie nasz swiat. potem bedzie inaczej.
malinowy zagielek?
jak na panne znad jeziora przystalo, malina idzie na kurs zeglarski. odkad sie przeprowadzilismy zrezygnowalismy ze wszystkich dodatkowych zajec. nowa szkola, nowe dzieci, nowy dom – wrazen az za duzo. jakby z rozbiegu jednak malina sama cwiczy na pianinie, zaczela uczyc sie francuskiego i odkryla czytanie (takze po polsku). dzis zaczal sie ostatni tydzien szkoly, potem jeszcze poniedzialek i wtorek i wakacje. i wlasnie ten kurs. od rana do wieczora. niech no tylko zaczna sie te wakacje!