znamy sie od stu lat. no a przynajmniej od czasow, kiedy nie gadalam jeszcze po niemiecku ale (podobno) juz sie niezle szarogesilam w firmie. obie zmienialysmy przez te lata firmy i w koncu znow sie spotykamy. z asystentek, ktore siedzialy i odwalaly robote za szefow po nocach jestesmy szefami i ktos za nas odwala prace (za ktora jednak jestesmy odpowiedzialne i mamy ataki wrzodow zoladka ze strachu, stresu i z przejecia) obie farbujemy "srebrne we wlosach nici", mamy domki z ogrodami a dzieci?… jest malina i koniec. u niej dzieci nie bedzie, bo byl rak, bo byl skraj przepasci, bo natury nie da sie przeskoczyc. mija wlasnie 5 lat od ostatniej chemii. i niestety cos tam wraca. wiec trzeba sie przabadac. idzie sie badac wiec a lekarz mowi: nic nie bedziemy robic, nie mozemy, bo pani jest w ciazy, czemu pani nic nie powiedziala?
– bo pierwsze slysze ze jestem w ciazy!!!
chcecie historyjke o cudzie? to prosze, bardzo chetnie. ona poszla sie badac, bo rak wrocil. zdecydowala sie nic nie robic, bo nie moze. za miesiac rodzi a po raku ani sladu. ani sladu! wlasnie zadzwonila, ze idzie ogladac klinike. i sobie poryczalysmy w telefon. i przez lzy:
– i tylko mi dzis nie wyjezdzaj z zadnymi waldorf-radami, ok?
– no dobra. dzisiaj nie.