odbieramy kolezanke maliny, ktora ma spedzic u nas popoludnie. podjezdzamy, kolezanka wskakuje na tylne siedzenie i malina przesiada sie do tylu.
kolezanka uprzejmie:
– o! ale masz piekny samochod. naprawde cool.
malina zadowolona:
– a! dziekuje ci!
odbieramy kolezanke maliny, ktora ma spedzic u nas popoludnie. podjezdzamy, kolezanka wskakuje na tylne siedzenie i malina przesiada sie do tylu.
kolezanka uprzejmie:
– o! ale masz piekny samochod. naprawde cool.
malina zadowolona:
– a! dziekuje ci!
w lato czesto chodzimy na rybke. malina sobie plywa, najczesciej z kolezankami a my kontemplujemy zachod slonca i popijamy rybke chlodnym, bialym winem. takoz bylo i wczoraj. wracamy do domu. malina do lozka a my jeszcze w ogrodzie wspominamy wydarzenia dnia i… o! przypomnialo mi sie, ze:
– wiesz co? moja ryba to byla troche sucha i przesolona dzis…
– tak? to czemu nic nie powiedzialas? moja byla swietna, moglismy sie zamienic.
– ale ja chce zebys ty jadl smaczna rybe, czemu mielibysmy sie zamieniac?
– bo cie kocham.
– no ale ja tez cie kocham, wiec bym ci przesolonej ryby nie dala.
maz sie zamyslil i zapytal smutno:
– no ale powiedz szczerze… jesli mnie kochasz, to czemu ciagle mi zabierasz nozyczki?
dyskretnie, tak zeby nie obudzic dziecka, peklam ze smiechu.
malina grala na pianinie kilka lat. dobrze ale nie wybitnie. tak „matematycznie”, sprawnie a ja sie cieszylam, ze jej paluszki biegaja po klawiaturze, ze mozg sie pewnie cieszy z takich impulsow, ale czulam, ze martha argerich malina nie zostanie.
na poczatku gimnazjum, malina wziela udzial w wieczornym koncercie w pieknej auli. zagrala bardzo ladnie swoje ulubione fandango, ale tez zobaczyla jak graja inni uczniowie. zrobilo to na niej olbrzymie wrazenie. na mnie zreszta tez. prawdziwi, utalentowani mlodzi pianisci – przez chwile poczulam sie jak 100 lat temu w czasie studiow w akademii muzycznej. od tego wieczoru malina jakos stracila zapal do klawiatury i po kilku tygodniach naklaniania jej do cwiczen dalam spokoj. tutaj byla najlepsza w calej wsi, w szkole byla dzieckiem stukajacym w klawiature wsrod prawdziwych pianistow. to ja jakos zniechecilo.
– ale nie bedziesz zla jak nie bede grala?
– no pewnie, ze nie. – powiedzialam, choc troche bylo mi zal. zanioslysmy pani kwiaty, pozegnalysmy sie a w domu zamknelysmy klawiature. zgodnie z rada pedagogow klawiatura byla u nas zawsze otwarta, bo to choc to straszny kurz to jednak nieprzerwane „zaproszenie do gry”. otwarta klawiatura kusi zeby przysiasc sie na chwile i cos tam chocby brzdeknac. przez pierwszy okres malina nawet nie wspomniala o grze, nie usiadla, nutki kurzyly sie w stojaku. ale od jakiegos miesiaca zaczela wspominac, ze w sumie szkoda, ze nie gra juz… no szkoda…
– moze bym znow wrocila na lekcje gry?
– no nie wiem. myslalm, ze juz nie masz ochoty. masz tyle roznych innych zajec..
mijaja dni…
– wszyscy graja na jakims intrumencie a ja nie…
– a ty tanczysz! wspinasz sie i uprawiasz sport. nie mozesz wszytkiego robic, bo bedziesz zmeczona.
mija znow kilka dni.
– wiesz co? ja to nie mam ochoy wracac do mojej pani, bo ona brzydko pachnie z ust, ale u nas w szkole jest pani do nauki.
– no wiem ze jest, ale juz ma pelen plan i sama mowilas, ze jest niesympatyczna.
za kilka dni malina przynosi ze szkoly numer telefonu:
– o! tu masz numer tej pani i nazwisko. mozesz zadzwonic i sie zapytac czy by miala dla mnie czas.
– ok.
za kilka dni:
– dzwonilas do tej pani?
– nie, zapomnialam.
za kilka dni:
– dzwonilas do pani od pianina?
– zapomnialam. jutro zadzwonie.
tydzien temu malina stoi z telefonem i numerem:
– zadzwon teraz, bo znow zapomnisz.
dzwonie. nagrywam sie na automatyczna sekretarke i grzecznie powiadamiam pania, ze moja corka po kilkumiesiecznej przerwie chcialabym wrocic do gry na pianinie i czy pani mialaby czas na probne dwie lekcje przed wakacjami.
malina nie czekala jednak na moj kolejny telefon. nastepnego dnia wziela los w swoje rece, poszla do pani, przedstawila sie, ze to ona, co jej mama dzwonila i czy pani ma dla niej czas. umowila sie na dwie lekcje i przyniosla do domu pozdrowienia od pani.
jestem pod wrazeniem. wiem, ze pani jest swietna nauczycielka i mam nadzieje, ze wezmie maline pod swoja opieke. no bo skoro moje dziecko tak strasznie chce grac, to ja nie bede jej zabraniac, prawda? chociaz juz mialam plan na sliczna komode w miejsce pianina…
przez pol miasta jedziemy do ulubionego sklepu, w ktorym raz na pol roku zaopatrujemy sie w rozne spodnie. tym razem mamy szczescie, leje deszcz, sklep pusty, panie rzucaja sie nam na ratunek: wyszukaja rozmiary, kolory a my stoimy w trzech przymierzalniach obok siebie i tylko zakladamy i zdejmujemy spodnie wszelakie. dokladnie rzecz biorac moja maz wsuwa sie w waskie nogawki i cokolwiek nie zalozy wyglada jak mlody, smukly, dlugonogi bog a ja wciskam sie i podskakuje, wstrzymuje oddech malo sie nie udusze i w kazdym rozmiarze wygladam jak serdelek w za ciasnej skorce. panie ekspedientki sa mlode i w ogole jest wesolo. malina tez przymierza swoje pierwsze 501, male ale jednak kurcze juz duze. 164. moje inteligentne dziecko czuje, ze to jest jej moment, ze jestesmy rozbawieni, ze jak sie skupi, to moze wygrac cos, na co w normalnej sytuacji nie mialaby szans.
– mamusiu, do tych spodni to bym sobie kupila bluzke. tu jest taka piekna bluzka, ze ja w zyciu czegos tak pieknego nie widzialam!!!
akurat udalo mi sie zapiac guzik i szarpie sie z rozporkiem, zeby go tez jakos zapiac a nie przyciac sobie skory na brzuchu, wiec na bezdechu odpowiadam szybko:
– no jak taka fajna, to popros pania o maly rozmiar i przymierz.
malina oddala sie gdzies a ja zostaje sama z lustrem i rozterka czy kupic takie spodnie, ktore bardzo mi sie podobaja, ale nie moge w nich oddychac. teraz nie moge, ale przeciez niedlugo schudne, prawda?
stoje taka z wciagnietym zoladkiem na bezdechu i slysze, ze malna w pelnym rynsztunku czeka na moja opinie. znajac wyszukany gust mojego dziecka wiem, ze bedzie to cos wysadzane diamentami na wzorze tygrysim albo obszyte cekinami z tak wielkim dekoltem, ze bluzka spada raz na lewe, raz na prawe ramie. czeka mnie jakis straszny widok i dyskusja. kurcze, zaraz bedzie pewnie afera a tak bylo wesolo.
wychodze z przymierzalni. malina w nowych jeansach stoi przed lustrem i jest soba tak zachwycona, ze wcale nie widzi, ze juz jestem. pani ekpedientka natychmiast komentuje przepraszajaco, ze to jest najmniejszy rozmiar jaki miala. malina ma na sobie duzo za duza bluzke, ktora nie spada raz w lewo, raz w prawo tylko rownoczesnie z obu stron z nadrukiem z przodu w stylu prawdziwego zdjecia, takie cos jak fototapeta… zachod slonca, morski brzeg i tym brzegiem idzie dziewczyna, na oko ma 25 lat, ubrana ale jakby naga, dlugie wlosy rozwiane wiatrem od morza a na dole napis: take me with you!
malina spostrzega mnie:
– cudowne prawda?
– hmmmmm no w kazdym razie za duza jest ta bluzka. wygladasz jakbys pozyczyla od starszej siostry.
pani ekspedientka energicznie kiwa glowa wspierajac mnie w tej trudnej chwili. malina:
– nie szkodzi, mozna zwezic albo zaloze pasek?
– nie, nie, nie. umowa stoi, ze nigdy nie kupujemy rzeczy ktore nie pasuja – (a spodnie zaraz pekna mi na brzuchu:-) – bo nie mamy czasu ich przerabiac!
– przepraszam prosze pani – malina szuka ratunku u pani sprzedajacej – moze ma pani jakis mniejszy numer?
i ja moglabym w ogole nic nie mowic, bo mowienie w ciasnych spodniach jest nieprzyjemne, ale jakis diabel mnie podkusil:
– malina, w ogole nie masz o co pytac. ja sie nawet ciesze, ze ta bluzka jest za duza. nawet jakby byla a-ku-rat to bym jej nie kupila, bo jest strasznie brzydka. zupelnie mi sie nie podoba.
malina odwraca sie na piecie i znika w swojej przebieralni rzucajac gorzkie:
– mnie sie tez nie wszystko podoba co ty kupujesz!!!!
sprzedawczyni oddalila sie szybko do kasy by tam dyskretnie peknac ze smiechu.
pierwszym semestrem gimnazjum malina nas „rozpuscila”. przynosila same jedynki i nawet przez chwile myslalam, ze te legendy o nadzwyczajnym, wysokim, trudnym poziomie tej szkoly to bajki i ze w szkole prywatnej dzieciom stawia sie dobre stopnie, zeby rodzice wiedzieli za co placa. ledwie tak pomyslalam, minely ferie zimowe i narty i malina w absolutnym szoku informowala nas a to o trojce z niemieckiego a to o czworce z laciny. ups… po feriach wiosennych nasze ambitne dziecko wzielo sie do roboty ale o samych jedynkach moglismy juz tylko sobie powspominac.
za dwa tygodnie rozdanie swiadectw. jedynki z biologii, geografii i agielskiegi a takze sztuki i sportu „oslodza” dwojki z najwazniejszych przedmiotow: niemieckiego, matematyki i laciny. kto wie, kto wie, moze nawet matematyka zakwitnie trojka. postanowilismy malinie nie robic wiekich scen, ale z lekka ja przywolac do porzadku i zapowiedziec, ze jesli w nastepnej klasie nie wezmie sie do roboty, to koniec z tancem, wpinaczka, akrobatyka oraz gotowaniem (to malinowe dodatkowe zajecia) a zamiast tego ma chodzic do tzw „biura szkolnego”, a w ktorym nauczyciele poszczegolnych przedmiotow wspomagaja dzieci w tematach trudnych i niezrozumialych, ja nawet wspomnialam o zmianie szkoly. no bylaby mala domowa afera, gdyby nie fakt, ze malinowy tata poszedl na semestralne spotkanie rodzicow (stammtisch) w kawiarni, zeby tak sobie pogadac co i jak, troski, co dobrze a co zle, czy cos zmienic? czy cos kupic wychowawczyni na zakonczenie roku? czy wszystko ok?
maz wrocil kolo polnocy i oznajmil, ze nasza wizja nauki w tej (calodniowej przeciez) szkole jest zupelnie inna niz reszty rodzicow. przez caly rok malina wracala z pustym tornistrem a ja cieszylam sie wolnymi popoludniami/wieczorami i faktem, ze nie musze jej pilnowac z praca domowa, tlumaczyc matematyke czy sprawdzac gramatyke. raz, przed wielkim sprawdzianem z laciny, malina przyniosla kajecik ze slowkami i kazala sie przepytac. ani razu nie bylo nas w szkole i nadal nie odrozniamy pani od niemieckiego od pani od matematyki (obie maja skomplikowane nazwiska na r) myslalam, ze tak maja wszyscy ale nie maja. dzieci maja wieczorami korepetycje z matematyki lub laciny, ojcowie osiedza z dziecmi nad zadaniami a matki nad gramatyka z laciny, kuchnie maja wytapetowane slowkami z angielskiego, polowa klasy korzysta z „biur szkolnych” a w domu ma drugi zestaw podrecznikow zeby nie dzwigac wszystkiego ze szkoly, ale moc sie wieczorami uczyc.
aha.
no wiec postanowilismy przelknac te rozne malinowe niepowodzenia, zaakceptowac jej swiadectwo i nadal pozwolic na tance i gotowanie. no i przestac myslec, ze jestesmy luzni jak w sumie nie jestesmy i studiujemy te jej oceny jakby zycie od nich zalezalo. zaraz nam sie lepiej zrobilo. a wczoraj dziecko nawet ogladalo mecz niemcy-brazylia. pozno, niezdrowo i niepedagogicznie! w dodatku za flagami na paznokciach. ale juz dawno tyle sie nie wysmiala i nie nacieszyla a dzis rano jako pierwsza wyskoczyla z lozka zeby pokazac, ze nie jest zmeczona i ze mozemy jej co-dzien-nie pozwalac siedziec do polnocy!!!
w zyciu dorastalam do wielu rzeczy, do jedzenia zoltego sera, do noszenia krotkiej spodnicy, do nieprzejmowania sie opinia mojej mamy na temat wszytkiego, do mieszkania w niemczech a w koncu doroslam do celebrowania urodzin. mam za soba genialny urodzinowy weekend, cudne prezenty, swietny humor a przed soba wakacje, slonce, kilka letnich imprez i koniec malinowego pierwszego roku w gimnazjum. nie wiem skad mi sie to bierze, ale jest jakos dobrze, maz przyglada mi sie zadowolony a malina zdziwona. mysle, ze przez ostatni rok przyzwyczailam ich do mojego narzekania, marudzenia i wiecznej chandy. moz to zasluga witaminy b6 z magnezem, ktora lykam od miesiaca? nie wiem, ale lykam dalej!!!
<span class="_5yl5" data-reactid=".17.$.2:0.0.0.0.0″>
<span class="_5yl5" data-reactid=".17.$.2:0.0.0.0.0″>
<span class="_5yl5" data-reactid=".17.$.2:0.0.0.0.0″>
<span class="_5yl5" data-reactid=".17.$.2:0.0.0.0.0″>wczoraj w wannie pomyslalam, jaka juz jestem stara. niestety. a dzis rano malina podliczyla i … o kurcze!!! okazalo sie, ze sie w tej wannie zagalopowalam!!! mam rok mniej niz myslalam!!! i swietny humor. i od rana swietuje:
po kilkudniowej glodowce bardzo trudno jest wrocic do codziennego jedzenia, ktore wydaje sie starta czasu, przesada i obciazeniem. trudno jest wrocic do normalnej pracy, ktora wydaje sie strata czasu, przesada i lekkim bezsensem. i oczywiscie zbednym obciazeniem. lekko nie jest wiec.
tydzien na zawodowej „wycieczce” na poludniu francji, kilka dni w lozku z temperatura 39,9 a teraz 8 dniowa glodowka. czuje sie jakby mnie nie bylo wszedzie tam gdzie powinnam byla byc, jakbym byla gdzies obok.
malina ma jeszcze miesiac szkoly, ale wszystkie wazne, duze prace juz za soba i z bardzo dobrymi wynikami, chociaz etap „jedyneczki” juz bezpowrotnie minal. moze to i lepiej. jedynki, ktorymi sypnelo na poczatku gimnazjum, daly malinie poczucie, ze nic nie musi robic a ma najlepsze stopnie w klasie. juz prawie tak sie poczula a tu bam! troja z laciny, troja z niemieckiego. nic nie musialam mowic, dziecko samo w szoku sobie wyjasnilo: jednak nie wystarczy rozumiec, trzeba sie nauczyc.
malina wyjechala dzis na trzydniowa wycieczke w gory nad jezioro. nie wolno im bylo zabrac zadnych „zabawek”. wszystkie telefony, ipady i inne magiczne ekraniki zostaly w domu. oczywiscie jestem zachwycona takim zakazem, ale teraz siedze i kurcze tesknie. jakis smsik , ze wszystko jest ok, ze pieknie, ze fajnie lub chocby, ze pada deszcz bardzo by mi pomogl. trzy dni zadnego kontaktu – to absolutna premiera w naszych rodzicielsko-dzieciecych stosunkach.
maz myslal, ze zaszalejemy z jakas fajna knajpka, ale coz moze mnie najwyzej zaprosic na szklanke wody. pewnie pojdziemy do kina.
w wielu komentarzach o tym tacie, ktory zapomnial, ze ma dziecko w samochodzie, powtarza sie motyw, ze to by sie matce nie moglo zdarzyc, ze no wiadomo facet, ze mezczyzni tacy sa i juz. niesprawiedliwe to jest. ten facet zarabial na rodzine z dwojgiem dzieci a po pracy budowal dom. taki kierat w ktorym zabiegal sie na smierc… wlasnego dziecka.