od pol roku malina spi w klamerce na zeby. no zeby z wiewiorki stac sie dziewczynka. kasa chorych nie doplaca do tej klamerki, bo kasa nie uwaza, ze bycie dziecwczynka jest wazne. ok kupilismy te klamerke niebiesko rozowa, bo co mialoby dziecko kiedys miec zal, tak?
dzis poszlysmy na sprawdzian czy wszystko rozwija sie prawidlowo. pani chirurg szczekowa – dotad calkiem mila – miala dzis wyraznie zly dzien. brutalnie sprawdzala malinowe zabki, szarpiac jej usta. wyraznie nie miala zbyt duzo czasu. krotko, wezlowato i jakos stanowczo przedstawila sprawe:
– jest dobrze, zeby sie wyrownuja, ale dolna szczeka jest za daleko cofnieta, wiec teraz trzeba nowa klamre, mleczaki jak nie wyjda, trzeba wyrwac…
babsko nie patrzy na dziecko, ktoremu zostalo wyrwanych 6 mleczakow, wiec nagle robi sie o 10 cm mniejsze i powstrzymuje sie od placzu, skulone na fotelu dentystycznym.
– … druga klamra jest stala a do tego na noc trzeba nosic taka dodatkowa klamre…
i pani wyjmuje jakis drut, ktory sie wklada do ust, podwiazuje specjalnymi gumkami i spina za glowa. druty odstaja od twarzy wzdluz policzkow az do uszu. taka ludzka odmiana konskiej uprzezy. malina patrzy przerazona. oczy majak dwa guziki, wielkie i okragle.
– ale jak w tym spac? – dziwie sie. a pani wyraznie niecierpliwi:
– na plecach!
i ile to ma trwac?
– poltora roku! – pani nie ma czasu na tlumaczenie. na fotelu malina sinieje ze strachu a mnie zaraz chyba trafi szlag. ale nie z takimi idiotkami mialam w zyciu do czynienia, tak?
– czy jest jakies inne wyjscie? – pytam.
– jest, ale kasa tego nie oplaca.
– trudno. a jakie jest to rozwiazanie?
pani wyciaga energicznie szuflade, pokazuje wersje bardzo droga i w sumie tez nieprzyjemna, ale nie tak straszna jak poprzednia. szybko wyjasnia co i jak, ale tak, ze rozumiem chyba tylko polowe, jakby byla pewna, ze i tak zdecyduje sie na wersje za darmo, wiec po co robie ten cyrk a ona traci czas. moze kurcze wygladalam dzis jak smieciara, ze niby nie stac mnie na klamerke? ale nie, kurcze, i bluzke mialam przyzwoita i zegarek ok. wstalam, powiedzialam, ze sie zastanowimy i zadzwonimy zeby umowic termin i tschüssssss!
w samochodzie malina plakala gorzko cala droge do domu. taki placz z rozpaczy. a mnie trafial szlag, ze pania nie potrzasnelam, ze nie powiedzialam jej ze nie powinna nosic stringow do bialych spodni, bo wyglada jak nieswieza mortadella. z mezem pogadalam, ze pojedziemy do innej lekarki, kiedys poleconej, zeby sprawdzic czy moze sa jakies inne rozwiazania i w ogole czy to trzeba teraz wszystko na raz poprawiac. pamietam, ze jak bylam w wieku maliny to tez mialam takie wiewiorcze zeby i krzywozgryz a majac 24 lata dostalam propozycje reklamy pasty do zebow. i tak sobie mysle, zeby te malinowe zeby… zostawic w spokoju?
a… i jeszcze sobie mysle czy sobie ulzyc i zadzwonic jutro do pani i powiedziec jej ze wyglada jak mortadella? wiecej juz tam chyba nie pojdziemy, wiec co mi zalezy? co?
++++++++
wlasnie znalazlam zdjecie takiej uprzezy: