jestem pod wrazeniem. ksieza mili, chetni, elastyczni. oferta
restauracji fantastyczna! wybralam kilka najladniejszych i wyslalam
pytanie o rezerwacje. wszystkie restauracje odpowiadaja natychmiast,
sympatycznie i profesjonalnie. menu ciekawe. wybralam takie kuchnie,
ktore serwuja albo typowa polska kuchnie albo polska kuchnie
zmodernizowana. jak czytam to natychmiast jestem glodna.
malina poranna
malina wstala dzis skoro swit. zobaczyla, ze sniegu napadalo po pachy, wiec postanowila sie szybko ubrac i jeszcze przed szkola (w absolutnej ciemnosci) pobawic sie w ogrodzie i moze nawet zdazyc ulepic balwana. jezu co ja sie nameczylam, zeby jej wytlumaczyc, ze poranna herbatka z sokiem malinowym i toasty z maslem orzechowym sa lepsze niz zimny balwan w srodku nocy. nawet pozwolilam zalozyc niebieska sukienke z balwankiem…
do szkoly pobiegla jak mlody zrebaczek, kopiac sniegiem we wszystie strony.
to byl trudny weekend.
cala sobote balowalismy. cala niedziele spedzilam w lozku od czasu popijajac gorzka, czarna herbate. rano obudzilam sie dzis z poczuciem niesprawiedliwosci, ze to byl w sumie weekend bez niedzieli ale z radoscia, ze to juz poniedzialek, ze swoje odchorowalam i bedzie lepiej. gdzie tam. glowa peka mi w szwach.
pomocy.
slicznie posprzatalam, zmienilam posciel, napalilam w kominku, zjadlysmy z malina kolacje, zaraz przyjedzie maz. boze jak tu pieknie. dlaczego ja sie stad wyprowadzam? normalnie zaraz sie porycze. co za glupi dzien.
to dzis.
POGRZEB
„tak nagle, kto by się tego spodziewał”
„nerwy i papierosy, ostrzegałem go”
„jako tako, dziękuję”
„rozpakuj te kwiatki”
„brat też poszedł na serce, to pewnie rodzinne”
„z tą brodą to bym pana nigdy nie poznała”
„sam sobie winien, zawsze się w coś mieszał”
„miał przemawiać ten nowy, jakoś go nie widzę”
„Kazek w Warszawie, Tadek za granicą”
„ty jedna byłaś mądra, że wzięłaś parasol”
„cóż z tego, że był najzdolniejszy z nich”
„pokój przechodni, Baśka się nie zgodzi”
„owszem, miał rację, ale to jeszcze nie powód”
„z lakierowaniem drzwiczek, zgadnij ile”
„dwa żółtka, łyżka cukru”
„nie jego sprawa, po co mu to było”
„same niebieskie i tylko małe numery”
„pięć razy, nigdy żadnej odpowiedzi”
„niech ci będzie, że mogłem, ale i ty mogłeś”
„dobrze, że chociaż ona miała tę posadkę”
„no, nie wiem, chyba krewni”
„ksiądz istny Belmondo”
„nie byłam jeszcze w tej części cmentarza”
„śnił mi się tydzień temu, coś mnie tknęło”
„niebrzydka ta córeczka”
„wszystkich nas to czeka”
„złóżcie wdowie ode mnie, muszę zdążyć na”
„a jednak po łacinie brzmiało uroczyściej” „było, minęło”
„do widzenia pani”
„może by gdzieś na piwo”
„zadzwoń, pogadamy”
„czwórką albo dwunastką”
„ja tędy”
„my tam”
(Ludzie na moście,
Warszawa 1986)
ja : one
moja tesciowa i szwagierka, to kobiety ktore sa przykladem prawdziwego ludzkiego klona. roznia sie jedynie wiekiem. maja ten sam kolor wlosow, uzywaja tych samych fraz tak precyzyjnie identycznych i czestych, ze zamiast pelnych zdan moglyby uzywac numerkow:
– 5.
– aaa 45!
– 9?
– 21…
i obie wiedzialyby o czym rozmawiaja.
obie zyja wedle tego samego wzoru, ktory zupelnie mi nie odpowiada, ale nic nie mowie, bo jak sie im podoba to co mi to przeszkadza? natomiast im od zawsze przeszkadza nasz sposob bycia i zycia i czuja sie zobowiazane wytlumaczyc mi gdzie lezy blad. nie podobalo im sie, ze nie mamy dzieci, ani ze jak w koncu urodzila sie malina to ja jednak wrocilam do pracy, ani ze malina dwujezyczna, ani ze wszystkie wakacje planujemy w ostatniej chwili, a teraz nie podoba im sie, ze mamy kupic psa. moja szwagierka wyglosila telefoniczna mowe na temat posiadania psa i niedogodnosci z tym zwiazanych a wszystko tonem jakim pani w szkole tlumaczy dzieciom zachowanie na przerwach. udalo mi sie nie wchodzic w dyskusje, reszta sil gryzlam sie w jezyk a w koncu zapytalam:
– no tak, ale mialas kiedys psa?
– nie, bo straszna odpowiedzialnosc i jak mowie: mnostwo roboty.
– no tak. a ja mialam psa 18 lat i wiem dokladnie jak to jest.
a dzis zadzwonila tesciowa, zeby mi wytlumaczyc o co chodzi w przeprowdzkach, bo tesciowie sie 6 miesiecy temu przeprowadzili, wiec ona wie lepiej jak to jest i chetnie da mi kilka rad. slucham, slucham, a co powiem to oczywiscie nie mam racji, nie mam pojecia i w ogole nie moge sobie sobie wyobrazic… wiec w koncu pointuje:
– to jest nasza 5 przerowadzka, wiec wiem jak jest. i tym razem bedzie podobnie. dobytek powiekszyl nam sie o kilkadziesiat ksiazek i pianino, ale poza tym nie powinno byc niespodzianek.
na koniec tlumacze sobie, ze to jest pewnie sposob ich zainteresowania i wyrazenia troski. niestety wkurzajacy jak nie wiem co.
media niszcza resztki moralnosci.
jesli jakies resztki jeszcze pozostaly…
wszytkie te dyskusje w mediach. pani czubaszek, ktora cenie za fantastyczne teksty wypuszcza jakies rzygowiny o aborcji.
oczywiscie, ze nikt nie musi miec dzieci, nie musi dzieci kochac ani ich pragnac, ale rzucanie hasel, ze dwa razy sie przeszlo aborcje i to jest cudowne to dla mnie przyznanie sie: jestem ostatnia idiotka ale mi to nie przeszkadza. wspolczesna chec zaistnienia publicznego nawet za cene robienia z siebie ostatniego debila jest przerazajaca.
mysle, ze zaczynam tesknic za moralnoscia pokolenia mojej babci. niechby to byla nawet moralnosc pani dulskiej ale lepszy rydz niz nic. wolalabym, zeby ktos wstydzil sie powiedziec o sobie: jestem suka.
kupili-sprzedali
pojechalismy, zobaczylismy, kupilismy.
przyjechali, zobaczyli, kupili.
w maju bedziemy juz mieszkac nad jeziorem.
slonie a ludzie
niedawno w w zoo umarl slonik. ludzie nie mogli sie nadziwic jak wszystkie dorosle slonie stoja wokol i godzinami smuca sie strata. prawdziwa zaloba. a czlowiek zakopuje zwloki wlasnego dziecka jak worek smieci i nagle okazuje sie ze jest mnostwo wytlumaczen takiego zachowania: histeria, depresja poprodowa, trudne dziecinstwo, strach.
pozegnanie.
podchodze do biblioteczki.
wszystkie wiersze stoja w rzadku.
nowych nie bedzie.