malinowe stuk stuk stuk.

zainspirowana pomyslem znajomych od dawna marzylam o maszynie do pisania dla maliny. wymienilam ja wsrod pomyslow na prezent na chrzciny. i jest. stara, biurowa w skorzanej walizce. kuchenne biureczko maliny zamienilo sie w miejsce pracy pisarza i po calym domu rozlega sie przyjemne: stuk stuk! malina pisze ksiazke, quiz o zwierzetach, slowniczek polsko-niemiecko-angielski i sciagawke z tabliczki mozenia. zachwyca sie polskimi literami w tastaturze i mozliwoscia zmiany koloru z czarnego na czerwony.
dzis idziemy do papiernika zobaczyc czy jeszcze mozna kupic tasme do maszyny do pisania. ciekawe czy mozna.

malina bez różków

chrzest byl skromny. kosciol moj ulubiony. malina wzruszona i przejeta. rodzice chrzestni najlepsi jakich mozna sobie wymarzyc. restauracja genialna. prezenty sliczne. 4 dni w warszawie z ostro napietym planem. zimno, ale pieknie.

+++++++++++++++++++++
przerobilam ten tekst programem do wprowadzania polskich znakow i wyszlo:

chrzęst był skromny. kościół mój ulubiony. maliną wzruszoną i przejęta. rodzice chrzęstni najlepsi jakich można sobie wymarzyć. restauracją genialną. prezenty śliczne. 4 dni w warszawie z ostro napiętym planem. zimno, alę pięknie.

+++++++++++++++++++++

w restauracji malina w przerwach miedzy daniami zajmowala sie pisklakami. nie wiadomo co bylo bardziej rozczulajace: pisklaczek w sukience jak rozowa chmurka czy zolte kurczaczki jak mieciutkie kulki:

malina mojej mlodosci

czuje sie swietnie! ach jak wspaniale!!!
stoje! stoje! stoje!!!!
malina korzystajac z mojego niedoledztwa wymogla dostep do ipoda. biega wlasnie po pokoju w rozowych sluchawkach i spiewa.
nie musze siedziEc! nie musze lezEc!
mamusiu, znasz to???? to jest… poczekaj… hmm… aaa no to sie nazywa maanam! swietne! jak wyzdrowiejesz to ci puszcze!!!

eh.

sadzac z tego co mnie boli, to mam: zapalenie gardla, zapalenie ucha, zapalenie lewej strony mozgu, zapalenie kolana i ide zaraz do lekarza. jesli dostane antybiotyk to biore jak nic. bo mecze sie okropnie a jutro warszawa, chrzest a potem przerowadzka. i caly czas projekty jakby ludzie nic sobie nie robili ze swiat.

18 lat

jako malzestwo wkraczamy dzis w stan pelnoletnosci. i nawet nie bedziemy mogli tego porzadnie uczcic szampanem, bo przegralam z przeziebieniem, co czuje w kazdym stawie, glowie i gardle.
do dzis nie mamy na koncie ani jednej porzadnej klotni za to jedno bardzo fajne dziecko. dobry bilans. gdybym maza spotkala dzis po raz drugi to znow zaciagnelabym go do oltarza tylko slub nie bylby taki huczny. 18 lat temu mielismy az 12 gosci. dzis byloby o polowe mniej. (czyli tyle ile bedzie na malinowym chrzcie za kilka dni.)
do dzis jestesmy pewni, ze gdybysmy sie nie spotkali kiedy sie spotkalismy to spotkalibysmy sie gdzies pozniej i tylko szkoda, ze nie spotkalismy sie wczesniej.

jak wiesc neisie…

malina przygotowuje z tatusiem sniadanie. po tygodniu niebycia w domu stoje pod prysznicem i leniwie rozpoczynam dzien.
ale na dol schodze podniecona, bo:
 – czemu nic nie powiedzieliscie, ze sasiedzi kupili kucyka?!!
sasiedzi sa w naszym wieku, ale dzieci nie ma, wiec kupno kucyka uwazam za absurdalne, czemu daje glosno wyraz:
 – juz by lepiej psa kupili, no co za glupi pomysl!
maz pekl ze smiechu, ze sasiedzi na glowe upadli a malina z przejecia i oboje leca na gore. z gory widac ogrod sasiada. malina malo nie wypadnie z okna: nie widze, no! nie widze! maz tez sie wyhyla i tez nie widzi.
dumna wolam:
 – prima aprilis!!!!

malinie pomysl tak sie spodobal, ze zaraz zadzwonila do przyjaciolki. rodzice kupili jej do nowego domu i ogrodu kucyka, zeby mogla jezdzic do szkoly na kucyku. ch. po drugiej stronie telefonu tak zatkalo, ze zupelnie do niej nie dotarlo, ze na koncu malina wola: aprilis, aprilis!!!

a dzis spotykam sasiadke:
 – o! – usmiecha sie – tam bedziecie miec wiekszy ogrod niz tu, co?
 – no wiekszy – przytakuje.
 – slyszalam, slyszalam tez, ze kupiliscie malinie kucyka. jaki piekny pomysl…
 – kucyka???? no co ty! to byl zart aprilisowy!
 – taaaak? oj to lece do s. bo was dzis niezle obgadalysmy, ze wam sie w glowach poprzewracalo!!!

ptaszki, igraszki.

w tamtym roku powiesilismy na lipie domek dla ptaszkow. maz wymalowal go
na bialo – bordowo. prawdziwa willa, ale nikt sie nie skusil, bo pewnie
pachniala farba i czlowiekiem. a dzis? na maciupkim drazku porzed
wejsciowa dziurka usiadla sikoreczka. siedzi, siedzi, wierci sie. wklada
glowe do dziurki i wyjmuje i w koncu rozumiem blad w kosntrukcji:
dziurka jest za mala! kupilismy domek w sklepie ogrodniczym i myslalam,
ze tam wiedza jakie dziurki wiercic.
sikorka pokrecila sie, pokrecila
a w koncu z impetem wcisnela w dziurke i wyladowala w domku. ale sie
zestresowalam, bylam pewna, ze nie wyjdzie, bo ciagle wystawiala glowke
ale nie wylazila. przylecial drugi ptaszek, usiadl na drazku i chyba cos
uzgadniali, bo zaraz odlecial a sikorka ze srodka za nim. ufff, nie musze
jej wyciagac sila przez dach!
i tak pol godziny wlatywali i wylatywali na przemian i juz myslalam, ze podjeli decyzje,
kiedy na galezi obok domku przysiadla olbrzymia, dystyngowana, cala na
czarno-bialo sroka. sikorki pokrecily sie jeszcze troche wokol drzewa i
zwialy.

mam nadzieje ze wroca.

az mi sie nie chce wyprowadzac, tak tu nagle ladnie.

malinowy pasterz

malina ma napisac zdanie o pewnym serze, ktory jest przysmakiem pasterzy. jestem akurat w trakcie plodzenia waznego maila po angielsku. slowo pasterz przychodzi mi do glowy po angielsku, ale za nic nie moge sbie przypomniec po niemiecku. mysle, wiec, ze jak powiem polsku to malina zna niemieckie tlumaczenie, ale… za nic nie chce mi wpasc slowo "pasterz" po polsku:
 – no wiesz… taki czlowiek ktory sie opiekuje owcami, kozami…
 – koziorozec!!!