na lunch poszlam z bardzo milym klientem. zamowil bardzo wyrafinowane danie z owocow morza a ja zobaczylam w menu kotlety mielone z cieleciny z fenchel (koper?) do tego poprosilam ziemniaki ubite na puree. jego danie wjechalo jak dama na wieczorny bal a moje jak kopciuszek prosto od kominka. zaraz musialam sie jednak dzielic i usmielismy sie po pachy. fantastyczne jedzenie rodem z przedszkola. brakowalo jeszcze kisielu na deser.
w domu znalazlam paczke z poczty a w niej zamowione chodaki. z blekitnego zamszu w szaro rozowe kwiatki. mialo byc hipisowko do blekitnej szerokiej spodnicy ale do dzinsow tez wygladaja genialnie.
wietrzysko wieje jak nie wiem, wiec polecielismy do papiernika po latawiec. i tak w trojke latalismy po lace przed domem za latawcem, na ktorego wskakiwaly koniki polne. jest ich tak duzo, ze cala laka sie rusza.
maz robi wloska kolacje a ja przenosze sie teraz na taras. na lyk wina. malina skacze po lace z kolezankami i latawcem. my nie mielismy juz sily. ale tutaj jak bullerby. wystarczy wyjsc na lake i zaraz zlatuja sie dzieciaki.
no taki dzien to jest dzien!
malina przyjmuje gosci.
na tarasie siedza cztery dziewczynki. drobniutkie, chudzutkie, popijaja wode z sokiem poziomkowym zagryzajac rybkami z sezamem i gumowymi misiami. i… rza jak stare kobyly.
wygladam dyskretnie zobaczyc co je tak smieszy. widze. widze i oczom nie wierze. probuja pic nosem. malina na moja zdziwiona mine tlumaczy:
– mamusiu, to swietny sposob na katar!!!
ide sobie, bo wole tego nie widziec.
Facile dictu, difficile factu.
za rok malina idzie do nastepnej szkoly. ma bardzo dobre oceny, wiec nie bedzie problemu z dostaniem sie do gimnazjum. to, ktore nam sie podoba (ale dokladniej poznamy tutejsze szkoly w przyszla wiosne) ma obowiazkowa lacine. wczoraj dyskutowalam z mama malinowej kolezanki. ona uwaza, ze to wielki plus tego gimnazjum. teoretycznie tez tak uwazam, ale jak sobie przypomne jak sie sama meczylam z lacina to mi sie robi slabo.
malinowe wodne wychowanie.
jak zwykle glupio wkrecilam sie w dziennikach w dyskusje o waldorfie. po co? niech kazdy robi sobie z dzieckiem co chce, co moze byleby krzywdy nie robic. dyskusja spelzla nieco na tor: poslanie dziecka do montessori lub waldorf to zrzucenie odpowiedzialnosci za wychowanie. nie wiem czy nawet przedszkole, w ktorym dziecko siedzi codziennie do 17 rzeczywiscie przejmuje odpowiedzialnosc za wychowanie czlowieka, bo to jednak w tym wieku jest dom i glownie dom. skoro jednak mam wybor oddac dziecko do przechowalni albo do przedszkola, ktore moim zdaniem dobrze wplywa na dziecieca fantazje, wrazliwosc a przede wszystkim rozwoj fizyczny, to nad czym sie zastanawiac?
w weekend pomyslalam sobie, ze najfajniej jest mieszkac nad woda. w sobote mielismy wizyte z dwiema pannami. w niedziele z rodzenstwem. dzieci w roznym wieku. siedza caly dzien w wodzie. wychodza na loda albo na bulke z byle czym a dorosli moga sobie siedziec na pomoscie i gadac o dupie maryni caly dzien. woda, ze tak powiem, przejmuje wychowanie dzieci na caly weekned. wieczorem dziecko zamyka oczy i nie bardzo ma sile powiedziec porzadnie "dobranoc". a rodzic nie ma wyrzutow sumienia, ze w sumie nie zajmowal sie dzieckiem prawie cale dwa dni.
malinowe strachy.
– urodzilas mnie normalnie czy przez cesarskie ciecie?
– normalnie. a czemu pytasz?
– bo rozmawialam z kolezankami. siostra klary malo nie umarla w czasie porodu.
– a co sie stalo?
– no nie wiem, klara mowi, ze pekl jej pecherz…
– ale wszystko dobrze sie skonczylo? – postanawiam nie wdawac sie w dyskusje o pecherzu plodowym.
– dobrze sie skonczylo, ale mogla umrzec.
wieczorem pracuje jeszcze a malina cichutko wstaje na siusiu. myje lapki i przychodzi do mnei zmartwiona.
– trzymalam sie jak moglam, ale juz dluzej sie nie dalo…
– ale co?
– no siusiu. boje sie robic siusiu, zeby mi pecherz nie pekl…
malinowy dzien zakonczyl sie prosta podaganka o pecherzu moczowym i plodowym i dziecko uspokojone poszlo spac.
4 lipca
moja corka placze. moja matka placze.
dzis w nocy umarla moja babcia.
malinowi rodzice.
malina byla u l. cos tam chcialy zrobic, ale nie wiedzialy czy im wolno a babcia, ktora byla w domu tez nie wiedziala, wiec zadzwonily do mamy. mama nie pozwolila. nie pozwolila! l. wyraznie wkurzona probowala jeszcze telefonicznie pertraktowac. bez skutku. l. pozegnala sie z mama, odlozyla sluchawke i warknela:
– glupia, stara krowa.
malina w szoku. opowiadziala o tym tatusiowi bardzo przejeta. a tatus:
– no nieladnie. a ty tez tak czasem o nas myslisz?
– nie. oczywiscie, ze nie. – zdecydownaie zaprzeczyla malina, ale zaraz potem sie zamyslila…
mysle, ze jakies tabu zostalo wlasnie zlamane. malina boczy sie nas, teatralnie obraza, zlosci, ale mysle, ze nigdy by jej nie przyszlo do glowy, ze jestesmy idiotami. i mysle, ze wlasnie naszla ja refleksja, ze nawet rodzice nie sa swieci…
dzieci.
dzieci maja w glowie tyle, ze nam sie tow glowie nie miesci. i to jest duzo piekniejsze niz ta nasza dorosla sieczka w mozgu, poplatanie liczb, tytulow, numerow, trosk i przeblyski dobrych wspomnien i pieknych marzen, na ktore nie mamy sily…
malinowo i wzruszajaco
jak szukalysmy z malina przedszkola, znalazlysmy sie w wiadomosciach o dzieciach, ktore szykuja sie do przedszkola. jak malina grala glowna role w spiacej krolewnie to znalazla sie w wiadomosciach o letnich wydarzeniach w przedszkolach. w tamtym roku wiadomosci na pol strony w lokalnym süddeutche zeitung: dzieci buduja zlobek i malina z kolega patrza na ten piekny zlobek. potem jeszcze malinowa klasa u strazy pozarnej a wczoraj otwieramy lokalna gazetke i jest wiadomosc o wizycie polskich dzieci w naszej krainie jezior. maz przeglada tekst, ze moze cos o malinowej szkole napisali? i czyta: "burmistrz polski i burmistrz niemiecki zlozyli sobie piekne podarunki (tu opis podarunkow) a cala uroczystosc tlumaczyla na biezacopani tlumacz z polski i mala malina z krainy jezior.
maz jakos dziwnie zareagowal na te wiadomosc. tak jak mu wszelkie te zdjecia i rozne wyroznienia zawsze totalnie byly obojetne tak wczoraj trzymal te gazete bardzo wzruszony. mysle, ze slowo "mala" jakos na niego zadzialalo czy co…
gazetke wrzucilam do szuflady a sama poszlam sadzic kasztany. kasztany sa jeszcze z przedszkola. malina nazbierala ich jesienia caly wor i co sie nie przerobilo na ludziki i inne stworki wyladowalo w ogrodowej kamiennej wanience. snieg to przysypal a na wiosne… wykielkowaly maciupkie listki. normalnie jak fasola! zasadzilismy 10 sztuk. kilka podarowalismy roznym znajomym jako krzaczki w donicach. zostaly cztery. wykopalam je ze starego ogrodu i jakos nie mialam czasu tu zasadzic. staly w cynowej wannie z woda dwa miesiace i trzymaly sie niezle. wczoraj je w koncu zasadzilam i… troszczke sie poplakalam myslac jak juz nas nie bedzie a moze pod tymi kasztanami beda siedziecjacys ludzie… moze malinowe dzieci, moze wnuki?
malinowe wspomnienia
malina jakby przeczytala moj wczorajszy wpis… normalnie az mnie ciarki przeszly przy stole, kiedy nagle zapatrzyla sie na drzewo i zagryzajac ogorka powiedziala:
– czasem lubie sobie wspominac przeszlosc. stara szkole, kolezanki… bardzo przyjemnie miec dobre wspomnienia…