malinowe zakupy

znow wyslalam maline po zakupy. zrobila sobie liste i poleciala. umowilysmy sie, ze wroci kwadrans po szostej. 10 po szostej telefon:
 – czesc mamusiu!
 – jezu, a skad ty dzwonisz?
malina dostanie telefon w przyszlym roku jak pojdzie do gimnazjum. na razie wciaz porozumiewamy sie telepatycznie.
 – ze sklepu papierniczego. wlasnie zobaczylam, ze nie zdaze kwadrans po szostej, wiec poprosilam pania zeby dala mi do ciebie zadzwonic.
sklep jest za rogiem, 5 minut na piechote. w spozywczym spotkala mamusie l., ktora przeprowadzila ja przez ulice, co z lekka maline oburzylo, ale nic nie powiedziala. w piekarni spotkala tate m., ktory podziwial ja, ze tyle ma zakupow do taszczenia i zaproponowal podwiezienie do domu. malina odmowila, bo przeciez:
 – …tak dobrze sie nie znamy!
tatus m. zadzwonil do mnie zeby mi o tym opowiedziec, bo bardzo sie roztropnoscia malinowa wzruszyl.
chyba zaczynamy byc tu "u nas".
malina wraca. nie wchodzi do domu, tylko wkracza a z dumy malo nie peknie. jest dorosla, kazdy to chyba widzi, tak?

gotowanie kreatywne.

w spizarni wszystkie sloiczki stoja na bacznosc jak w wojsku. to chyba jedyne miejsce w tam domu, w ktorym panuje taki porzadek.
jest pozno, malina cos tam jeszcze odrabia (meczy sie jak nie wiem), ja dyskutuje przez telefon i robie kolacje. cos szybkiego? makaron z boczkiem i cebula, troche smietany, troche masla. taki wieczorne "ratuj sie kto moze", zeby dziecko mamy pracujacej na caly etat nie umarlo z glodu. boczek juz podskakuje na patelni i pachnie genialnie. lece do spizarni po cebule. co kilka tygodni przylatuje z wloch (http://www.lavialla.it/de/home_de_gallery.asp) juz drobniutko pokrojona, gotowa i pyszna. wciaz z telefonem przyklejonym do ucha wrzucam zawartosc sloiczka na patelnie. nie pachnie jak cebula, ale i tak aromat smakowity, wyglad apetyczny. malina wygrywa walke z matematyka, zasiada do kolacji:
 – mmmm pycha!
a ja towarzysze jej tylko z herbata, bo nie mam sily jesc. poznym wieczorem wraca maz. odgrzewam mu makaron.
 – hmmm bardzo dobry, cos slodkiego dodalas?
 – nie.
ale przypomina mi sie, ze cebula nie pachniala cebula. zagladam do smietniczki. lezy tam sloiczek po musie jablkowym (jeszcze jablka z ogrodu wokol chatki) doprawionym cynamonem.
polecam!

malinowe rozmowy na fali 1.

na materacu skakalysmy, z rurka nurkowalysmy, na dwoch kolach prowadzilysmy rozmowy na fali

 – mamusiu, popatrz, to te panie z naszego hotelu. caluja sie. mysle, ze sa ozenione.
 – tak byc moze.
 – to sie u nas w szkole nazywa schwul.
 – oficjalnie to sie nazywa homoseksualizm. widze, ze ci sie to nie podoba.
 – no nie…
 – a dlaczego?
 – nie wiem.
 – tu nie ma nic do podobania albo nie. kazdy powinien zyc jak chce, pod warunkiem, ze to nikogo nie rani ani nie obraza. a to czy ktos zyje z kobieta czy mezczyzna nie powinno nikogo obchodzic, ani ranic, ani obrazac. to jest tolerancja. tolerancji trzeba sie uczyc i to wcale nie jeste latwe…
 – ale ja jestem tolerancyjna. – usmiecha sie z duma malina – zyje jak chce.
 – jesli jestes tolerancyjna to powinnas innym pozwolic zyc jak chca.
 – aha… – zamysla sie malina bujana fala i mimo swoich niecalych 10 latek czuje, ze temat nie jest latwy.

 –

malinowe wakacje (wersja malinowa)

w szkole trzeba bylo dzis opowiedziec o swoich wakacjach. kto chcial. malina sie zglasza.
o czym opowiada moje dziecko? przez trzy tygodnie nurkowala. czy opowiada o krabie w wielkiej muszli, ktora wylowilysmy dla nieprzecietnej urody i nagle nam ta muszla zaczela uciekac do wody?
czy o procesji ku czci czarnej madonny na sardynii, gdzie portret maryjny ciagnely olbrzymie woly a male dziewczynki i stare kobiety kroczyly uroczyscie w zlotych szatach i chustach do ziemii? a moze jak strzelilysmy sobie przygode na olbrzymim bananie, ktorego ciagnela motorowka jak z jamesa bonda, ktora porwala nas na otwarte morze, pedzila jak oszalala az nas wywrocila i malo nie zeszlam z tego swiata na zawal serca? czy malina wpadla na pomysl zeby pochwalic sie wycieczka kajakowa albo przeprawa z kosyki na sardynie, kiedy wszystkie promy zostaly tego dnia odwolane ze wzgledu na wietrzysko i wielkie fale i okazalo sie, ze tylko nasz przewoznik zaryzykowal i wszyscy pasazerowie umierali przez godzine ze strachu?
nie.
malina opowiedziala, ze wakacje byly swietne i jak dojechalismy do livorno, to tatus tak ciasno musial parkowac na promie, ze mama musiala wysiadac przez drzwi od strony kierowcy. w ramionach mamusia obejmowala wielka torbe z pizamami i przyborami toaletowymi potrzebnymi na nocleg i przez to zaklinowala sie (ist stecken geblieben) miedzy siedzeniem kierowcy a kierownica i za nic nie mogla sie wydostac z samochodu. nikt mamusi nie pomogl, bo malina miala tez pelne rece a tatus plakal ze smiechu, bo mama siedzac na kierownicy trabila na caly prom.
poza tym zawsze byla ladna pogoda, wiec duzo plywalismy. to byly piekne wakcje. amen.

malinowe wakacje

wakacje byly piekne. malina skubnela
zeglowania, malowala jedwab, ile sie dalo przesiedziala w jeziorze,
odwiedzila dziadkow oraz pierwszy raz w zyciu poszla sama po zakupy.
mimo, ze kupila rowniez rzeczy za ktorymi nie przepada, wszystko zjadla
jak ta lala, bo jednak wlasnorecznie kupione smakuje inaczej.
malina prowadzila bogate zycie towarzyskie goszczac i odwiedzajac.
ostatnie trzy tygodnie spedzilismy na korsyce i sardynii co 3-4 dni zmieniajac miejsce zamieszkania. bylo i bardzo ekskluzywnie i byly 4 dni pod namiotem z zimna woda pod prysznicem. a na koniec ulubione miejsce, ktorego glowna atrakcja jest absolutny brak atrakcji. malina rozowa zmienila sie w maline zlocista a jej jasne wloski przeplataja biale kosmyki i chyba ja zabiore za tydzien do fryzjera, zeby dobrze sie przypatrzyl i… zrobil mi takie same.

tempo wakacji bylo powolne. co rano plywalismy w morzu, ktore o tej porze jest plaskie jak deska a wielka plaza wydaje sie byc prywatna wlasnoscia. potem zimny prysznic, sniadanie, szukanie miejsca na dobra kawe, czytanie, potem nurkowanie do obiadu, obiad, sjesta, znow plywanie, kolacja, wino na tarasie, malina z ksiazka pod ksiezycem… leniwie, spokojnie, bez pospiechu. w trzecim tygodniu zycie zaczyna byc naprawde piekne, wyhustana na falach dusza przeciaga sie szczesliwie co rano i kuli do snu co wieczor, rozmowy zaczynaja sie przeciagac, zbaczac na nowe, ciekawe watki, w stosunki rodzinne wkracza bloga cierpliwosc, wyrozumialosc i niewymuszona uprzejmosc. trzeci tydzien jest bardzo wazny – dwa lata obywalismy sie bez niego i niemal o tym zapomnielismy.

jutro szkola

dluga liste zeszytow i przyborow do 4 klasy mamy od dwoch miesiecy. dzis pol godziny przed zamknieciem sklepu zrobilysmy zakupy na dwie pekate torby. przy wyborze okladek i segregatorow malina szerokim lukiem omijala polki z rozowymi i lylowymi odcieniami a koszyk wypelnialy rozne odcienie zieleni, granatu, wesoly zolty i pomaranczowy kolor. pani w sklepiku pokiwala ze zrozumieniem glowa:
 – cos sie skonczylo…

malinowy sms

ja w hamburgu, malina na jeziorze, tatus na pomoscie, bo kazdego dnia jeden rodzic pol dnia wspomaga jako aniol stroz kurs zeglarski. wieczorem dostaje sms:

Kochana  mamusiu czy wszystko dobze u ciebie? Bo my wlasnie ziedlysmy. kocham cie taaaaaaaaaaaaaaaaaaaag bardzo! Jak jest w twoim hotelu? ja ciesze sie juz na ciebie !!!
Ojej,najchentniej bym juz miala piontek!dzisiaj bylo bardzo fajnie bo moglysmy juz z rzaglem na wodzie jechac, to bylo ladnie!
Bardzo cie kooooocham!
 twoja XXX :-))))

taka malinowa polszczyzna. czytam sobie ten sms i czytam i zaraz mi lepiej, bo normalnie dzis tutaj taki cyrk, ze nie wiem!

(piontek to oczywiscie dzien tygodnia. w piatek wracam do domu, ale musialam sie krotko zastanowic bo malinowa ortografia mnie jakos zmylila)

malina z zagielkiem

jak na prawdziwa mieszkanke krainy pieciu jezior przystalo, malina przechodzi kurs zeglarski. tydzien temu miala probny dzien. najbardziej podobalo jej sie przewracnie lodki i stawianie jej do pionu. caly dzien spedzony w wodzie malina przyplacila silnym przeziebieniem i caly ostatni tydzien spedzila w domu, dzieki czemu powiekszyla mi sie kolekcja wycinanek, malowidel, skladanych serduszek, szkicow i innych dziel sztuki.
od dzis codziennie do 5 popoludniu malina ma walczyc z zagielkiem, wiazac wezelki i obserwowac wiatr. nie wiem czy zostanie zeglarzem, ale bawi sie swietnie. w piatek kurs konczy sie wielkim ogniskiem nad jeziorem. juz sie ciesze. az szkoda wyjezdzac na wakacje.

zakupy melbowe

kupilam dzis taki wazon – kubeleczek z zielonego szkla, z zielonymi uszami i wstawilam zielona swiece. jezu jakie cudo! pijemy wino, malina spi.
 – slicznie to wyglada co? – zachwycam sie i zachwycam.
 – wyglada troche jak nocnik… – smieje sie maz.
 – nie podoba ci sie? czemu nic nie powiedziales w sklepie?
 – bo tobie sie podoba a ja sie przy stole przygladam tobie a nie zielonemu nocnikowi, wiec niech sobie stoi.

pojechalismy po: lawke, dywan, szafke, drugi dywan oraz drugi fotel.
wrocilismy z… nocnikiem!