wakacje byly piekne. malina skubnela
zeglowania, malowala jedwab, ile sie dalo przesiedziala w jeziorze,
odwiedzila dziadkow oraz pierwszy raz w zyciu poszla sama po zakupy.
mimo, ze kupila rowniez rzeczy za ktorymi nie przepada, wszystko zjadla
jak ta lala, bo jednak wlasnorecznie kupione smakuje inaczej.
malina prowadzila bogate zycie towarzyskie goszczac i odwiedzajac.
ostatnie trzy tygodnie spedzilismy na korsyce i sardynii co 3-4 dni zmieniajac miejsce zamieszkania. bylo i bardzo ekskluzywnie i byly 4 dni pod namiotem z zimna woda pod prysznicem. a na koniec ulubione miejsce, ktorego glowna atrakcja jest absolutny brak atrakcji. malina rozowa zmienila sie w maline zlocista a jej jasne wloski przeplataja biale kosmyki i chyba ja zabiore za tydzien do fryzjera, zeby dobrze sie przypatrzyl i… zrobil mi takie same.
tempo wakacji bylo powolne. co rano plywalismy w morzu, ktore o tej porze jest plaskie jak deska a wielka plaza wydaje sie byc prywatna wlasnoscia. potem zimny prysznic, sniadanie, szukanie miejsca na dobra kawe, czytanie, potem nurkowanie do obiadu, obiad, sjesta, znow plywanie, kolacja, wino na tarasie, malina z ksiazka pod ksiezycem… leniwie, spokojnie, bez pospiechu. w trzecim tygodniu zycie zaczyna byc naprawde piekne, wyhustana na falach dusza przeciaga sie szczesliwie co rano i kuli do snu co wieczor, rozmowy zaczynaja sie przeciagac, zbaczac na nowe, ciekawe watki, w stosunki rodzinne wkracza bloga cierpliwosc, wyrozumialosc i niewymuszona uprzejmosc. trzeci tydzien jest bardzo wazny – dwa lata obywalismy sie bez niego i niemal o tym zapomnielismy.