malina wrocila ze szkoly w swietnym humorze. ja ma robic szybko obiad, bo dziecko umiera z glodu, ona od razu bierze sie za prace domowa, zeby miec ja szybko z glowy. jeszcze sie dobrze nie rozkrecilam, kiedy slysze ze malina pedzi po schodach w dol. wlos rozwiany, obled w oczach, panika w glosie:
– zapomnialam ksiazke i zeszyt od matematyki w szkole. musze szyblko wracac, bo zaraz zamkna i juz nie wejde!!!
malina jest ubrana w trzy sekundy i juz wyciaga hulajnoge z garazu. lapie ja za reke:
– powolutku, ok? jest mokro, slisko i szaro. przez ulice prosze patrzec i w zadnym razie nie spiesz sie, tak? trzy minuty cie nie zabwia. ok?!
– ok. – z lekka uspokojona malina wyraznie sie niecierpliwi i chce mnie miec szybko z glowy. jedzie. i tylko mi jej rozhustana noga miga w oddali.
mija niecaly kwadrans. dzwonek do drzwi. otwieram. moje dziecko stoi zalane deszczem i lzami. ale jakimi!
– zamkniete?
– zamkniete. i pani od hortu nie miala klucza.
– no ale nie martw sie, pozyczymy ksiazke od ch., odrobisz na kartce i jutro kartke wkleisz do zeszytu.
malina kiwa glowa, ale zanosi sie placzem, ze slowa nie moze wydusic.
– cos sie stalo?
– przewrocilam sie i bola mnie kolana.
prowadze maline na gore, rozbieram do lozeczka, kolanka nacieram arnika. a malina placze i placze i placze. troche opowiada, ze musiala za kare wrocic do lawki, bo sie wyglupiala jak siedzieli w kregu. i placze i placze. zrobilam jej goraca kapiel. i znow poslalam do lozka. malina sobie polezala, potem poleciala do sasiada po ksiazke a szukajac kartki w kratke w tornistrze znalazla SWOJA ksiazke i swoj zeszyt, ktore najspkojniej w swiecie tam lezaly cale popoludnie.
malina patrzy na mnie i kreci glowka:
– i caly ten wypadek na prozno… po czym dodaje: – ale co sobie odpoczelam to sobie odpoczelam.