czwartek wieczorowa pora

osoba, do ktorej wyslalam dzis rano mail, jedna z tych osob, ktore w zadnym wypadku tego maila nie powinny dostac. nie tylko, ze jakos tam przypadkowo jakis tam mail do kogos tam. tylko ten do tego kogos. rano oracowalismy na serverem, zeby zdjac z niego zawartosc maila, zeby nie moznabylo tego dokumentu sciagnac po otworzeniu maila. udalo sie popoludniu, ale nie mialam pewnosci czy to nie za pozno. dzwonie. okazuje sie, ze ta osoba miala dzis w nocy wylew woreczka robaczkowego, byla dzis rano operowana i spi. kamien spadl mi z serca az sie poryczalam a potem zrobilo mi sie okropnie glupio, bo to jest jeden z tych klientow, ktorych bardzo lubie i szkoda mi, ze sie rozchorowal i ze… ja sie jednak przez chwile odruchowo ucieszylam. za kare reszte dnia mialam taka okropna, ze nie chce, mi sie zyc. jest ciemno, zapalilam latarenki w ogrodzie i ide soboe pospacerowac dookola domu.

 

czwartek z rana jak smietana.

wstalam raniusienko, zeby jeszcze zanim malina wstanie wyslac bardzo pilny mail.

wyslalam.

stojac pod prysznicem jak przez mgle oczyma duszy zobaczylam adres na ktory ten mail poszedl.

szybko sie wytarlam, polecialam na dol.

sprawdzam. niewlasciwy adres.

teraz w zasadzie dzien moglby sie juz dla mnie skonczyc. w ogole ten tydzien juz moglby sie skonczyc.

 

malinowe wychowanie.

dzial ubranek dziewczecych w sklepie zara. rozgladam sie za takim grubym, wielkim szalem dla maliny i chcac nie chcac jestem swiadkiem dyskusji miedzy mama i corka w – na oko – malinowym wieku:

 – zobacz ten plaszczyk, jaki ladny.

corka:

 – brzydki.

 – a ten? sliczny, co?

 – brzydki.

 – no ale ten to ci sie spodoba. bardzo do ciebie pasuje.

 – mama, daj mi spokoj z tym gownem!!!

 

odruchowo spogladam zgorszona. nie, nie jakis margines spoleczny. normalna, przecietna matka z corka tak jak ja z malina. przegladaja teraz sukienki. mama zupelnie niewzruszona odpowiedzia dziecka.

nastepnego dnia opowiadam o tej sytuacji w gronie rodzicow malinowych kolezanek a ci tylko sie smieja:

 – no nasza tez ma takie teksty!

maz mnie w domu pociesza: wazne jest jaka jest malina a inne dzieci nie sa nasze. troche jestes przewrazliwiona.

no jestem. bardzo bym chciala, zeby wiecej rodzicow bylo przewrazliwionych na wulgaryzmy, na ton, na komputerowe gry w ktorych tryska krew, na mcdo, na smieciowe zabawki, na glupie showy i brutalne filmy.

i kiedy czytam, ze reni jusis planuje homeschooling – choc uwazam to za rozwiazanie ryzykowne – to ja absolutnie rozumiem.

 

 

 

zgubiona ksiazka i zeszyt.

malina wrocila ze szkoly w swietnym humorze. ja ma robic szybko obiad, bo dziecko umiera z glodu, ona od razu bierze sie za prace domowa, zeby miec ja szybko z glowy. jeszcze sie dobrze nie rozkrecilam, kiedy slysze ze malina pedzi po schodach w dol. wlos rozwiany, obled w oczach, panika w glosie:

 – zapomnialam ksiazke i zeszyt od matematyki w szkole. musze szyblko wracac, bo zaraz zamkna i juz nie wejde!!!

malina jest ubrana w trzy sekundy i juz wyciaga hulajnoge z garazu. lapie ja za reke:

 – powolutku, ok? jest mokro, slisko i szaro. przez ulice prosze patrzec i w zadnym razie nie spiesz sie, tak? trzy minuty cie nie zabwia. ok?!

 – ok. – z lekka uspokojona malina wyraznie sie niecierpliwi i chce mnie miec szybko z glowy. jedzie. i tylko mi jej rozhustana noga miga w oddali.

mija niecaly kwadrans. dzwonek do drzwi. otwieram. moje dziecko stoi zalane deszczem i lzami. ale jakimi!

 – zamkniete?

 – zamkniete. i pani od hortu nie miala klucza.

 – no ale nie martw sie, pozyczymy ksiazke od ch., odrobisz na kartce i jutro kartke wkleisz do zeszytu.

malina kiwa glowa, ale zanosi sie placzem, ze slowa nie moze wydusic.

 – cos sie stalo?

 – przewrocilam sie i bola mnie kolana.

prowadze maline na gore, rozbieram do lozeczka, kolanka nacieram arnika. a malina placze i placze i placze. troche opowiada, ze musiala za kare wrocic do lawki, bo sie wyglupiala jak siedzieli w kregu. i placze i placze. zrobilam jej goraca kapiel. i znow poslalam do lozka. malina sobie polezala, potem poleciala do sasiada po ksiazke a szukajac kartki w kratke w tornistrze znalazla SWOJA ksiazke i swoj zeszyt, ktore najspkojniej w swiecie tam lezaly cale popoludnie.

malina patrzy na mnie i kreci glowka:

 – i caly ten wypadek na prozno… po czym dodaje: – ale co sobie odpoczelam to sobie odpoczelam.

 

 

 

pewnie juz ostatni taki marcin.

skoro swit malina wstala, zeby piec pierniczki. kolo poludnia czarna podloga w kuchni zmienila sie w biala, pokryta lekka kolderka maki, rozowego i zielonego cukru i rozdeptanych kawaleczkow ciasta. w poludnie sprawdzilysmy latarenki z czasow przedszkola i bylej szkoly. niestety, przeprowadzka nie wyszla im zdrowie: przykurzone i pogniecione. zasiadlysmy w kuchni, wlasnie wysprzatanej, i malina z moja nerwowa pomoca zmajstrowala nowa latarnie z papieru falowanego i okienkami z przezroczystej, blekitnej bibulki. cala kuchnia natychmiast pokryla sie pokruszonymi suszonymi liscmi, brokatem i klejem, ale co tam. najwazniejsze, ze jakos sie to cudo posklejane roznymi klejami, tasma i sila woli trzymalo. potem znow warkocz francuski z przodu, loki z tylu i swinskim truchtem do kosciola, gdzie malina znow byla bogiem, czyli nie bylo jej widac ale slychac, ze hoho. wymyslila, ze jako bog bedzie przeciagac spolgloske A i efekt byl naprawde znakomity. z kosciola w strumieniach deszczu za koniem pomaszerowalismy przez laki i niesamowite bloto pod tutejszy dom starcow (ktory jest taki sliczny, ze normalnie mozna przestac bac sie starosci, podobnie zreszta jak tutejszy dom dziecka, ale to temat na osobny wpis) dzieci odspiewaly jakis kolejny marcinowy przeboj, podzielily sie rogalami marcinowymi, jakis pan (chyba burmistrz) przeczytal historie marcina dla odmiany opowiadana z punktu widzenia konia i pochod ruszyl dalej do szkoly. w szkole bylo picie grzanca, pierniki i chleb ze szczypiorkiem, ktory dzieci zjadly szybciej niz pierniki. niezmiennie zadziwia mnie  dziecieca milosc do chleba ze szczypiorkiem. rodzice gawedzili sobie w szkolnej auli a dzieci bawily sie w berka na dworzu, dzieki czemu zabralismy do domu nie to dziecko, ktore wczesniej przygotowalam na swieto (biala czapeczka, bialy szalik, bladobezowy plaszczyk i nowiutkie czarne kozaki, loki opadajace na plecy) tylko cos w kolorze buro-brazowym, mokre i z zabloconymi wlosami. wszystko co bylo na malinie zostalo przed wejsciem do domu a malina zostala wrzucona do wanny, wymyta, wysuszona i nakarmiona. w lozku, resztka sil wyszeptala:

 – to byl bardzo udany dzien, prawda?

piatek jak co piatek.

 

z przodu warkocz francuski, z tylu loki, bluzka biala, spodniczka czarna, malenkie zlote serduszko i eleganckie buciki. malina ma dzis koncert u swojej pani od fortepianu, ktora mieszka  jednej z najpiekniejszych willi w okolicy. juz mialam gotowy makijaz i dopinalam spodnice, kiedy na moja glowe zwalily sie na raz (piatek, wiec coz mnie dziwi???) dwa wielkie projekty. na koncert poszli wiec we dwoje z tatusiem i pieknym bukietem kwiatow dla pani domu. maz na pocieszenie dodal, ze tak jest nawet sprawiedliwie, bo on wczoraj nie mogl byc na przedstwieniu, w ktorym malina byla bogiem, ale marne to pocieszenie. jestem taka wsciekla, ze lepiej by bylo gdybym poszla. i tak nie moge pracowac bo szlag mnie trafia morski.

za dwa miesiace malina wkroczy w druga dekade swojego zycia.

 

malina zawsze byla dobra uczennica. taka lepsza niz srednia krajowa, wiec ani nie miala samych jedynek ani nikt nie sugerowal mi zebym wyslala ja do jakiejs specjalnej szkoly dla geniuszy. na pianinie grala raczej „matematycznie”, ksiazki czytala niechetnie. i troche sie obawialam 4 klasy w ktorej trzeba osiagnac pewna srednia zeby moc isc do gimnazjum. czwarta klasa strasza sie wszystkie matki w niemczech, nawet moje znajome, wyluzowane polskie mamy z sobotniej szkolki, ktore radza szukac korepetycji, skupic sie na szkole i zrezygnowac z dodatkowych zajec, bo 4 klasa to koszmar a przeciez wiele od niej zalezy. testy, testy, stres.

na szczescie oprocz matki, malina ma ojca, ktory wzrusza ramionami i zapewnia, ze najwazniejsze w zyciu maliny jest to, ze mimo 10 lat wciaz wstaje z usmiechem na ustach i dzien zaczyna na wesolo bez wzgledu na pogode. reszta sama sie jakos ulozy, bo dziecko choc niezbyt pracowite, to jednak inteligentne i to wystarczy. wiec sie nie martwilam (zbyt czesto) i nie wywieralam na dziecku presji (zbytniej). mysle, ze to tez wplyw waldorf na nasze zycie. nawyki z przedszkola zostaly. i wcale nie chodzi mi o malinowe nawyki tylko o nas, doroslych, o nasz sposob myslenia, pozwolenie dziecku na bycie soba i nie przyspieszanie niczego. waldorf nie popedza.

i teraz czwarta klasa – w malinowej glowce cos zrobilo: „klik”. z trudnych testow przynosi same jedynki. przed testami siada sobie w fotelu i przeglada notatki, matematyczne prace domowe odrabia niemal bezblednie, szuka dodatkowych wiadomosci z geografii, muzyki, przyrody. codziennie gra na pianinie (ktore przed przeprowadzka w sumie mielismy sprzedac, zeby nie czula ze musi), wycwiczyla kolendy tak, ze moze je spiewac i sobie akompaniowac zupelnie bez mojej ingerencji, po piatkowej godzinie angielskiego wraca do domu i chce gadac po angielsku. czyta ksiazke za ksiazka. w ferie sama z siebie wziela sie za… francuski. fantazjuja z kolezanka o lacinie w gimnazjum, przepytuja sie z jakichs sentencji „errare humanum est” a imie kolezanki oznacza po lacinie fiolek. (mamusiu, czy to nie piekne? nazywac sie fiolek?)

co rano patrze jak pedzi do szkoly na hulajnodze i trzymam sie tego widoku dopoki nie zniknie za rogiem, bo za rok do szkoly bedzie jezdzila kolejka i pewnie juz nie bedzie chciala nosic tej pomaranczowej czapki z wielkim pomponem, ktory podskakuje przy kazdym kroku…


kosztowny jogging.

 

kolega. bardzo wesoly, dowcipny, dusza towarzystwa, otwarty. od ponad roku biega i z okraglego czlowieka zrobil sie calkiem proporcjonalny facet. ma zapal: slonce, ulewa czy deszcz – on biega. wzdluz pola biegnie, wzdluz laki a potem przez las.

i tak sobie dwa tygodnie temu biegnie jakby nigdy nic. na skraju lasu samochod. w samochodzie siedzi czlowiek z rurka w ustach a rurka prowadzi do rury wydechowej. okna podciagniete. kolega zobaczyl to i… zupelnie nieracjonalnie przestraszyl sie i uciekl. w amoku wpadl do domu. zadzwonil po policje. przerazona zona:

 – i tak go zostawiles?!

wiec on nogi za pas i biegnie ratowac. dobiega. facet ma opuszczone okienko, oddycha. nic mu nie bedzie. podjezdza policja. spisuje obu. wszystko bedzie ok. tylko… kolega bedze oskarzony o zaniechanie ratowania zycia, proces i bardzo wysoka kara pieniezna.

malinowa panienka

maz dzwoni z samochodu. malina odbiera telefon. tatus od razu przedstawia towarzysza podrozy, pana r. ktory tez slyszy rozmowe w glosnikach i malina wtedy wie, ze jest troche oficjalnie i nie mozna rzucac tekstow w stylu:

 – puscilam baka w sklepie i mama umarla ze wstydu.

malina prowadzi wiec grzecznie rozmowe na poziomie: a kiedy wrocisz? a w szkole dobrze. no i ide zaraz spac i zycze ci milego wieczoru. ale troche nie wytrzymuje z ciekawosci i dorzuca:

 – a pan r. to ten pan co jest zawsze taki elegancki?

pan r. to oczywiscie slyszy i odpowiada do mikrofonu:

 – o! dziekuje ci mloda panienko!

rozmowa sie konczy a zaczerwieniona malina smieje sie i smieje.

 – co ty sie tak smiejesz i smiejesz? – pytam.

 – bo pan r. tak do mnie powiedzial „mloda panienko”!!! a ja przeciez juz nie jestem taka mloda!

 

 

rozmowa (nie)konrolowana

 – zimno bylo jak cholera.

–  no zimno. w koncu listopad.

 – a swieczki zapaliliscie?
 – tak, ale wialo i gasilo ciagle.
 – a jurek byl?
 – no co ty. nie byl. ja tez niedlugo postalem. zimno bylo.
 – no listopad. wieje. u nas snieg jeszcze lezy.
 – u nas tez.
 – no zimno.
 – zimno.

– listopad. to normalne.

– normalne.

 

++++++++++++++++

 – ubralem sie, ogolilem i poszedlem na cmetarz juz rano.

 – rano?

 – rano.

 – to zmarzles.

 – zmarzlem.

 – a jolka przyszla? z krzysiem?

 – nikogo nie bylo. rano zimno. nikogo jeszcze nie bylo

 – jolka to popoludniu pewnie przyszla.

 – pewnie tak. z krzysiem.

 – bo rano za zimno.

 – za zimno.

 – wieje.

 – wieje.

+++++++++++++++++++

 – o jasia plyte sie potknelas?

 – nie. o grob obok.

 – i co? boli?

 – boli. teraz boli.

 – ale jak sie podknelas to nie bolalo?

 – nieeeee wiem. zimno bylo.

 – u nas snieg lezy. na plycie u jasia tez lezy?

 – nie lezy. nie ma juz sniegu, ale zimno kurwa jak nie wiem.

 – ale co, idziesz do lekarza?

 – do lekarza? ja?

 – no bo sie potknelas.

 – jak jutro bedzie bolalo to moze pojde.

 

+++++++++++++…………

 

rozpalilam male ogmnisko w ogrodzie i natchnelo mnie zeby zadzwonic do mamy. zamiast sygnalu w warszawie niemiecki telekom laczyl mnie z jakimis przypadkowymi rozmowami w polsce. moglam sluchac 3-5 minut rozmowy nieznanych mi ludzi i polaczenie konczylo sie sygnalem, ze zajete: piip. piip. piip. wykrecalam numer ponownie i ladowalam w kolejnej rozmowie. przy trzeciej pomysllam, ze to nie fair, ze tak sobie bezkarnie i anonimowo slucham ludzi, ktorzy nie maja pojecia, ze ich podsluchuje. halo? halo? ale nikt mnie nie slyszal. jacys obycy ludzie. nie wiadomo gdzie. na morzem? w krakowie? na mazurach? wysluchalam jakies 10 -12 rozmow. a wszystkie dokladnie o tym samym: zaduszki, cmentarz, zimno i ze ktos nie przyszedl, i snieg i wieje. ludzie wisza na telefonie, nic nie maja w sumie do powiedzenia. tak sobie chce ze soba troche pobyc i juz. nic wiecej.

czulam sie jak w srodku jakiejs ksiazki lub filmu o nieznanym tytule. albo jak duch. slucha, ale nie moze si wlaczyc do rozmowy.