bycie matka jest na poczatku szalenie intensywne a potem mozna stac i przygladac sie z boku od czasu do czasu odgrywajac role suflera.
z perspektywy czasu wydaje mi sie, ze caly przedszkolny etap malinowego rozwoju spedzilam nieustannie powtarzajac rozne formulki i zlote mysli, dobre rady sobieslawa zasady i madrosci na cale zycie: nie klam, jak ktos cie uderzy i ty oddasz to jestes tak samo winna, myj raczki przed jedzeniem, myj zabki, zaloz kalosze, jak cos cie zlosci to to powiedz, jak cie cos smuci to szczerze o tym porozmawiaj, cos jest straszne, ale jak powiesz mamie lub tacie to moze okazac sie wcale nie takie straszne, serwetka! wytrzyj buzie serwetka, nos chusteczka.
od kilku miesiecy mam wrazenie, ze malina bierze sprawy w swoje rece i genialnie zaczyna wyczuwac o co warto walczyc a co trzeba odpuscic. i w ten sposob skonczyly sie beznadziejne dyskusje na banalne tematy:
– umylas zeby?
– nie. umyje po sniadaniu.
– po sniadaniu TEZ mozesz umyc a teraz myj zeby miec swiezo w buzi.
– wole po sniadaniu…
albo:
– teraz sie pobawie, lekcje odrobie wieczorem.
– wieczorem bedziesz zmeczona. najpierw praca domowa, potem zabawa.
malina swietnie mnie rozpracowala i te glupoty, o ktore kruszylysmy kopie bez sensu wzajemnie sobie psujac humor zniknely z naszej codziennosci. „w zamian za to” mozna sie ubierac jak sie chce, nawet po zmierzchu bawic na dworzu, zapraszac kolezanki na nocowanie, co kilka dni piec adwentowe ciasteczka, choc adwent dopiero za tydzien. malina posegregowala sprawy na wazne i niewazne i szalenie mi tym imponuje. codziennie troche angielskiego, troche pianina, praca domowa zaraz po powrocie ze szkoly i obiedzie. caly ubiegly tydzien spedzilam w hamburgu. wracam. malina recytuje dlugi, skomplikowany wiersz o krolu zygmuncie do polskiej szkoly i prezentuje wlasnorecznie zrobiona korone, miecz (jak na warszawskim pomniku) i krolewski plaszcz.
wiem, wiem, niedlugo nadejdzie nastoletni huragan emocji, hormonow i innych plag, ale na razie jest niesamowicie i fajnie.
w sobote odbieram ja z polskiej szkolki. maszeruje razem ze swoja przyjaciolka, ktora spedzi u nas weekend. widze, ze przyjaciolka ma szkliste oczeta i buzie w podkowke i juz szykuje sie na jakas pocieszajaca mowe. moze kurcze woli do domu zamiast spac u nas? moze wlasnie zatesknila za wlasna mama jak mnie zobaczyla?
– a co ty taka smutna kochaneczko?
– …
– no powiedz, bo zimno jak nie wiem a ja nie mam pomyslu czemu taka smutna jestes.
– …
tu wtraca sie malina:
– ja tez nie wiem czemu jestes smutna, j.? czemu?
j.:
– bo pani powiedziala, ze jestem uparta!
– uparta – dziwie sie – a czemu jestes uparta?
– powiedzialam, ze to bylo w roku 1012. a pani powiedziala, ze nie, wiec znowu powiedzialam, ze 1012 a pani, ze co ja sie na ten 1012 rok uparlam…
i j. drga dolna warga, zaraz buchnie placzem.
– eee tam! no co ty! to taki zart! – pocieszam – tak sie mowi czasem po polsku zartobliwie: „co sie upartas” na cos… na przyklad jakbys codziennie nosila te sama bluzke to mozna powiedziec: co sie tak uparlas na te bluzke?
malina patrzy na mnie lekko oburzona, bo jej j. niemal placze a ja sie smieje. obejmuje j. i ja uspokaja:
– nic sie nie martw j. nastepnym razem poprostu porozmawiamy z pania i jej powiemy, ze nie mozna tak sobie zartowac, bo to moze komus sprawic przykrosc. jak ci ktos sprawil przykrosc, to powinnas mu o tym powiedziec. pani pewnie wcale nie wiedziala, ze ty przez to placzesz. – tlumaczy malina i glaszcze j. po warkoczyku.
j. wyciera zablakana lezke i wskakuje do samochodu i po sprawie. a ja? co ja moge dodac? nagadalam sie przez kilka lat przeciez. i hmmm cos tam zostalo w tej slicznej glowinie?