malinowe mikolajki.

 

 

malina napisala ten list, zakleila koperte i oddala w polskiej szkole zeby polecial do finlandii, do mikolaja. to byla czesc pracy domowej.

w domu poradzilam jej, ze jesli zalezy jej na tej martynce, to moze niech da znac babci, zeby ta z kolei pogadala z polskim mikolajem.

na co malina:

 – nie. lepiej nie. potem bede miala kazda ksiazke podwojnie.

czyzby wierzyla wciaz?

wczoraj wieczorem wystawila kolo wejsciowych drzwi buty na prezenty. pokrecilam glowa, ze chyba do takich duzych dzieci to juz mikolaj na mikolajki nie przyjchodzi… malina jednak postanowila na wszelki wypadek przygotowac kozaczki. rano moj maz przeszedl samego siebie. wybiegl z domu robiac wyrazne slady od drzwi do bramy, kolo bramy sankami zaznaczyl slady mikolajowych san, wrocil do domu piwnica i mocno trzasnal wejsciowymi drzwiami wolajac na gore:

 – malinaaa!!! szybko, mikolaj byl i wlasnie odjezdza!!!

malina wyskoczyla z lozka jak sprezyna, pobiegla do drzwi, ale mikolaj juz odjechal. zostaly tylko slady butow i san…

 – szkoda, ze nie zdazylam. no ale nic. i tak go spotkam dzis w szkole! pewnie juz pojechal do szkoly!

czyzby wierzyla wciaz?

 

 

malina samodzielna

 

poprzedni tydzien spedzialm w hh. wracam, mimo codziennych telefonow, wiele spraw toczy sie wlasnym torem. maz zdaje mi relacje i na koniec dodaje:

 – malina do polskiej szkoly zrobila sobei taka zolta czepeczke, ale nie wiem dokladnie o co chodzi.

czapeczke? natepnego dnia sprawdzam w czym rzecz. malina nauczyla sie na pamiec dlugiej, rymowanej kwestii i bezdzie krolem zygmuntem trzecim waza. z patykow brzozowych w ogrodzie zmontowala krzyz miecz jak to widziala na kolumnie na warszawskiej starowce, dluga czerwona koszula nocna jest krowlewska szata  a plaszczem/peleryna moj czerwony fartuch od dirndla (nie wiem czy niemiecki fartuch nie uwlacza polskiemu krolowi, ale daje spokoj). malina wyglada jakby zeszla prosto z kolumny zygmunta a recytuje jak sam mickiewicz. w sobote bedzie zygmunt jak ta lala i nie w czapeczce (maz juz dostal bure od nas obu) tylko w koronie. korona jest nawet uwienczona krzyzykeim!

a dzis przy usypianiu malina pyta czy jutro moze zalozyc te ozdobna spodnice czarna na halce w serduszka. moze, ale po co? jutro maja akademie mikolajkowa i malina wita mikolaja, jest jakby „prowadzaca” i recytuje powitalny wiersz dla mikolaja. bedzie burmistrz i jacys wazni goscie. oj! pierwsze slysze! czemu nic nie powiedziala?

nie powiedziala nic, bo ja mialam tyle pracy a ona i tak juz umie na pamiec wszystko i jest gotowa, wiec nie chciala mi zawracac glowy.

 

moje samodzielne dziecko.

 

wlasnie mi sie po glowie tlucze czy jednak nie zlapac jakichs ostatnich chwil z jej dziecinstwa…

 

 

tesciowe raz jeszcze, ale na wesolo.

 

w mezu tez emocje ubudzily sie jakos pozniej. tak pozno, ze dopiero nastepnego dnia. postanowil zadzwonic do swojej matki i jej uswiadomic, ze takie teksty u nas w domu sa niemile widziane.

 – e daj spokoj. bedzie afera na swieta a i tak to nic nie zmieni. – pokrecilam glowa i tak jakos zeszlo nam na rozne historie z przeszlosci. tesciowa to, tesciowa tamto. tesc to swiety czlowiek. az nagle nam sie przypomnialy 60 urodziny tescia, ktore zorganizowanlismy lacznie z urodzinami mojej szwagierki (siostra meza). bylo wielkie garden party na ponad sto osob. rodzina, znajomi, dwie generacje i male dzieci i swietna zabawa. wsrod licznych gosci znalazl sie nawet byly narzeczony mojej szwagierki, ktorego odejscia cala rodziona do dzis nie moze odzalowac, bo moj szwagier to straszne kluchy z olejem i oczywiscie wine za ich dziwne zycie i wieczne niezadowolenie zrzuca sie na niego, bo nie na nia przeciez. na tym przyjeciu moj wzruszony tesc wzniosl dziekczynny toast i wsrod wielu gosci, ktorych wymienil z imienia byl tez wlasnie niedoszly ziec, nazwany oficjalnie w tej krotkiej przemowie: „wymarzonym ale niestety niedoszlym zieciem”. na szczescie gafe zauwazyla tylko garstka gosci, bo wszyscy byli juz w szampanskich humorach a prawdziwy ziec zdaje sie wlasnie w kibelku. wiec i moj „zloty” tesc to niezle ziolko. moj maz rozlozyl wczoraj rece:

 – co mam zrobic. takich mam rodzicow. tego nie da sie zmienic.

 – eeee nie martw sie! – stuknelam do meza kieliszkiem wina –  moja mama zdecydowala sie u nas spedzic swieta. jeszcze trzy tygodnie i dostanie ci sie z nawiazka! bedzie po rowno a moze nawet gorzej!!!

 

 

adwentowy wpis o tesciowej.

adwent chcialam miec w tym roku bordowy. wypatrzylam sobie obrus lniany bordowy przetykany pomarancza i rozem. do tego wieniec caly w bieli, biala gruba swieca w srodku, zamiast czterech na kazda niedziele. niestety obrus sie wyprzedal i moglam sobie kupic taki sam tylko grafitowy przetykany bezem. jeju jaki piekny.do tego kupilam gruba grafitowa swiece a w domu wieniec przybralam tylko czerwonymi jabluszkami i a malina ciasteczkami wlasnego wyrobu. na parawanie udrapowane choinkowe galazki i bluszcz i 24 woreczki pelne maciupkich niespodzianek. popoludniu zaprosilismy tesciow na adwentowy obiad. kaczka, czerwona kapusta z kasztanami, ziemniaczane puree z truflami a na przystawke kilka lykow kartoflowej zupy ozdobionej cieniutka skwarka z boczku. malina wystrojona, w domu pachnie i jest przez chwile tak pieknie, ze dech zapiera. maz wyciaga z zakatkow piwnicznych ciezkie wino, tesciowe przynosza pyszny riesling z bombelkami i adwent rozpoczynamy jak sie patrzy! i juz mogloby sie zdawac, ze przebrnelismy przez te wizyte bez zgrzytow i calkiem milo, kiedy w trakcie angdotek o naszych pierwszych wspolnych samochodach, ktore trzeba bylo popychac, ciagnac a ogrzewanie najlepiej funkcjonowalo latem, tesciowa zwaraca sie do maliny:

 – a wiesz, zanim tata poznal mame to mial narzeczona. i kiedys przyjechali…

i tu nastepuje historyjka w wykonaiu tesciowej, ktora nie czuje, albo nie chce czuc, ze nikomu przy stole akurat taka historia zupelnie nie pasuje. tesciowa dociera do pointy i oczekuje rozesmianej maliny, zamaist tego zalega cisza, ktora przerywa malina z oczyma jak spodki w strone taty:

 – to ty miales jakas narzeczona?…

malinowy idealny swiat potknal sie w swoim codziennym ruchu jakby stala sie jakas wielka rzecz. malina zna tysiace romantycznych historii z naszego zycia, ktore moze sluchac na okraglo i nigdy jej do glowy nie przyszlo, ze poza nami ktos tam jeszcze mogl byc. urodzila sie, jak bylismy ze soba juz 10 lat i poprzednie znajomosci niemal zupelnie zniknely z naszej orbity, a teraz po 20 latach to juz w ogole… tatus pokrecil glowa:

 – ach to bylo tak dawno, ze juz nawet nie wiadomo o kogo chodzi.

 – mamusiu a ty tez mailas jakiegos narzeczonego?

 – ahhh – smieje sie – mowialam ci juz kiedys rozne osoby mi sie podobaly, ale juz nawet dobrze nie wiem kto! – czy ja musze o takich rzeczych gadac przy tesciach?

ciezka atmosfere przy stole i zdezorientowana maline tesciowa skomentowala jeszcze: no co? takie jest zycie!

i tak z sielsko, cudownie nieralnie kiczowatej niedzieli adwentowej zrobilo sie zwyczajnie i jak zwykle zmuszalam sie konca wizyty na letni usmieszek, unikalam wzroku tesciowej i powtarzalam sobie w duchu, ze przeciez jest matka tego genialnego faceta i tylko to sie liczy.

 

dopiero poznym wieczorem w wannie wkurzylam sie na babsko, bo mi sie wszystko przypomnialo. przerobilam 10 wersji cudnie zlosliwych odpowiedzi, ktore oczywiscie nie przyszly mi do glowy przy stole i tak wkurzona poszlam spac.

poczatek grudnia jak zawsze.

 

cisnienie wzrasta. jeszcze 25 dni do wigilii. jestem w lekkiej panice, ale to pomaga mi sie lepiej koncentrowac na zadaniach, ktore koniecznie musza byc „odhaczone” w ciagu tych 4 tygodni. na wczorajszej wywiadowce pani potwierdzila niemal wszystko co mysle o mojej corce i tylko w jednym sie lekko pomylila mowiac: „podziwu godna jest zyczliwosc i radosc z jaka malina wychodzi to innych dzieci. nie obraza sie, nie smuci, nie ma atakow agresji. stoi ponad podzialami, co w tym wieku jest bardzo trudne. weszla w srodowisko obcych bez wyjatku dzieci a jest zaklimatyzowany jakby chodzila do tej szkoly od poczatku” pani nie musi wiedziec, ze malina kilka sytuacji niezle odchorowala w domu a ja nawet obawialam sie, ze padla ofiara mobingu. w domu wlaczyla mi sie lampka awaryjna. gadalysmy codziennie, odgrywalysmy role: „jak ona powie tak, to ty powiesz…” taki szybki kurs bycia pyskata dziewczynka. po raz kolejny przekonalam sie w zyciu, ze osoby TYLKO mile postrzegane sa jako slabe i naiwne. nawet wsrod dzieci. kryzys minal niezauwazony przez nikogo. jest szczegolowo opisany jako przestroga na przyszlosc. a malina w imie „co nas nie zabije to nas wzmocni” maszeruje wesolo po szkolnym dziedzincu otoczona kolezankami, ktore nauczyly sie ja szanowac, bo nie dala sobie pluc w kasze. pani w szkole powiedziala, ze taki stan potrwa jeszcze przez dwa trzy lata a wiec tez w gimnazjum. dzieci obserwuja sie wzajemnie, doszukuja slabych punktow by nastepnie celowo w te punkty atakowac. wciaz mysle o tym i zastanawiam sie czy rzeczywiscie tak musi byc. rozmawialam z poprzednia wychowawczynia maliny. w porzredniej szkole dziewczynki sa na tym samym etapie. zlosliwe, obrazalskie, jednego dnia swiata za soba nie widza, drugiego malo sobioe oczu nie wydrapia. boli mnie brzuch jak o tym mysle. sama bylam wiecznie grzecznym czlowiekiem i dopiero jako dorosla zrozumialam, ze tylko mala czastka ludzi przyglada sie nam uwaznie i zastanawia kim jestesmy, wiekszosc przyjmuje znane sygnaly: wyglad, mundur czyli przbranie dajace jednoznaczna informacje (czy to mundur strazaka, czy garsonka, czy czapka na lysinie noszona caly rok, teraz doszedl jeszcze mundur hipster), stanowczosc, agresja, wyrazne „nie”. kiedys pewien pan (ktory teraz slynie w mediach ze zlego wychowania) powiedzial, ze moje dobre wychowanie bedzie mi zawsze stalo na drodze do kariery. dopiero teraz, na starosc dalam sobie ze soba rade. wolalabym, zeby malina udalo sie to wszystko wczesniej. w zasadzie wlasnie sie jej tu udaje.

 

czeka mnie kilka wigilii – maraton imprez, patetycznych kolacji, na ktore musze niestety polatac samolotem, wiec sie wcale nie moge na nie cieszyc, rozne imprezy mikolajkowo-malinowe, kalendarz adwentowy (zupelnie niegotowy!), prezentow 0, szybki remont drzwi do piwnicy po wlasnorecznym wlamaniu (wyszlysmy z malina bez klucza), wieniec adwentowy i kolacja dla tesciow, weihnachtsmarkt obowiazkowy, bo malina bedzie siedziala w zywej szopce jako maryja, przedstawienie w szkole (malina ma witac mikolaja, pozostale dzieci grac), koncert w szkole wigilijny – malinowe granie fortepianie, moja mama waha sie czy przyjechac na swieta (nie rozmawiamy w zasadzie od maja, ale nie umiem jej nie zaprosic) a my wahamy sie co zrobic ze swietami i nie mamy ani chwili na zastanowienie sie i zrobienie planu.

 

polki w polsce tego nie zrozumieja.

ale polki na obczyznie owszem!

weszlam do sklepiku na tylach gospodarstwa rolnego. sklepik w sutereni, piwniczny chlod i jesienny zapach warzyw. zobaczylam kiszona kapuste w beczce, sporbowalam i oszalalam. normalnie jak u mojej babci 40 lat temu. kwasna, ale chrupiaca, chlodna i pyszna. kupilam caly worek. i teraz kurzce sama nie wiem. podgryzam ciagle na surowo z miseczki obok kompa. chyba ugotuje ja z suszonymi prawdziwkami. a moze kapusniaczek?

jak bylam w wieku maliny, to ze szkoly wracalam opboz bazarki i kupowalam sobie(moze za 25 groszy? sama juz nie wiem) cwierd deko takiej kapusty. pani zwijala z szarego papieru tutke, wrzucala don te troche kapusty i zanim doszlam do domu sciskalam w garsci ten szary papier przesiakniety kapuscianym sokiem. moglam sobie kupic loda, drozdzowke czy jakas inna dziecieca przyjemnosc. wolalam kapuste. i tak wlasnie mi zasmakowala ta kapusta… wspomnieniem mojego dziecinstwa.

 

polki zagranica wiedza o co chodzi. w niemczech na przyklad w kazdym markecie jest kilka rodzajow kapusty i zadna nie smakuje. albo kapusta w puszkach. no kto to slyszal!!!

 

 

ps: no niechby mi tylko malina worcila do domu za takim mokrym szarym papierem. fuj!



malinowa pomysl na zycie: selekcja.

bycie matka jest na poczatku szalenie intensywne a potem mozna stac i przygladac sie z boku od czasu do czasu odgrywajac role suflera.

z perspektywy czasu wydaje mi sie, ze caly przedszkolny etap malinowego rozwoju spedzilam nieustannie powtarzajac rozne formulki i zlote mysli, dobre rady sobieslawa zasady i madrosci na cale zycie: nie klam, jak ktos cie uderzy i ty oddasz to jestes tak samo winna, myj raczki przed jedzeniem, myj zabki, zaloz kalosze, jak cos cie zlosci to to powiedz, jak cie cos smuci to szczerze o tym porozmawiaj, cos jest straszne, ale jak powiesz mamie lub tacie to moze okazac sie wcale nie takie straszne, serwetka! wytrzyj buzie serwetka, nos chusteczka.

od kilku miesiecy mam wrazenie, ze malina bierze sprawy w swoje rece i genialnie zaczyna wyczuwac o co warto walczyc a co trzeba odpuscic. i w ten sposob skonczyly sie beznadziejne dyskusje na banalne tematy:

 – umylas zeby?

 – nie. umyje po sniadaniu.

 – po sniadaniu TEZ mozesz umyc a teraz myj zeby miec swiezo w buzi.

 – wole po sniadaniu…

albo:

 – teraz sie pobawie, lekcje odrobie wieczorem.

 – wieczorem bedziesz zmeczona. najpierw praca domowa, potem zabawa.

 

malina swietnie mnie rozpracowala i te glupoty, o ktore kruszylysmy kopie bez sensu wzajemnie sobie psujac humor zniknely z naszej codziennosci. „w zamian za to” mozna sie ubierac jak sie chce, nawet po zmierzchu bawic na dworzu, zapraszac kolezanki na nocowanie, co kilka dni piec adwentowe ciasteczka, choc adwent dopiero za tydzien. malina posegregowala sprawy na wazne i niewazne i szalenie mi tym imponuje. codziennie troche angielskiego, troche pianina, praca domowa zaraz po powrocie ze szkoly i obiedzie. caly ubiegly tydzien spedzilam w hamburgu. wracam. malina recytuje dlugi, skomplikowany wiersz o krolu zygmuncie do polskiej szkoly i prezentuje wlasnorecznie zrobiona korone, miecz (jak na warszawskim pomniku) i krolewski plaszcz.

wiem, wiem, niedlugo nadejdzie nastoletni huragan emocji, hormonow i innych plag, ale na razie jest niesamowicie i fajnie.

 

w sobote odbieram ja z polskiej szkolki. maszeruje razem ze swoja przyjaciolka, ktora spedzi u nas weekend. widze, ze przyjaciolka ma szkliste oczeta i buzie w podkowke i juz szykuje sie na jakas pocieszajaca mowe. moze kurcze woli do domu zamiast spac u nas? moze wlasnie zatesknila za wlasna mama jak mnie zobaczyla?

 – a co ty taka smutna kochaneczko?
 – …

 – no powiedz, bo zimno jak nie wiem a ja nie mam pomyslu czemu taka smutna jestes.

 – …

tu wtraca sie malina:

 – ja tez nie wiem czemu jestes smutna, j.? czemu?

j.:

 – bo pani powiedziala, ze jestem uparta!

 – uparta – dziwie sie – a czemu jestes uparta?

 – powiedzialam, ze to bylo w roku 1012. a pani powiedziala, ze nie, wiec znowu powiedzialam, ze 1012 a pani, ze co ja sie na ten 1012 rok uparlam…

i j. drga dolna warga, zaraz buchnie placzem.

 – eee tam! no co ty! to taki zart! – pocieszam –  tak sie mowi czasem po polsku zartobliwie: „co sie upartas” na cos… na przyklad jakbys codziennie nosila te sama bluzke to mozna powiedziec: co sie tak uparlas na te bluzke?

malina patrzy na mnie lekko oburzona, bo jej j. niemal placze a ja sie smieje. obejmuje j. i ja uspokaja:

 – nic sie nie martw j. nastepnym razem poprostu porozmawiamy z pania i jej powiemy, ze nie mozna tak sobie zartowac, bo to moze komus sprawic przykrosc. jak ci ktos sprawil przykrosc, to powinnas mu o tym powiedziec. pani pewnie wcale nie wiedziala, ze ty przez to placzesz. – tlumaczy malina i glaszcze j. po warkoczyku.

j. wyciera zablakana lezke i wskakuje do samochodu i po sprawie. a ja? co ja moge dodac? nagadalam sie przez kilka lat przeciez. i hmmm cos tam zostalo w tej slicznej glowinie?

 

 

 

lubi, nie lubi.

 

od dziecka staralam sie zeby lubil mnie kto moze. najlepiej wszyscy. pamietam to uczucie doroslosci, wolnosci i jakiegos nieokreslonego spelnienia i spokoju, kiedy poczulam, ze rownie dobrze moge zyc z tym, ze niektorzy mnie nie lubia. to bylo gdzies tak kolo 40-dziestki.

naczekalam sie na to z pol zycia.

 

okna

 

kiedy jade przez monachium, ciesze sie, ze mieszkamy poza miastem. tutaj w hamburgu mialabym chyba odwrotnie. wieczorem, miasto rozblyskuje tysiacem przepieknych okien, nie znam innego miasta z tak cudownymi oknami, uwielbiam w nie zagladac.

 

niezaleznosc

 

najlepszy związek to taki, w którym wzajemna miłość przeważa nad wzajemną potrzebą. powiedzial dalaj lama.

 

wokol nas rozpadaja sie zwiazki, co to moznaby stawiac za przyklad w ksiazkach z obrazkami.

 

czy tak trudno jest sie nie opuscic az do smierci?

jesli postawilo sie na uklad, trudno. na milosc, chyba sa jakies szanse.