dzis 4-klasisci otrzymuja cos w rodzaju listu polecajacego. pisemny opis ucznia i jego osiagniec z trzech przedmiotow, ktorych srednia za trzy miesiace pozwoli im isc do gimnazjium, realschule albo hauptschule. dumni rodzice chcieliby dla swoich dzieci gimnazjum. i zaczyna byc nerwowo. jeszcze rok temu liczylam sie z tym, ze malina nie bedzie miala wystarczajaco wysokiej sredniej. z matematyka bylo jej ciezko, niemiecki dobrze, ale nie genialnie, malina niechetnie czytala, a na hsu (taka mieszanka, biologii z geografia, nauka o srodowisku) brakowalo jej cierpliwosci. referat o zwierzetach super, ale klasowka o pradzie juz tylko srednio. uwazam, ze w podstawowce nie ma co myslec o korepetycjach. kto sobie teraz nie daje rady nie powinien isc do gimnazjum, bo tu w gimnazjum jest naprawde ciezko, duzo nauki, wysokie wymagania a dzieci przeciez wciaz male. no i mniej wiecej rok temu cos w malinowej glowie przeskoczylo a my – „wytresowani przez waldorf” – tylko sie temu przygladamy z boku. malina ma mozliwosci, ale nic nie musi. moze dlatego sama wziela sie za czytanie, cwiczy matematyke, interesuje sie hsu. podczytuje latwe ksiazki po angielsku. w tym roku zbiera same najlepsze stopnie. na moje rozterki czy gimnazjum nie zmarnuje malinowego dziecinstwa, pani pokrecila glowa, ze malinie wszystko przychodzi latwo i gimnazjum nie bedzie dla niej obciazeniem. no zobaczymy. malina jako jedyna w klasie spedzila dwutygodniowe ferie swiateczna na jezdzeniu na nartach, lezeniu gdzie sie da z ksiazka i malowaniu. wszystkie kolezanki przynajmniej godzine dziennie cwiczyly matematyke albo gramatyke, ortografie czy inne licho. na pytanie, czy naprawde nic nie musiala sie uczyc, malina odpowiedziala:
– moi rodzice zabraniaja mi sie uczyc w ferie.
no tacy jestesmy okropni. waldorfska schiza. strasznie jestem ciekawa co dzis malina przyniesie ze szkoly.