w domu

 

hamburg-kitzbühl-hamburg. po trzech tygodniach jestem w domu i normalnie jakbym wrocila na ziemie obiecana. jakby mnie pol roku nie bylo. ciesze sie wlasna wanna, wlasnym lozkiem, wlasna kawa, wlasna sofa, sniegiem w ogrodzie spacerem do piekarni.

czy warto?

 

pamietam jak odkrylam dzienniki. lezalam w lozku ciezko chora i nagle znalazlam mnostwo ludzi gadajacych po polsku a niektore osoby nawet z niemiec. wpadlam jak sliwka w kompot. mija chyba 8 a moze 9 lat. nie wiem dokladnie. przez te lata wciaz obiecuje sobie skopiowanie dziennikow, bo jest tam duzo z malinowego zycia. jakos nigdy nie moge sie zebrac. tak samo z tym blogiem. przez te wszystkie lata kilka osob polubilam, kilka znielubilam a mniektore nicki myla mi sie do dzis i nie kojarze kto jest kim. kilka osob poznalam w realu. innych nie spotkalam nigdy, bo sie jakos nie zlozylo a niektorych nie chcialabym spotkac zeby nie wiem co. po dziennikach byly drugie dzienniki a potem blox. i tak nieprzerwanie raz lepiej, raz gorzej, raz intensywniej, raz z dystansem.

kilka dni po smierci wandy poczulam, ze era dziennikowo – blogowa mija. dla mnie mija. jej smierc jak papierek lakmusowy pokazala mi jakosc internetowego swiata. potem krotko przed bozym narodzeniem umarl maz jednej z dziennikowiczek w dts. ktos poprosil o dzien milczenia i nie pisania o dupie maryni na znak solidarnosci z nagle owdowiala kolezanka, rodzaj internetowej zaloby. ktos inny ironicznie zapytal czy moze zmienic szate graficzna na bialo czarna na jeden dzien i zeby nie przesadzac.

internet daje zludzenie bliskosci ale jest to tylko fatamorgana. wiekszosc osob, z ktorymi regularnie dzielimy nasze przemyslenia, troski i radosci jest zwyczajnie obcych i w normalnym zyciu nie zamielnilibysmy z nimi kilku zdan. to jest fascynujace w tej internetowej demokratycznej przestrzeni, ale tez zmusza do refleksji, czy warto spedzac tyle czasu w swiecie, ktorego… nie ma.

 

malinowe zabki.

 

malina ma zeby po mnie. to znaczy mleczaki miala sliczne i malutkie a teraz ma wielkie lopaty. ja w jej wieku przestalam sie usmiechac, bo strasznie sie wstydzilam tego garnituru, ktorego nie powstydzilby sie zaden kon. malinie natomiast to zupelnie nie przeszkadza, malina smieje sie ciagle, jesli akurat nie jest obrazona. w zasadzie na kazdym zdjeciu najpierw widac malinowe zeby, potem dlugo nic a potem maline. w dodatku zabki wstaja troszke do przodu. wczoraj zaliczylysmy pierwsza wizyte u ortodonty. rentgen, odciskanie szczeki gornej, dolnej, zdjecie. wracamy, malina jakas niezadowolona.

 – martwisz sie? przeciez marzyla ci sie klarmra na zeby?

bo z niewiadomych powodow taka klamra to jest teraz bardzo cool wsrod dzieci.

malina kreci glowka:

 – nie, nie. fajnie z klamra… ale juz nie bede taka wiewiorka, co?

 

 

malinowi rodzice hetero.

na szczescie niemcy nic nie pisza o polskich sejmowych perypetiach dotyczacych wolnych zwiazkow, ktore zamienily sie w klotnie o zwiazkach homoseksualnych. w niemczech glosno o manifestacjach we francji dotyczacych miedzy innymi pozwoleniu parom homoseksualnym na adopcje dzieci. mimo braku telewizora, malina jest jakos zawsze zorientowana w sytuacji na swiecie i tu prosze sprawa ja zaciekawila. wybralysmy sie wczoraj po zlote rajstopy na bal maskowy (malina bedzie sloncem, ktore w dodatku po niemiecku jest kobieta! a nie mozna byc sloncem bez zlotych rajstop, prawda?)

i tak zagaila:

 – a pamietasz jak mi opowiadalas, ze s. z berlina zamiast zony ma meza? czy to prawda, czy tylko tam mowilas?

 – prawda. nawet maja slub.

  – myslalam, ze tylko mezczyzna i kobieta moze wziac slub.

 – w niektorych krajach moze tez mezczyzna z mezczyzna i kobieta z kobieta. we francji ludzie manifestuja teraz, zeby takie pary mogly adoptowac dzieci.

 – co to znaczy manifestuja?

tu wykonuje krotka prezentacje pt: „manifestacja, powody, skutki, konsekwencje, przyklady”

 – aha. a ty bys tez manifestowala? chyba nie, bo masz meza mezczyzne?

 – tam manifestuja tez…  – szybko skanuje mozg, zeby nie uzyc slowa „normalne” – tacy ludzie jak my, tacy, ktorzy zwiazali sie z kims z plci przeciwnej, ale nie maja zupelnie nic przeciwko temu, ze ktos moze czuc i chciec inaczej…

 – ja tez nie mam nic przeciko temu, ale mimo wszytko to nie dla mnie. – kreci glowa malina.

 – nie? nie chcialabys miec dwoch mam? albo dwoch tatusiow?

 – nie. ja wole miec tak jak mam. mame i tate. silnych rodzicow.

 – silnych?!

–  tak. tatus ma silne miesnie. mama ma silny charakter.

 

 

 

 

malinowa przyjazn.

malina przechodzi rozne fazy lubienia i nielubienia sie z kolezankami w klasie. co i raz ktos jest przyjaciolka a ktos wrogiem. trudno o stan posredni. biale albo czarne. emocji moc. wiec ciagle rozmawiamy o milosci, o przyjazni. wczoraj tez.

 – mamusiu, kto jest twoja najwieksza przyjaciolka?

 – no przeciez wiesz: a. i s.

 – aha. a przyjacielem?

 – tatus.

 – a taka mala najlepsza przyjaciolka?

 – masz na mysli siebie?

 – mhm.

 – ty jestes moja coreczka. my nie jestesmy przyjaciolkami i nie bedziemy. jestesmy mamusia i corka. to znacznie wiecej niz przyjazn.

 

 

 

z malina przed ekranem.

 

film ice age 4 – rozrywka ponarciarska na niedzielny wieczor. z malina 10-letnia.

tu w niemczech dozwolony od 0 lat. sprawdzilam dwa razy. tak: 0.

film bez ograniczenia wiekowego. wyobrazam sobie, ze ktos idzie na to do kina z… no powiedzmy z 5 latkiem i to w wersji 3 d.

czy moje swiete oburzenie ma jakiekolwiek znaczenie? czy mam jakiegos wspoltowarzysza w tym oburzeniu, czy jestem zwyczajnie przewrazliwona?

 

malinowe stopnie.

test z matematyki. taki troche trudny, bo i mnozenie i kilogramy, litry, gramy i cuda niewidy. czasem, jak pani jest szybka, to stopnie sa juz nastepnego dnia. troszke watpie w powodzenie i troche mi szkoda, ze takie sliczne „polecajace” swiadctwo pewnie z lekka zmieni poziom po tej klasowce. tak, tak. do maja to sie jeszcze dizo moze zmienic. czyzbym dostawala ogolnie znanej w naszej klasie schizy z powodu stopni? a razie gotuje rosolek (dlaczego ja dotad nie wpadlam na pomysl wyslania listu do janoscha z podziekowaniem za wprowadzenie rosolku do historii o misiu i tygrysku, dzieki czemu moje dziecko uwielbia roslek, moja znienawidzona zupe z dziecinstwa?), mieszam a przez okno widze jak ze szkoly wraca moja zaroweczka. spodnie sniegowe lila, kurtka ostro rozowa, czapka wsciekly pomarancz. nie mozna jej przegapic. gdyby szla sciezka, to juz bym po kroku i ramionach poznala czy bylo fajnie czy nie, ale malina brnie porze lake w sniegu powyzej kolan. razem z sasiadem tak sobie brna i sie mecza. w koncu malina staje w drzwiach. resztkami silnej woli witam ja serdecznie zamaist wolac: no i co? co dostalas z matematyki? a malina wesolo przytupuje w ganku i wola:

 – mamusiu, mamusiu, jaka ja mam dla ciebie wiadomosc!!!

o rety. chyba dobrze z ta matematyka?

 – jaka?

 – no wyobraz sobie, ze z plywania zbaka mam jedynke, z nurkowania mam jedynke a ze skakania do wody?… tez  j e d y n k  e!!! super, coooo?????!!!!

i malina w szczesciu wbiega do kuchni a z nia caly snieg z calej laki. ale nie moge jej strofowac, takiej szczesliwej plywaczki, nurka i w ogole. wysciskujemy sie do woli i wysylam dziecko zeby sie przebralo. sama dalej gotuje rosolek i gryze sie w jezyk, zeby nie zawolac: – a z matematyki??? macie juz oceny?

malina zasiada do obiadu, probuje dyskutowac o pogodzie, o kolezance co zaraz przyleci z wyzyta, ale w koncu nie wytrzymuje:

 – a co z tym testem z amtematyki? pani b. pewnie jeszcze nie zdazyla sprawdzic?

przez twarz maliny przebiega cien. kurcze, pewnie chciala zagadac temat, pewnie dostala 6, jej srednia ocen natychmiast sie orzez to zaniza i malina zamiast do gimnazjum pojdzie sprzatac ulice albo co?

 – mmmm z matematyki…. … … no pani nam oddala te testy ocenione. ale nie moge ci go pokazac.

o kurcze, czarno widze malinowa przyszlosc.

 – eee tam, pewnie, ze mozesz!

 – nie moge, bo pani im nach nie dala. i. jest chory i dopiero pozniej bedzie go pisal i pani na odda do domu jak i. napisze swoj test.

 – rozumiem. no i – nie zapominajmy, ze w gruncie rzeczy w zyciu mialam byc aktorka, tak?  ton mojego glosu jest wiec lekki, beztroski jakbym pytala o cene bananow – no i co doslalas?

 – jedynke. i wyobraz sobie, ze nie mam dzis zadnej pracy domowej! – malina przeslizguje sie na tej informacji jak po zamarznietej kaluzy.

 – a no to fajnie. – wstaje po deser i mysle, ze jednak mam schize.

malina prywatkowa.

 

malina zdaje babci telefoniczna relacje z piatkowego przyjecia urodzinowego:

 – (…) i jadlysmy raclette z cebula i z czonskiem. jak przyszlam do domu to mamusia nie mogla uwierzyc, ze tak smierdze i przed ISCIEM do lozka umyla mi wlosy. nic nie pomoglo. nawet dzisiaj dalej smierdze.

 

w nic nie wierzcie.

 

 

kochane moje, jesli ten wpis ponizej pokazuje mnie jako wyluzowana matke, ktorej tylko zdrowie dziecka lezy na sercu, to to chyba jest zmylka. jedna wielka zmyla. 

malina wrocila ze szkoly z lista samych jedynek i jedna dwojka z matematyki (gdzie do jedynki zabraklo jej 1 punktu) i 100% poleceniem do gimnazjum. zjadlysmy pomidorowe i torcik wedlowski, malina wystroila sie jak na odpust i poszla na urodziny do kolezanki (kregielnia, raclette i nocleg). wyszla? wyfrunela. a ja sie poryczalam. wiec jednak to jest kurcze wazniejsze niz mi sie wydawalo. jestem taka sama histeryczka jak inne matki. amen.