weekend bezmalinowy

 

 

bezdzietny weekend: malina spedzila weekend u przyjaciolki. szykowala sie nan trzy dni i trzy noce nie spala z wrazenia. odkad malina sie urodzila, bylismy moze z 10 razy na kolacji lub w kinie ot tak. bo byla babcia z wyzyta, albo my bylismy z wizyta u dziadkow, raz bylismy kilka dni w spa, ale poza tym jedyny czas bezmalinowy to obowiazki sluzbowe. taki weekend to absolutna nowosc i zwariowalismy, bo zupelnie nie moglismy sie zdecydowac co z tym czasem we dwoje zrobic. do kina, do teatru, do nikad, rowerem, samochodem, na spacer, do spa, do restauracji, na taras?

bylo swietnie! i pojedlismy i poleniuchowalismy i poszlismy do kina i wroclismy po polnocy i zamaist skradac sie po schodach glosno gadalismy to podziwiajac to oburzajac sie na film. bylo tak fajnie, ze jak malina dzis wrocila bladziutka i podkrazonymi oczkami (tak. tak. poszly spac o 1 w nocy) to nas chwycily wyrzuty sumienia.

– chcesz na lody? chcesz na rower? chcesz ulubiony obiad?

wzielismy maline w obroty tak, ze pod koniec rowerowej wycieczki dziecko padlo i piechota dopchnelo swoj wehikul do domu. ulubionego obiadu nie dala rady zjec i poszla spac. no i dobrze, bo bysmy ja wykonczyli:-)

 

potworna malinowa praca domowa

 

malina przygotowuje prace domowa do polskiej szkoly:

 – musze przygotowac na jutro wiersz.

 – a jaki?

 – potwór taty.

 

 

 

************************************

 

 – od jutra zaczynamy nowa lekture!

 – jaka?

 – jan pawel drugi.

 – tak? to ty nic nie przeczytalas. w ogole nie wiedzialam, ze jest taka lektura.

 – no jest. jutro mam zabrac do szkoly.

malina biegnie na gore i przynosi ksiazke: krol macius pierwszy.

 

przyslosc swietlana jak fatamorgana.

 

wlasnie wrocilam z fajnej kolacji. (jadlam tylko czerwone mieso w ramach walki z anemia) spotkalam sie z mlodziutkim rezyserem, ktory wlasnie zrobil dyplom i moja misja specjalna jest wytlumaczenie mu, ze nasza firma jest jego jedyna szansa. korzysci beda obopolne, przyszlosc swietlana. bardzo mile sa takie spotkania z mlodymi ludzmi. niedawno mialam wyklad dla studentow monachijskiej filmowki. czlowiek rzuci kilka wyswiechtanych frazesow z dnia codziennego a ci mlodzi ludzie otwieraja usta w zachwycie i powiadam wam ze nie ma lepszego lachotania wlasnej proznosci niz wlasnie ten szczery podziw w oczach sluchajacych. przez chwile nawet czlowiek przestaje sie martwic staroscia. i dzis znow tak bylo, wiec naprawde bylo mi milo tak ze caly czas mialam serdeczny odruch szczerego poklepania tego chlopaka po plecach: kochany, poki jestes mlody, naucz sie czegos porzadnego, jeszcze zdazysz, bo bycie rezyserem w naszych czasach to ostatni zawod jaki ci polecam.

ale oczywiscie roztoczylam przed nim perspektywe pieknej kariery i opowiedzialam o drodze ktora wspolnie (z nasza firma) pojdziemy siegac po gwiazdy.

 

ps1: poniewaz na moj bolacy krzyz nakleilam sobie plaster abc i zalozylam sukienke z welny, to myslalam, ze sie w tej restauracji ugotuje. mam odparzone plecy. ale moze dzieki temu moje opowiesci dziwnej tresci mialy wiecej zaru niz zwykle)

 

ps2: caly dzien bez kawy a jednak bez ziewania. nawet jedna czy dwie optymistyczne mysli przelecialy mi dzis przez mozg. moze ta konska dawka zelaza dziala?

 

 

 

bardzo przyjemnie.

za trzy tygodnie zapisy do gimnazjum. wciaz wahamy sie miedzy dwiema opcjami, ale ostatecznie zadecyduje pewnie otwarty dzien za tydzien, bo wtedy malina bedzie miala porownanie obu szkol „na wlasnej skorze”.

widze jak wokol wzrasta cisnienie. rodzice mailuja i telefonuja z wychowawczynia. prosza o dopytanie, powtorzenie testu, dyktanda, referatu. ci ktorych dzieci maja srednia na granicy dopuszczenia do gimnazjum nie moga sie zdecydowac czy jednak realschule nie jest lepszym, mniej stresujacym dla calej rodziny rozwiazaniem.

ugotowalam malinie kakao i zrobilam wyklad o naszej sytuacji, o jej sytuacji. chcialabym zeby zapamietala to uczucie: prawo wyboru. caly semestr wszystkie prace oddawala o czasie i na wszyskie zajecia uczyla sie po trochu ale regularnie i prosze: na swiadectwie same jedynki. bez stresu przed testami, bez uczenia sie do poznego wieczoru, bez strachu. codziennie troszke, zamiast duzo w ostatniej chwili. i teraz nie ma zadnego szybkiego douczania, rwania wlosow z glowy, tylko wybor miedza bardzo dobra szkola a bardzo dobra szkola. i ten bardzo przyjemny stan trzeba sobie dobrze zapamietac.

 

zelazna dama

 

 

serce super. watroba jak nowa. nereczki sliczne. zoladek w porzadku. sledziona i woreczki tez. badania krwi. no wlasnie. wszytko ok, ale taka anemia, ze pan sie bardzo zmartwil. nie ma powodu a wyniki takie, ze pozal sie boze. a co miesiac dostaje zelazo rureczka prosto w zyle. pan przepisal mi jakies specjalne zelazo (200;- euro ono kosztuje, wiec musi by chyba dobre!), pielegniarka skoczyla do apteki naprzeciwko i znow: kropelka po kropelce w zyle. podobno jutro mam byc jak nie ja. no mam nadzieje, bo teraz to nie nadaje sie kompletnie do niczego. totalna detka.

byloby gorzej, gdyby gorzej.

 

maz jak co roku przebadal sie dzis od stop do glow. i krew i serce i naczynia krwionosne i narzady wewnetrzne, no co sie tylko dalo.

dumny oswiadczyl lekarzowi:

 – nie pijemy alkoholu od poczatku roku. ale nie czujemy sie wcale lepiej.

na to lekarz, ktory zna nas oboje od lat:

 – no cale szczescie. problem bylby, gdybyscie czuli sie gorzej!

 

 

 

 

malina rytmiczna

 

kiedy kupowalismy pianino wszyscy znajomi – a moi polscy bliscy znajomi sa w wiekszosci profesjonalnie zwiazani z muzyka – zakrzykneli jednym glosem zeby zadnych elektrycznych cudow nie kupowac. akustyczne ma byc, rezonans na cialo ma oddzialywac, palce maja czuc, ze „puszczaja” w ruch caly zastep mloteczkow. dobrze. dobrze. kupilismy dziecku czarne cacko i stolek piekny do tego. posluchalam tez rad o zamykaniu klapy. a raczej o jej „niezamykaniu”. otwarte pianino wciaz przywoluje dziecko, zacheca, prowokuje. i tak od trzech lat malina brzdaka raz z wieksza raz z mniejsza energia.

po przeprowadzce postanowilismy troche to jeszcze poobserwowac i moze jednak pianino sprzedac, bo malina chetnie uczy sie jezykow, pieknie maluje, lepi, tnie i skleja, ale nie ma specjalnie poczucia rytmu. to znaczy na poczatku kazdego utworu ma. przez jakies 5 pierwszych taktow ma. a potem sytuacja rozwija sie jak u 3 latka, ktory biegnie z gorki: coraz szybciej, coraz szybciej, potyka sie, potyka, ale i tak biegnie coraz szybciej az bam! to maline zniecheca i uwierdza w przekonaniu, ze wszystkie utwory muzyczne na poczatku sa latwe a potem trudne i ze w tej nierownej walce malina nie ma szans.

myslalam o metronomie, ale malinowa nauczycielka mi odradzila. za wczesnie. no dobra. ale ktoregos dnia tatus przypadkowo znalazl w swoim telefonie app metronom i jednak postanowilismy sprobowac. tak-tak-tak-tak: wirtualny metronom trzyma maline w ryzach az do ostatniego triumfalnego taktu, po ktorym malina rzuca mi zdziwione spojrzenie pt: koniec tak samo latwy jak poczatek? tak, tak! malina wyciaga starsze nuty i cwiczy je od nowa. liczy, stuka, powoli, szybciej, znow wolniej. w czasie porzadkow przestawilam panino tak, ze widac je z kuchni i malina urzadza prawdziwe koncerty. nie bedzie wielka pianistka, gra matematycznie, ale z wielka przyjemnoscia a ja uwielbiam patrzec na jej dlugie po tatusiu palce przebiegajace po klawiaturze. czasem przysiade sie i cos tam moimi serdelkami dostukam jako akompaniament, wiec pianino jeszcze troche zostanie. zobaczymy na jak dlugo.

wesolego i smacznego!

 

zrobilam pierwszy w zyciu mazurek. i zaraz za jednym zamachem drugi w zyciu mazurek. sa dwa. malina pofarbowala marcepan na zielono i rozowo i ulepila sliczne roze, do tego bazie z migdalow i juz. co sie poparzylam przy gotowaniu masy kajmakowej to moje, ale potem maz wylizujacy garnuszek to najpiekniejszy widok tych swiat. teraz siedze sobie przy piwku (bezalkoholowym), jajka podskakuja w cebuli, rodzina spi i jest pieknie.

wesolych swiat wszystkim zagladajacym. kochane, przez to, ze te swieta takie biale, jakby repetycja bozego narodzenia i sylwestra, to jakos jest luzniej niz zwykle i jakos wesolo. wiec alleluja wam wszystkim i dosiego jajka!!! znaczy… smacznego oczywiscie! jajka!!!

 



 

zamiast zoltych kurczaczkow, malina ulepila zolte swinki. taka wielkanocna improwizacja na temat sylwestra.

 

abstynecja lekiem na cale zlo?

 

zrobilismy sobie dni milosci dla wlasnej watroby. podobno watroba dla calkowitej odnowy potrzebuje 4 tygodni. niestety juz w drugim tygodniu okazalo sie, ze wcale nie jest nam latwo zrezygnowac z alkoholu. wieczorami gadajac, czytajac, siedzac w ogrodku albo w kuchni albo na tarasie trzymamy kieliszek wina i nagle brakuje tego rekwizytu jak pewnie palaczom papierosa. i wlasnie to, ze nie nie bylo latwo troche mnie zaniepokoilo i tak trwam bezalkoholowo juz trzeci miesiac. bez problemu. i maz tez. ale ku mojemu zdziwieniu nikt nie jest z nas zadowolony. tesc zrobil nam wyklad o zdrowym czerwonym winie, tesciowa przy kazdym telefonie ironicznie pyta czy my zwariowalismy i traktuje to jakby to byl jakis absurdalny eksperyment, dziwactwo. znajomi zartuja od razu i kpia. dziwne, bo przeciez niepicie alkoholu jest jednoznacznie pozytywne i zdrowe. tylko moj szef, ktory jak co roku celebrowal luty miesiacem abstynenta (przed laty wybral sobie luty, bo jest krotki!!!) pyta wciaz z podziwiem, czy jak tak wciaz… ale reszcie wyraznie sie nie podobamy.