o jedna wies za daleko…

przedszkole sliczne, jasne ze slicznym ogrodem, 3 minutki spacerkiem – nie dostalimy miejsca, malina poszla do przedszkola waldorf. mimo, ze przedszkole bylo blisko rejonizacja przypisala nas do innego przedszkola, ktore nam sie nie podobalo.

 

podstawowka ( w czasach, kiedy mieszkalismy w chatce) piekna, nowoczesna, z genialna sala gimnastyczna, muzyczna, zajeciami w piekarni, w szkolce ogrodniczej itp. dzieci z ulicy obok rejonowo nalezaly do tej szkoly, od naszej ulicy rejonizacja sprawila, ze malina wyladowala w szkole integracyjnej. kilka osob w klasie nie mowilo po niemiecku.

 

gimnazjum nad jeziorem, male elitarne, niedaleko… no niedaleko, ale za daleko, bo nalezy do innej gminy. jesli z wlasnej gminy maja za malo dzieci, to przyjmuja dzieci z naszej gminy i przez ostatnie 20 lat nie bylo z tym zadnego klopotu. pan dyrektor jeszcze tydzien temu zapewnial, ze 6-cioro dzieci z od nas ma zapewnione u nich miejsce. zlozylismy wiec papiery i juz opijalismy maline gimnazjalistke szczesliwi z podjetej decyzji. a w srode: BAM!

szkola ma za duzo wlasnych dzieci i wszystkie nasze maja sobie isc do naszej rejonowej szkoly. do widzenia panna genia. adios pomidory.

 

 

cale moje pedagogoczne: „widzisz jak fajnie miec swiadectwo 1,0? masz wolny wybor, robisz co chcesz, co za cudowne uczucie” – diabli wzieli.

najpierw pojechalysmy odebrac papiery. inne mamy odebraly je juz wczesniej i szykowaly sie na rozmowe w domu. ja najpierw odebralam maline ze szkoly i razem pojechalysmy do sekretariatu. w samochodzie malina sie poryczala. odebralysmy papiery, upewnilysmy sie, ze ewentualnie mozemy probowac za rok, bo po 5 klasie (pierwszej gimnazjalnej) duzo dzieci sie wykrusza. po wyjsciu z pieknego sekretariatu malina pokrecila glowka:

 – mysle, ze w tej szkole dobrzy uczniowe nie sa wazni, bo przeciez gdyby tak bylo, to by mnie przyjeli ze wzgledu na swiadectwo.

pojechalysmy na lody, usiadlysmy na lawce i przerobilysmy historie moich dwoch niedanych podejsc na studia aktorskie i co mi daly inne studia i ze nie ma tego zlego i ze zycie to nie koncert zyczen i teraz trzeba sie skupic raczej nad tym co dalej zamiast oplakiwac niespelniony plan.

do wyboru mamy brzydka, ogromna szkole skupiona na fizyce i chemii, do ktorej ida wszystkie dzieczynki z malinowej klasy albo prywatna szkole uwazana za jedna z najlepszych w bawarii. duzo laciny, szkola calodzienna, dojazd eleganckim busikiem – no wszystko co przez dwa tygodnie wysmiewalismy, nie lubilismy coraz bardziej i bardziej a teraz wyciagamy ze skrzyni jak nielubiane rajstopy i wciskamy sie w nie obiema nogami na raz.

 

przedwczoraj wieczorem siedzimy na jeziorem. malina:

 – czasami zycie jest jak pociag, ktory jedzie w zlym kierunku.

wczoraj malina zaczela przypominac sobie jak bylo w czasie probnego dnia w tej szkole: piekny fortepian w koncertowej sali, ogrod rozany, swietnie wyposazona sala gimnastyczna i zajecia z cyrku, zajecia z fotografii, stolowka z pozlacanymi stiukami i pieknym kaflowym piecem, w ktorym zima skwierczy ogien. na koniec swiecily jej sie oczy na wspomnienie fajnej pani od muzyki i dziwnej pani od niemieckiego.

 

 

dzwonimy do szkoly. hmmm, klasy juz skompletowane od ponad tygodnia, listy zamkniete. myslelismy, ze panstwo zrezygnowali. a swiadectwo jakie jest?

 – 1,0.

 – 1,0?! powaznie? oj to prosze natychmiast przyjechac z dokumentami!!!

 

 

no wiec znow los postanowil nam pokazac, ze ani stopnie, ani forsa, ani chec szczera…, ale moze nie ma tego zlego, co by na dobre?…

gdyby nas wtedy przyjeli do przedszkola, nie byloby w naszym zyciu waldorfu, z intergracyjne szkoly malina ma do dzis najlepsza przyjaciolke vietnamke, ciekawe czy za rok bedziemy uciekac z klasztoru i starac sie znow o szkole nad jeziorem. a moze tak ma byc?

malinowa mamusia „sie targujaca”

malina od roku przynalezy do bandy dzikich kurczakow. wkurza mnie to, ale nic nie mowie, bo jajk raz sie wtracilam to bylo okropne zamieszanie. od pol roku kurczaki szukaja miejsca w ktorym moglyby sie spotykac i rozmawiac o zyciu. pod uwage zostaly wziete wszelkie strychy oraz domki ogrodowe, ale niestety zadna kurzczakowa mama (a ja to juz w pierwszym rzedzie) nie chce udostepnic swojego domu na regularne spotkania towarzyskie. w ostatnia sobote dziewczyny zebraly sie i kazdy mial poddac pomysl na kwatere. okazalo sie, ze niedaleko pola campingowego stoi przyczepa samochodowa na sprzedarz. o! to jest pomysl!

 – malina, taka przyczepa jest bardzo droga! – studze jej entuzjazm.

 – nie szkodzi. zlozymy sie na to. kazdy da co ma!

 – ok.

 dzis malina oznajmia z triumfem:

 – juz wiemy ile kosztuje ta przyczepa!

 – ile?

 – 3500,- euro. wiec wcale nie tak duzo a poza tym powiedzialam dziewczynom, ze nam pomozesz.

 – ja?!!!

 – tak! powiedzialam im, ze moja mama umie zdobyc wszystko za taka cene jaka sama uzna za stosowna. tak przeciez zawsze mowi tatus! no wiec chcemy zebys nam wytargowala 120 euro, bo tyle mamy. no i k. powiedziala jeszcze, ze jej tatus jest z naszych tatusiow najbogatszy, wiec ona da wiecej.

 

no to sobie dziewczynki porozmawialy. no iciekawe co na to rodzice k.:-)

 

 

 

słowo się rzekło, koby… … malina u płotu.

 

dzis skonczyly sie dyskusje, dywagacje, porownania, przemyslenia, rozterki, niepewnosc i dzielenie wlosa na czworo.

malinowe gimnazjum. malina do konca miala wolny wybor i zdecydowala sie na szkole na jeziorem: mala, elitarna szkola w slicznej okolicy.

dzis rano zapisalismy ja do klasy z kierunkeim ekonomicznym, francuski i angielski bez laciny.

 

 

 

 

malina plastusiowa

 

 

malina poszla w sobote do biblioteki przy polskiej szkole i wygrzebala plastusiowy pamietnik – film. plastus jest jej pierwsza samodzielnie przeczytana po polsku ksiazka. dwa lata temu ulepila plastusia i plastusiowy domek i chyba nadal pala do tego wielkouchego czlowieczka sympatia. mieszka u nas na regale wsrod ksiazek.

film polecam wszystkim, ktorzy chca pokazac swoim dzieciom jak to drzewiej bylo: drewniany piornik, granatowe fartuszki, tarcza na rekawie, tornistry…

swietna zabawa.

 

malinowa gra na religii.

jaka malina byla malutka uwazalismy, ze pozjadalismy wszystkie rozumy, ze nasz model jest fenomenalny: rodzice dojrzali, po uszy skapani w podrozach, pracy, wieczornych wypadach, weekendowych spaniach do poludnia. tak ma byc. ale teraz zaczynam watpic, b malinowy swiat jest daleki od mojego. nie podoba mi sie mloda muzyka, mloda moda, styl bycia i zycia. rihanna, ktora daje sie tluc po twarzy i spiewa jakby wlasnie miala zatwardzenie. top models. wszechobecne gry komputerowe, makijaz i kolorowe paznokcie w podstawowce (w niemczech podstawowka to 4klasy!!!) to niestety za duzo na moja siwiejaca glowe.

dzis malina opowiada o zajeciach z religii. z religii! podkreslam, ze religii. jak sie wyczerpuje temat, to pani pozwala dzieciom w cos grac. pomijam fakt, ze w religii temat jest tak nie do objecia, wszechmocny, wszechobecny i wielki, ze nie wiem jak moze sie wyczerpac. no ale ok. pani jest szybka rybka, byc moze starcza jej na problemy z bogiem, maria, aniolami innymi duchami swietymi mniej niz 45 minut. zalatwia sprawe w 30 min. i reszte podarowuje dzieciom jako czas na radosna zabawe. pan bog pewnie to widzi i sie cieszy, bo coz bardziej raduje pana jak rozesmiane, szczesliwe dzieci.

  – a dzisiaj w co sie bawiliscie?

  – w detektywa.

  – aha. nie znam.

  – bardzo fajna gra. trzeba wybrac detektywa, ktory szuka mordercy.

rozumiem. rozumiem? pytam o szczegoly gry. detektyw wychodzi. reszta jest na dyskotece. jedna osoba zostaje morderca i znakiem krzyza (w koncu to sa zajecia z religii, tak?) naznacza swoja ofiare. potem detektyw wraca i sprytnymi pytaniami musi dojsc i zgadnac kto jest morderca.

no niestety. niestety. jedyne co mi przychodzi do glowy to pojsc do szkoly, zrobic afere, opieprzyc pania od religii, zadrzec z nia, pania ktora tu wspomaga wszelkich stracow i staruszki oraz sierociniec i narazic sie calej gminie.

wiec powiadam wam kochane, matka trzeba zostac szybko, w mlodosci, bo wtedy lepiej rozumie sie nowoczesny swiat i lzej przelyka kazda paranoje. w moim wieku mozna dostac apopleksji.

i to by bylo na tyle.

 

 

co to jest za dziecko.

 

siedze sobie w sercu monachium i jem bawarskie sniadanie gawedzac z bardzo milym rezyserem. on probuje mi udowodnic, ze jest najfajniejszym rezyserem na swiecie a ja, ze jestesmy najfajniejsza na swiecie produkcja. wszystko jest oczywiscie tylko w polowie prawda, ale jest bardzo milo. ignoruje brzeczacy telefon, ale zerkam kto dzwoni, bo czekamy na feedback w sprawie fajnego projecktu, ktory swietnie pasuje do fajnego rezysera i jego fajnej produkcji. slonce grzeje, ptaki spiewaja, drzewa kwitna, z tarasu mamy widok na angielski park i koniki elegancko stapajace po wybiegu. no sielanka sniadaniowa.

telefon brzeczy kolejny raz i nagle cwierkajace ptaki milkna, bo wyswietla sie: „szkola”. o jezu cos sie stalo. natychmiast odbieram telefon. po drugiej stronie pani sekretarka:

 – … bo malina sie martwi, ze pani pewnie zapomniala, ze ona dzis ma zajecia plastyczne i wroci dopiero o 3 do domu. podobno nie wspomniala pani o tym rano przy sniadaniu i malina mysli, ze pani bedzie sie o nia martwila… prosze pani co to jest za dziecko!

 

dziekuje za wiadomosc. gawedze sobie jeszcze troche, potem konczymy sniadanie, wsiadam do samochodu i jade do domu. w samochodzie mysle znow o tym telefonie, wzruszam sie i przyrzekam solennie, ze przez caly tydzien nie powiem malinie, ze trzyma widelec jak malpka.

 

 

 

 

 

malina 4-klasistka

bilans 4-klasistki:

 – za tydzien swiadectwo z samymi jedynkami

 – czytanie ksiazek wszedzie, ciagle nawet w czasie mycia zebow

 – czytanie ksiazek w ktorych czesc historii jest po angielsku

 – aparacik na zabkach dziala, malina z wiewiorki powoli przeksztalca sie w dziewczynke

 – tematy kobiece poruszone, omowione szczegolowo lacznie z pms

 – fortepian jako wspieracz skrajnych emocji, malina gra jak jej smutno albo wesolo (dolores, pachelbel)

 – mycie wlosow przestaje byc kara boska tylko zajeciem godnym kazdej pieknej kobiety.

 – jedyny sluszny stroj: kolorowe rajstopy i krotkie jeansowe szorty

 – wlosy prawie do pupy

 – nogi dlugie, stopy pletwy, dluuuugie, smukle paluszki

 – hobby: filmy stop motion (gumowe misie, figurki playmobil, piorka)

 – ulubione miejsce: drzewo.

 

z okazji dostania sie do gimnazjum i to w pieknym stylu, zapraszamy maline na koncert jej absolutnie ulubionej ostatnio grupy la bras bandas. prawdziwy koncert open air 20:00 w lipcu oraz obiecalam sobie, ze kupie jej marzenie od lat, na ktore sie w zyciu nie chcialam zgodzic, bo jest to absolutne apogeum kiczu, ze az zeby bola. ale co tam. ma mi dziecko cale zycie traume w sercu nosic, ze jej nigdy na to nie pozwolilam? niech ma!

w nastepnym wpisie umieszcze zdjecie tego cuda. prosze sie przygotowac. bedzie ostro! hahahaaha!

 

malinowe fiolki

 

malina wracajac ze szkoly kupila mi fiolki. nie starczylo jej pieniedzy, ale pan powiedzial, ze jak dla mamusi to niech da co ma i malina zaplacila kilka grosikow.

nie wiedziala, ze jej kupilam rozowe tulipany i postawilam w granatowym dzbanku w jej pokoju.

tak sie dzis obdarowywalysmy.

malinowa matylda

zyrafa matylda charakteryzuje sie tym, ze jest niebieska, uszyta z kretoniku, niewielka i sklada sie w zasadzie tylko z szyi. jeden z pierwszych prezentow dla nowonarodzionej maliny. wtedy malina nie byla jeszcze malina tylko z racji genialnie granatowych oczek, szafirkiem. pewnego dnia po kilku tygodniach beztroskiego i bezcelowego machania lapkami malina zlapala matylde za szyje, potrzasnela nia wesolo i usmiechnela sie bezzebno – radosnie. to jest taka sekunda w matczynym zyciu kiedy zapomina sie, ze po swiecie chodzi mnostwo dzieci, ktore pchaja wozeczki, samochodziki, trzymaja w rekach kredki i nawet cos nimi rysuja. to jest taki moment, kiedy patrzy sie na to niewielkie co nie co w kolysce i czuje, ze oto prosze: geniusz! tu i teraz. geniusz. telefon do meza, jedynej osoby, ktora moze zrozumiec moj entuzjazm, moja sytuacje. rozumie. jest pieknie.

potem roznie jest z tym trzymaniem. a to niedostatecznie dobrze trzymana barierka na placu zabaw i ulamany kawalek zeba, a to krzywo trzymany kubeczek i plama na sofie, niefortunne chwyty lyzkowe, kiedy zawartosc lyzki laduje na bialej zaslonie, nowym dywanie, nowej sukience, wszedzie tylko nie w buzi. potem jest pedzel w dloni artystki, rakietka w dloni sportowca, foremka w raczkach domowego cukiernika, paleczki w paluszkach znawczyni azjatyckiej kuchni.

 

a lata poznije jest taki pizamowy poranek jak wczoraj. my w pizamach i z kawa a malina przy pianinie: koncert poranny. patrzylam na te smukle paluszki jak smigaja po klawiszach. szybciej, wolniej (glownie szybciej), glosniej, ciszej (glownie glosniej). i tak sie wzruszylam, ze wyciagnelismy zdjecia z czasow maliny kilkutygodniowej. malina tez sie wzruszyla, bo niemal nie zna tych zdjec, nie ogladamy ich prawie nigdy. potem znalezlismy jakies zdjecia z epoki przedmalinowej. boze jacy bylismy piekni i chudzi! ile wspomnien. ile lat.

popoludniu lazimy po ogrodzie i omawiamy co by tu jeszcze wyciac (wycielismy strasznie duzo a i tak zarosniete wszystko jak stary dziad.) maz sie zatrzymuje:

 – ciagle mi sie wydaje, ze dopiero co sie poznalismy a to juz prawie 20 lat.

 – tak. dopiero co siedzielismy na naszym stryszku, w mieszkanu z okienkami na cztery strony swiata i pstrykalismy pestkami czeresni na dach sasiada a tu prosze dom a w domu malina gra na pianinie…

 – tak. a niedawno machala matylda.

i pieknie i smutno.

 

malinowa mama z bajki

 

malina przeglada zdjecia.

 – o! amy winehouse!

 – nie. to ja.

 – to ty bylas amy winehouse?

 

to chyba jeszcze ten wiek, kiedy sie wierzy, ze mama jest dobra wrozka, ze cuda sie zdarzaja, ze z tym mikolajem to w sumie nikt nie wie jak jest.