malinowe szkolne plany

czy dzieci czekaja na gimnazjum? rozmawiaja o tym jak bedzie? szkoda im podstawowki? tak sie przysluchuje rozmowom mam, bo czekamy na dziewczynki po sporcie. no podobno nie. w ogole nie rozmawiaja. bedzie jak bedzie. to przeciez jeszcze duzo czasu. nie wtracam sie do rozmowy, bo u nas jest zupelnie inaczej a zauwazylam, ze nasze „inaczej” troche gra na nerwach znajomym mamom. trzymam wiec jezyk za zebami.

malina ma ksiazke o swoim gimnazjum i niemal codziennie ja wertuje, cos czyta, oglada zdjecia, planuje. szkola ma ogromna oferte zajec dodatkowych, wiec malina uklada sobie plan. chce nadal grac na pianinie a dodatkowo: grac w koszykowke (to taki PRAWDZIWY sport!), uprawiac akrobatyke, fotografowac, spiewac w chorze, uczyc sie wloskiego i francuskiego, grac w tenisa (i bym nosila taka biala spodniczke?) i moze jeszcze dodatkowy intrument? moze flet poprzeczny (taki sliczny srebrny w pieknym futerale!). nic nie mowimy, ale jakos bysmy chcieli na nia wplynac, zeby na poczatek wziela sobie cos, co nie bedzie wymagalo uczenia sie: chor czy koszykowka. takie zajecie, ze trwa a jak sie konczy to sie konczy. dodatkowy jezyk czy intrument to dodatkowe cwiczenia. w bawarii wszyscy strasza, ze gimnazjum jest trudne, przepasc miedzy pdostawowka jest ogromna, strasznie duzo nauki i stress, bo pierwszy rok jest swego rodzaju segregacja czy dziecko naprawde ma sile na gimnazjum, czy moze lepiej zeby poszlo do realschule. troche mnie to wkurza, wiec nie chce zeby malina poza szkola musiala jeszcze dodatkowo sie czegos uczyc.

nie lubie niemieckiego systemu za testy, punkty i wieczna segregacje. wczoraj malina zerknela kolezance przez ramie i powiedziala, ze jakies tam slowo pisze sie z B a nie z P. kolezank awzruszyla ramionami i nie poprawila:

 – przeciez teraz to juz wszystko jedno.

kosci zostaly rzucone, dzieci posegregowane na gimnazja, realschule i hauptschule. zeby nie wiem jak sie staraly juz tego nie zmienia, wiec nauka stracila na znaczeniu, stopnie sie nie licza. wszystko jedno az do polowy wrzesnia.

 

wczoraj zaczepila mnie mama malinowej kolezanki:

 – tak sobie o was ciagle mysle. powinnas sie jeszcze zastanowic nad ta szkola.

umowilysmy sie na kawe jutro rano.

 

tydzien z naszego zycia.

w poniedzialek po porannej kawie wyruszylysmy do padwy. dotarlysmy na lunch. od razu bylo fajnie, bo malina – choc z poczatku rozczarowal ja hotel bez basenu – od razu zalapala, ze w tych wakacjach chodzi o cos innego, bo z okna widac bylo bazylike swietego antoniego. podreptalysmy do niej niespiesznie. cieple kamienie, kawa, lody, pieknie. i tak sobie pomieszkalysmy w padwie, codziennie robiac 10 godzinne wycieczki do werony, do wenecji albo lenilysmy sie w ulubionej kafejce jedzac ciastka i pijac sok. w poniedzialek wieczorem dostalam wiadomosc, ktora sprawila, ze nie spalam cala noc a rano chcialam wracac do domu. maz mnie powstrzymal i tak minal mi tydzien: cudowne dni z malina, nieprzespane, przeplakane noce. malina chlonela kazdy widok, kazda przygode przezywala cala soba, zakochala sie w wenecji, zachwycila burano, murano, na balkon julii w weronie wzruszyla ramionami, zapamietala wszystkie nazwy, drogi, mosty. w wenecji kupilysmy sobie sliczna bizuterie, w weronie jadlysmy lody ukladane w platki kwiatow zamiast w kulki, w padwie odkrylysmy mala restauracje, w ktorej nikt nie mowil po angielsku i z karty nie rozumialysmy ani slowa, ale jadlysmy same smakolyki. w bazylice swietengo antoniego poprosilam antoniego, zeby pomogl mi nie zgubic sensu zycia, bo wlasnie lada moment wszystko moze rozsypac sie w drobny mak a oficjalnie kazalam malinie negocjowac z antonim zebysmy sie nie zgubily w pokretnych uliczkach wenecji i na autostradach, z ktorych zawsze wyjezdzam za wczesnie lub za pozno. relikwie antoniego opisane sa po wlosku i po lacinie, wiec nie bardzo moglam malinie przeczytac co jest co, wiec troche improwizowalam i malina z lekka zdenerwowana pokiwala glowa:

 – tak to jest: nie mowimy ani po wlosku ani po latansku to ani w restauracji ani w kosciele nic nie rozumiemy.

za rok malina bedzie po roku laciny w gimnazjum (5 godzin w tygodniu), wrocimy tu i wszystko zrozumiemy. za rok. za rok. nie wiadomo co bedzie za tydzien, a za rok?… nic jej nie moge powiedziec, straszyc. w samochodzie sluchamy w kolko nowej plyty zaz. malina uczy sie francuskich tekstow na pamiec, ja powstrzymuje lzy wywolane melancholijna muzyka.

mialysmy wrocic w niedziele, wracamy w sobote. w domu jest milo, cieplo, dziecko nie czuje, ze caly czas mamy ochote plakac lub krzyczec.trzymamy sie za rece, rozmawiamy, trzymamy sie jakos. trzymamy. czekamy na poniedzialek wieczor.

poniedzialek rano praca. przez tydzien mojej nieobecnosci posypaly sie projekty, ktore sa moja zasluga, wiec caly dzien nie robie nic, tylko zbieram laury, ktore nie maja znaczenia. boje sie cieszyc czymkolwiek. malina wraca ze szkoly. z testu sprzed ferii dostaje kolejna jednynke. na 29 punktow dostala 32. pani dodala jej punktow za dodatkowe informacje. boje sie cieszyc. ten dzien taki pelen sukcesow, ze przeciez w koncu ta najwazniejsza wiadomosc, na ktora czekamy bedzie zla. oszaleje, zanim przyjdzie? jest. maz wysla sms jeszcze z gabinetu lekarza: wszystko ok. zaraz ma leciec do berlina, ale wpada jeszcze do domu na dwie minuty. trzymamy sie mocno. trzymamy sie. w ciagu tygodnia przybylo nam 10 lat, ale to nic. 

malinowy zeglarz

 

dziecko wyszlo dzis z domu malina a wrocilo marynarzem. zmarznietego zeglarza wyslalam do goracej wanny. mialysmy opijac karte zeglarza malinowa lemoniada i zagryzac ja kielbaskami z rusztu. zeglarz wyszedl z wanny i w szlafroku polozyl sie na chwile na lozko. spi jak suselek. wszystkie kielbaski moje!

 

nic nie chce przyjsc za darmo.

gorszej pogody na zeglarski tydzien nie mozna sobie wymyslec: leje, wieje, zimno. na jutro przewidywany jest… snieg. a malina wstaje co rano pelna energii, gotowa i ze spakowanym plecakiem. wstaje wczesniej niz ja, bo boi sie, ze zaspie. tatus jest w meksyku a mojej wrazliwosci na budzik malina wyraznie nie ufa.

o osmej wita sie ze swoimi wspolzeglarzami a ja wracam do domu i najchetniej wskoczylabym do cieplego jeszcze lozka. ale co to? w ogrodzie scena jak z filmu: wielkie bezowe ptaszysko laduje na trawie z malutkim ptaszkiem w szponach (sikorka? zaczarowana krolewna?). ptaszek wyrywa sie jak moze, ale oprawca zaczyna go mordowac uderzeniami wielkiego dzioba jak sztyletem. nie zwazajac na groze sytuacji, bo moze to jest jakich zly czarownik i rzuci na mnie czar! – wybiegam z krzykiem na taras. zaskoczone ptaszysko puszcza ofiare i dostojnie odlatuje. dopiero kiedy rozklada skrzydla widac jaki jest wielki. brrr. porzucona sikorka turla sie w krzaki a ja stoje i zastanawiam sie co robic. pewnie brzydze sie pokaleczonego ptaka, ale moze to jest ptaszek o zlotym sercu i jak zlota rybka chce sie odwdzieczyc za uratowanie zycia? szybko wymyslam 3 zyczenia i ide w krzaki. ptaszek jest w pelni sil i przestraszony odfruwa ile sil w skrzydelkach. z marzen wiec nici, ide pracowac.

 

wpis natchniony rozmowa w klubie zeglarskim.

w malinowej klasie jest dziewczynka, ktora trzy razy w tygodniu cwiczy akrobatyke. chcialaby obciac wlosy, ale jej nie wolno. jak w balecie, na konkursach musi miec je ciasno splecione przy skorze. dwa razy w tygodniu gra na skrzypcach. wolalaby na pianinie, ale na pianinie graja wszyscy a ona jest wyjatkowa. dwa razy w tygodniu gra w tenisa. to taki elegancki sport. krotkie spodniczki, dobre towarzystwo. w szkole super stopnie. prawie tak dobre jak malinowe. ale teraz w ferie kolezanka codziennie uczy sie godzine matematyki i mama wyznaczyla jej lektury do czytania. malina ma ZABRONIONA nauke w ferie i moze sobie czytac kaczory donaldy, ktore osobiscie uwazam za ostatnie badziejstwo.

w rozmowie z ta dziewczynka wciaz przewija sie: mama sobie zyczy, mama chce, mama mi kaze, mam woli, mamie sie podoba.

w rozmowie z jej mama: m. uwielbia skrzypce, m. jest zafascynowana tenisem, m. kocha akrobatyke.

malina skomentowala ostatnio: m. ma w domu bardzo ciezko, bo jej mama ma ostry program.

 

my  rodzice mamy stac obok i obserwowac, bo nic piekniejszego na swiecie niz naturalny talent dziecka. jak ktos ma zostac pianista to nim zostanie mimo rozklekotanego, rozstrojonego grata po babci. jak ma zostac aktorem to na nic cwiczenia z fizyki czy chemii. nawet fryzjer moze byc artysta. dziecko nie jest cyrkowym konikiem. dziecko niesie w sobie cos, co jest dla nas tajemnica i warto sie temu w spokoju przyjrzec. odkryc tajemnice. 

niby zwykly wtorek.

niemcy nic nie umieja zorganizowac normalnie tylko zaraz musza do tego dolozyc jakiegos grilla latem albo picie grzanca zima. w klubie maliny byl dzis grill. kazdy mial przyniesc jakas salatke a klub zatroszczyl sie o rozne miesa i kielbasy, piwo i napoje. a ja dzis naprawde nie mialam na to czasu! a maz w meksyku. walnelam salatke z awokado a ze za malo wyszlo posypalam zielonymi szparagami, ktore szybko ugotowalam i zamarynowalam. ze te dzieci po calym dniu zeglowania w deszczu jeszcze maja sile na grilla. no maja. rodzice zadowoleni. malina jest z zaprzyjaznionego klubu. takiego dla normalnych ludzi. a ten w ktorym gosci jest lekko ekskluzywny. wystraczy przeleciec sie po ciuchach, ktore im drozsze tym bardziej wygladaja na zdarte, wypolowiale i niechlujne. spod obstrzepionych rekawow wystaja jednak zegarki, ktore jesli ciuchy zmylily niewprawne oko, wyjawia prawdziwa tozsamosc wlasciciela.

dobra. jemy, pijemy i jest naprawde milo. dzieci zjadaja wszystko szybko i leca bawic sie nad jeziorem w strugach deszczu i coraz wiekszych ciemnosciach. robi sie pozno, wiec na wszelki wyoadek dzieci straja sie nie wpasc w oko rodzicom, ktorzy pewnie zabraliby je zaraz do domu. niektore dzieci spedza noc w lodce (brrrrr!!!!) w ciemnosciach towarzyszy im olbrzymi, czarny labrador: lili. co drugi pies teraz nazywa sie lili. no dobra. nagle obok mnie stoi mokra malina, dolna warga jej lekko drga a z przerazenia nie moze dokladnie wykrztusic o co jej chodzi.

 – lili nam uciekla. – przy naszym stole robi sie cicho i malina jest jeszcze bardziej przestraszina. to miala byc wiadomosc dla mnie a teraz wszyscy sluchaja.

 – spokojnie, dawno uciekla?

 – nie wiem. balismy sie wam powiedziec, ale ja powiedzialam, ze tobie mozemy powiedziec.

idziemy do panstwa, do ktorych nalezy pies. pani usmiecha sie, zaklada kurtke i uspokaja maline: – lili zaraz sie znajdzie, dobrze ze od razu daliscie znac.

maz pani wciska malinie w dlon kawal kielbasy:

 – zawolaj tylko: lili! kilebasa! i lili natychmiast sie znajdzie!

pies zaraz sie znalazl. malina przezywa te historie jeszcze w lozku:

 – jakby ciebie nie bylo, to pewnie by sie lili zgubila, bo nikomu bysmy tego nie powiedzieli. k. powiedziala, ze jej mama ja zabije jak sie dowie. myslisz, ze to mozliwe?

 – niemozliwe. – smieje sie i dziekuje bogu, ze udalo mi sie nauczyc maline, ze lepiej od razu powiedziec co sie stalo, to zawsze mozna jeszcze cos uratowac i nawet jesli dostanie sie potem bure to i tak lepiej to niz mialoby sie cos strasznego zdarzyc. mam nadzieje, ze tak jej zostanie.

 

 

to byl bardzo dziwny dzien. gory i doliny, sinusoida uczuc i emocji, no i dostalam propozycje pracy. odmowilam juz wprawdzie miesiac temu, ale teraz podniesiono stawke.

 

 

ps: pochwale sie wam, ze moja salatka skonczyla sie jako pierwsza i niektpre panie pytaly mnie o przepis. nprmalnie jeszcze nigdy nikt mnie nie pytal o przepis, bo ja jestem typem kucharki, ze jak sie nic sie pali, nie kipi, nie wazy, nie rozplywa, nie zsiada, nie spada na kuchenna podloge, to to juz jest wielki kulinarmny sukces:-)

 

 

malinowe ferie

ferie. pierwszy tydzien malina zegluje codziennie od 8 rano do 17. co i raz leje, wiatr, zimno. juz mielismy ja „wypisac”, ale oswiadczyla, ze prawdziwy zeglarz nie boi sie deszczu. wczoraj pojechalismy wczesniej niz trzeba ja odebrac zeby zobaczyc jak sobie radzi. cudny widok: male lodeczki z zagielkami plyna jak po sznurku, jak kaczuszki, gesiego. stoimy na pomoscie i pekamy z dumy, ale po 10 minutach juz nie pekamy tylko umieramy z zimna. wieje, kropi i mimo cieplych kurtek poprostu zamieniamy sie w sopelki. a dzieci robia jeszcze jedno okrazenie boi i jeszcze jedno. usmiech przymarzl mi do twarzy. ok koniec. plyna do brzegu. malina wychodzi z lodki w sandalach wprost do wody i potem lata w mokrych butach (inne dzieci maja neopriny), wyciaga lodke, sklada zagiel – jak widze te mokre nogi to juz sama dostaje zapalenia pluc. w domu goraca wanna.

malina wlasnie sie zastanawia, czy moze zamiast wycieczki: wenecja&verona, ktora mamy w planie na drugi tydzien ferii, nie zostac w domu i pozeglowac tydzien dluzej. wstyd sie przyznac, ale na mysl, ze przez tydzien pomieszkalabym sobie w domu ot tak, bez zadnych obowiazkow, robi mi sie cieplo wokol serca. od czasu do czasu siedzialabym sobie na pomoscie i podziwiala malinowe zmagania z wiatrem, cos czytala, cos dziergala, cos przekopala w ogrodku. no zobaczymy.

musze tez zastanowic sie jak pedagogicznie podejsc do sprawy, ze malinie troche uderzyla woda sodowa do glowy. tydzien temu zawiozla z tatusiem malinowe dokumenty do gimnazjum i nawet pan dyrektor wylonil sie ze swojego gabinetu, zeby malinie pogratulowac swiadectwa i przywitac w swojej szkole. i nagle malina pozjadala wszystkie rozumy, co jest nieco niesympatyczne i wkurzajace. i teraz trzeba poszukac zlotego srodka: z jednej strony pewnosc siebie i swiadomosc swojej sily jest w zyciu potrzebna, ale bieganie z rozlozonym ogonem jak krolewski paw jest niezdrowe.

 

 

 

poniedzialek.

 

jestem rozdarta na strzepy i zazdroszcze mezowi, ze tak poprostu wie czego w zyciu chce. i malina ma tak samo. cieszy sie na ten swoj klasztorek, wyszukuje lacinskich nazw dla np dzikiej kaczki, przygotowuje sie do 5 godzin laciny tygpdniowo. no nie moze sie doczekac. dzis rano oznajmila, ze chce sie wycieszyc swoja podstawowka ile sie da, bo to ostatnie dwa miesiace. wszystkie kolezanki ida do innej szkoly, wiec tez z nimi chce sie wybawic do cna, ale potem zegna je bez zalu. potem i tak dalej mieszkamy wszyscy w tym grajdolku, wiec tak uzupelnie nie stracimy sie z horyzontu.

ale tez wpisalismy maline na liste czekajacych w tej szkolce nad jeziorem i zobaczymy. czuje jednak, ze jestem jedyna ktora tej szkolki chce. malina i maz juz zdecydowali.

no dobra. lece. przede mna ciezki tydzien pelen glupich spotkach i wieczorow na wysokich obcasach.

a w nastepnym zyciu…

 

malina stuka filcowym mlotkiem w mosiezna mise, ktora drga i brzmi i nieodmiennie maline zachwyca. marzy o figurce buddy i o tatuazu na sciane mowiacym cos o szczesciu i wewnetrznej harmonii. tak sobie rozmawiamy z mezem, ze nas to jakos nigdy nie interesowalo i malo wiemy o czakrach i innych czarach marach. pod nieobecnosc maliny maz:

 – no ale reinkarnacja mi sie podoba. w nastepnym zyciu moglbym sie urodzic twoim biustonoszem w tygrysi wzorek.