na lotnisku malina nie mogla sie doczekac na swoja stewardese opiekunke: bedzie blondynka czy brunetka? wolalaby blondynke. przyszedl pan gladko ogolony i taki przystojny, ze malina tylko nam dala po buziaku i wesolo sie z panem oddalila do samochodu, ktory zawiozl ja do samolotu. od reazu miala mu duzo do powiedzenia. dopiero w samochodzie przypomnialo jej sie chyba, ze jestesmy i machala mniej wiecej w nasza strone, bo nie sadze by nas widziala w lustrzanych oknach lotniska. potem odczekalismy 15 minut, nerwowo spogladajac na telefon czy nie zadzwoni. rodzice musza poczekac, czy na przyklad dziecko nie zdecyduje, ze jednak nie leci, placze i trzeba zrezygnowac z lotu albo „samolot sie popsuje” – poinstruowala nas pani. samolot polecial a ja mysllam, ze oszaleje przez te poltorej godziny. caly czas sprawdzalam pogode a nad warszawa szalala burza. z powodu trudnosci atmosferycznych samolot wyladowal z 1o minutowym opoznieniem, niby niewiele ale tylko mi sie chcialo plakac. w samolocie malina zaprzyjaznila sie ze swoja sasiadka, ale trudno im bedzoe utrzymac te znajomosc, bo nowa kolezanka mieszka w madrycie:
– ma juz trzydzieci lat, ale bardzo mila!
malina dala jej posluchac zaz, poczestowala ja mietusami i wymienily sie adresami mailowymi. niestety zapowiedziane burzowe turbulecje byly tylko lekkie, wiec nie bylo zabawy. szczesliwa maline przemila pani stewardesa doprowadzila do babci a babcia prosto z lotniska zabrala do domu na pierogi. i co zadzwonie to malina cos je a ja postanowilam twardo, ze mnie to nie wyprowadzi z rownowagi.

