drugi malinowy dzien w gimnazjum.

 

drugi dzien szkoly jest krotki. malina juz w domu. juz w drzwiach tlumaczy, ze kobiece imiona po lacinie maja „a” na koncu i ze wiele jezykow (upragniony francuski tez! tez!!!) maja swoje korzenie w lacinie a pan od laciny… no ten pan od laciny to…

 – jest taki fajny! taki mily! musze powiedziec, ze ma serce dla dzieci!!! pozwolil nam dokonczyc sniadanie na poczatku lekcji!

malina wyciaga ksiazke do laciny i pokazuje z madra mina co jest co i jak sie czyta „c”. mam szybko zalatwic w pracy co jest do zalatwienia i jedziemy po zeszyty i okladki.

 

 

 

 

malinowy pierwszy dzien w gimnazjum.

no wiec bylo dobrze. bylo swietnie. zaparzylam malinowej herbaty z malinowym sokiem. siedzielismy trojke a malina opowiadala i opowiadala. jakas taka zrelaksowana, szczesliwa, powazniejsza niz zwykle, zdania jakies uporzadkowane i okragle a rece spokojne bez przesadnej, malinowej gestykulacji. pierwszy raz poczulam, ze dobrze, ze nie walczylam przeciw te szkole, dzis czuje, ze to jednak byl dobry wybor szczegolnie, ze malina ma absolutne poczucie, ze to ona sama zdecydowala i w sumie tak jest. najbardziej usmialam sie z opowiesci o pierwszej przerwie, kiedy przed klasa zebrali sie „dorosli” uczniowie z najstarszych klas, zeby obejrzec nowa klase:

 – ojej jakie ladne! jakie male! ale fajne! – wolali jeden przez drugiego.

wszystko sie malinie podobalo. i obiad. i podwieczorek. i praca domowa. i wychowawczyni. i powrot busem. i fakt, ze pani wybrala ja na czytanie „slowa od pierwszoklasistow” do reszty szkoly. bardzo ladny tekst. i ze w przyszlym tygodniu idzie na porbe na zajecia choru i akrobatyki i trabki i koszykowki. oczywiscie nie wszystkiego na raz! tu sie wtracamy, bo malina ma soboe wybrac zajecia nie wymagajace pracy domowej: chor, koszykowka, bo juz trabka, wloski czy francuski wymagaja cwiczen a malina nadal chce grac na pianinie i tanczyc. co za duzo to nie zdrowo. pamietam jak w te wakacje pytamy ja po obowiazkowej sjescie poobiedniej co robila a ona na to:

 – nudzilam sie. bylo super!

jestem absolutnie za nuda, relaksem i mysleniem o niebieskich migdalach, bo tylko wtedy mozna wymyslec cos nowego, pieknego czy niezwyklego. ta szkola nie da malinie czasu na nude, wiec o te strone jej zycia nadal musimy troszczyc sie my rodzice.

ide spac. nawet nie wiedzialam, ze ten dzien bedzie taki emocjonalny.

 

 

 

malina gimnazjalna.

 

jeszcze niedawno malina maszerowala pierwszy raz do przedszkola z workiem w ktorym byla bielizna i rajstopki na zmiane jakby nie zdazyla do toalety, gumowe spodnie do zabawy w deszczu i blocie, wlasna lyzeczka do sniadaniowych nasionek ozdobiona tygryskiem. a tu? prosze. siedzimy sobie w cudownej klasztornej jadalni (refektarz?) i sluchamy, ze szkola ma nie tylko rozwijac glowe, cwiczyc mozg, ale otwierac serce. tu zawiaza sie pierwsze przyjaznie, moze nawet na cale zycie, tu zaczie formowac sie swiatopoglad i tutaj kazde dziecko zacznie znajdowac swoje ja, siebie prawdziwego. dla mnie to slowa klucze: ja-prawdziwa. nastolatek to czlowiek, ktory jeszcze z dziecieca wrazliwoscia, otwartoscia i szczeroscia zaczyna byc czescia doroslego swiata. stoi bezbronny, prawdziwy, ciekawy, zbuntowany, pelen energii by wszystko stworzyc od nowa, zmienic i popchnac do przodu. siedzielismy obok maliny myslac, ze po raz kolejny wkracza w nowe srodowisko pewnym krokiem i z usmiechem. ma za soba waldorf, szkole intergracyjna, wiejska szkolke nad jeziorem – doswiadczenia dobre i zle, problemy ktore roznie rozwiazywala i chociaz czasem lekko posiniaczona to zawsze wracala do domu z tarcza a nie na tarczy.

 

wciaz spogladam na zegarek, bo nie moge sie doczekac jej powrotu i relacji. musze byc do 17:00 cierpliwa. dobrze, ze mam duzo pracy.

 

 

i tak dalej.

 

trzy tygodnie nic_nie_robienia dobrze nam zrobily. stalismy sie tak harmonijna, zadowolona z zycia rodzina, ze nuda wieje we wszystkie strony. reklama czekoladek merci normalnie. jestesmy lekko zloci od slonca, troche lzejsi od skakania i plywania, wlosy nam splowialy od soli, dusze przewietrzyly kilkoma przeczytanymi ksiazkami, patrzeniem w gwiazdy i w bezkres horyzontu. wczoraj nasza stadnina powiekszyla sie o kilka silnych konikow (mechanicznych), jutro malina idzie do gimnazjum. dzis wieczorem czeka ja niespodzianka w postaci torby „na nowa droge zycia” a w niej: telefon, klucz, zeszyt do spisywania waznych rzeczy i dropsy na dobry humor.

 

 

a wczoraj.

 

urodziny tescia. grylowalismy rozne roznosci, zamiast tortu byly dwie sliczne muffinki: w jednej 7 swieczek w drugiej 4, bo to 74 urodziny. w ogrodzie zapalilismy pochodnie, i swieczki w kolorowych sloiczkach. malina powiesila piekny plakat urodzinowy dla dziadka. ale bylo ladnie!

potem siedzielismy jeszcze dlugo w nocy i dopijalismy czerwone wino, przyszedl kot sasiadow, ktory stal sie juz chyba mlodziencem ale nadal jest drobny i zwinny. lezal obok nas i muczal jak maly motorek. nie wiedzialam, ze koty tak mrucza. pierwszy raz w zyciu mialam kota na kolanach.

a ja.

a ja mam tak. sama ide do teatru polonia. w oczekiwaniu na seans sacze martini i podsluchuje o czym mowia przy sasiednim stoliku. potem szukam swojego krzeselka. potem gasnie swiatlo a na scenie dzieja sie ciekawe rzeczy. potem jest przerwa. wychodze i jest cieplo. i kazdy w jakim zamysleniu, rozbawieniu, troche lepiej ubrany niz normalnie. gdzies w oddali mknie tramwaj. to to jest taki moment, kiedy jestem wzruszona takim wzruszeniem, ktorego nie umiem dobrze opisac, ale nawet teraz w domu potrafie przywolac to uczucie przyjemnosci.

potem ide na kawe z kolezanka, ktora jeszcze wczoraj nie wiedziala ze bede w warszawie, bo ja sama tego nie wiedzialam. i ona natychmiast ma czas na kawe. inna gotuje obiad i zaprasza mnie z malina. ot tak. z dnia na dzien. to wiem, ze jestem w warszawie. w niemczech na wszystko umawiam sie z polrocznym wyprzedzeniem.

widze, ze na ochocie od mojej ostatniej wizyty znow kilka kamienic dostalo nowe sukienki, mruga slicznymi oknami, blyska nowymi parapetami a wokol nich wija sie nowe chodniczki to az mi dobrze, bo malina kreci glowka, ze ja tu spedzilam dziecinstwo i tu jest slicznie. niestety rozwalony smietnik, za ktorym gralismy w chowanego o w ktorego katku latalismy na siku (nikt nie ryzykowal sikania w domu, bo rodzice mogli uznac, ze koniec i juz by nie wypuscili na podworko, bo pozno) jest pokryty nowym tynkiem, wyglada jak domek, ma sliczne futeczki… zamykane na kluczyk. ciekawe jak sobie dzieci teraz z tym radza:-)

tramwaje z klimatyzacja lub bez gladko sunace po szynach albo przewalajace sie po nich z takim zgrzytem i gruchotem, ze umarlego by poderwalo z grobu, ale punktualne. dla maliny tramwaje w warszawie sa taka atrakcja, ze kiedy wsiadamy w taksowke do konstancina, pol drogi jest obrazona. ok do starej milosnej tluczemy sie autobusem ku radosci dziecka. wszedzie czysto, rowniutkie, czerwone chodniczki, blyszczace dachowki. nuda jak w niemczech.

placac za pralinki u bliklego odpowiadam malinie: dobrze, sloneczko! co wyglada jakby bylo skierowane do sprzedajacej za co ja przepraszam a pani sie smieje: mialam nadzieje, ze to do mnie! w autobusie pytam z malina o droge kierowce. odpowiada, tlumaczy, wysiadamy. kierowca rusza dalej wzdluz placu teatralnego i dalej macha do maliny reka, malo w latarnie nie wjedzie. w kawiarni widze, ze nie mam kremu do rak a suchych rak nienawidze. mila pani kelnerka dyskretnie uzycza mi kropelke swojego kremu. podrapanej malinie kelner przynosi plasterek. w sklepie pani biega za malina zeby dobrac jej wystarczajaco dopasowane buty. malina ustawia sie w kolejce do punktu coca coli, zeby wyprodukowac puszke ze swoim imieniem. zostawiam ja na pastwe tego marketingu, lece po upatrzona kiecke na gore w arkadii. wracam. zamieszanie. okazalo sie, ze nie mozna wyprodukowac puszki jak sie jest nieletnim, wiec jakies starsze panie chca sie podac za opiekunki maliny, zeby dostala te puszke. pojawiam sie i wszyscy sie ciesza: ta dziewczynka byla taka smutna! chcialysmy ja na chwile adoptowac! w nagrode dostaje i ja te nieszczesna puszke.

w sobote wieczorem ide z mama i malina na iscie plebejskie wydarzenie: water symphony na podzamczu. o 21:30 gra glosno muzyka, na mgle kropelek hologramowy dyrygent dyryguje wodnym przedstawieniem, feria swiatel i tanczacych fontann. nie dziwie sie, ze mimo poznej pory wsrod widzow duzo dzieci. rozmach tego widowiska dociera do mnie jednak dopiero po jego zakonczeniu. niesamowite ilosci ludzi zaczynaja sie rozchodzic. jedni wspinaja sie po slicznych nowiutkich schodach na rynek nowego miasta, inni wzdluz wislostrady ida jakby tlumna procesja do autobusow i trawaju na podowalu, bokiem mkna rowery glosno dzwoniac, zeby nikt nie wpadl im pod kola. ludzie nie mieszcza sie na drodze dla pieszych, wiec trzeba ich ostrzegac, zeby nie bylo wypadku.

uliczne teatry malina zalicza dwa razy: kopciuszek i czerwony kapturek. osada jest tak genialna, ze doroslych jest wiecej niz dzieci. jakas starsza pani widzac, ze malina nie moze znalezc miejsca oferuje jej swoje kolana. malina ma jednak swoja poduszke do siedzenia na ziemii za to w pierwszym rzedzie. pamietam pchle szachrajke sprzed roku i lament. boze jak ja bym chciala taki teatr w monachium.


mnie tam sie w polsce bardzo podoba. 

krotka improwizacja warszawska.

 

boze, czego ja dzisiaj juz nie zalatwilam. biegam po miescie swinskim truchtem a oddech lapie w tramwaju lub autobusie. w domu uzywam tylko samochodu i roweru, wiec komuniakcja miejska cieszy mnie tak samo jak maline. jest punktualnie, czysto, choc nowe tramwaje maja strasznie niewygodne siedzenia. wieczorem spontanicznie polecialam do teatru polonia, ktory kocham. kupilam sobie bilecik, usiadlam w przyciemnionej kawiarence martini w garsci i podsluchiwalam dyskusje o swiadczeniach rodzinnych w polsce i jak niemcy to swietnie rozwiazali. strasznie mnie korcilo zeby sie wtracic, ale tylko saczylam sobie zimne martini i czekalam na dzwonek. grube ryby genialne. w czasach youtube, iphone i innych wariacji mozna siedziec w teatrze z pluszowa kurtyna i smiac sie do rozpuku z klasycznie zagranej komedii w genialnej obsadzie na tematy banalne jak malzenstwo ze starym facetem – gruba ryba. moja tesciowa wkurza sie, z nie podrozujemy po swiecie a ja po jednym zadyszanym, spoconym, za krotkim dniu w warszawie czuje ze zyje. nagle nie przeszkadza mi halas, kazda pania u bliklego mam ochote usciskac za pyszna kawe, na widok uw sie wzruszam, na widok podswietlonej noca politechniki tez. w sumie nie mam urlopu, ale moj asystent spial tylek i stara sie nie dzwonic. jezuniu, jak fajnie.

perseidy.

 

wieczorem ustawilismy sobie wino na malym stoliczku, wymoscilismy lezaki i zaczelismy czekac na perseidy. kilka lat temu widzialam spadajaca gwiazde nad baltykiem. krotka kreska. tego lata widzielismy tez dwie, trzy takie kreski na niebie. mgnienie oka i zaraz nie wiadomo czy sie to naprawde widzialo.

nie spodziewalam sie niczego nadzwyczajnego, ale i tak bylo fajnie tak sobie biwakowac na tarasie. i tak kolo 23 zaczelo sie. kreska za kreska. akcja w sumie antylkoholowa. czlowiek boi sie niebo spuscic z oczu w czasie lykania wina, bo moze wlasnie w tym momencie spadnie znow jakas gwiazda. tak kolo polnocy zaczely spadac tak jak w jakim komiksie albo bozonarodzeniowej pocztowce. niektore jakby ktos je zle umocowal w teatralnej dekoracji – nie dokleil czy nie wbil porzadnie gwozdzia: bam!, inne jakby ktos rzucal kule z plomiennym ogonem, ktora na krotka chwile przeszywala niebo na pol. po polnocy, kiedy juz wszelkie marzenia zostaly wyslane we wszechswiaty, zaczelismy dyskutowac dlaczego i jak to sie dzieje a potem zmeczeni, dachowi astrologowie za trzy grosze, poszlismy spac. i koniec. piekna noc.

na 80 urodziny.

 

moj bardzo powazny klient w londynie, z ktorym jestem polaczona na fb, w piatek wczesniej skonczyl wszelkie spotkania, bo spieszyl sie do swojego ojca na 80 urodziny. przyjecie bylo wystawne w bardzo pieknej posiadlosci na poludniu anglii. dzis na fb pokazal swojego tate, ktory zdumionej rodzine w piatek zaprezentowal co sobie sam na 80 urodzony sprezentowal: tatuaz na obu ramionach od nadgarstkow po ramiona. oznajmil, ze marzyl o tym cale zycie.