malinowy lekarz.

 

jestesmy zaproszeni na kolacje do znajomych. strasznie jestem ciekawa jak sie urzadzili, bo od dwoch miesiecy mieszkaja w nowym mieszkaniu w jednej z najladniejszych dzielnic miasta. jedziemy. adres mam gdzies w skypie, ale przeciez numer pamietam, prawda? pewnie! skrecamy w przepiekna ulice i hyc! numere wyskakuje mi z glowy. i kurcze no nie wiem ktory numer. nie wiem i juz. chyba ten.

 – malina wez wyskocz i sprawdz czy jest nazwisko ga.

malina biegnie do furtki. czyta. wraca:
 – nie to jakas klinika.

ok. jedziemy dalej. chyba tu! malina sprawdza, nie ma tabliczki z nawiskiem znajomych. sprawdzamy kolejna furtke. w koncu dzwonie do znajomych i pytam o numer. aaaa ok. zawracamy i okazuje sie, ze chodzi o te pierwsza furtke. wyciagamy kwiaty i prezenty, stajemy przed furtka. w przedwojennej willi mieszkaja trzy rodziny. trzecia tabliczka: stoi jak wol nawzwisko znajomych.

 – malina co ty z ta klinika?

 – no bo ja nie wiedzialam, ze ag. jest lekarzem? tu mieszkaja sami lekarze.

tak. trzy rodziny a kazda ma przed nazwiskiem wygrawerowany tytul doktora.

 

 

 

wpis jesienny

 

od kilku dni na parapecie kuchennym za oknem leza dwie sliczne dynie. leza? lezaly. w poludnie chce na parapet wystawic wielki, nieforemny garnek, bo nie miesci mi sie w lodowce a na oknie pusto. ale sie wkurzylam spontanicznie! ktos wlazl mi do ogrodu i gwizdnal dynie! moze malina wziela do zabawy?
tylko spokojnie. tylko spokojnie.
stawiam garnek na parapecie i w tym momencie uswiadamiam sobie, ze w garnku jest dyniowa zupa krem na dzisiejsze ognisko. z tych dwoch dyn.

 

malinowa musztra.

wczoraj rano malina miala poranek zamyslony. miedzy jednym lykiem herbaty a drugim jej wzrok ginal gdzies w glebi ogrodu widocznego przez kuchenne okno a tonacego w porannych, jesiennych ciemnosciach. kazdy tak czasem ma, wiec staralam sie nie burczec, tylko dyskretnie przypominac, ze robi sie pozno, ze autobus nie bedzie czekal, ze jeszcze zeby do umycia, wlosy do uczesania… po ktoryms upomnieniu zaczelam sama siebie denerwowac i powiedzialam, zeby malina dala sobie spokoj z ta herbata bo sie spozni na autobus i tyle.

ok. zabki umyte. wlosy. wlosy zostaly dobrze przyciete w wakacje, ale wciaz sa to bardzo dlugie wlosy. rankiem nawet jakby dluzsze i bardzo poplatane. tu malina z kolei stracila cierpliwosc i buchnela placzem, ze jej wyrywam wlosy. jezu. w zyciu nie ryczala przy czesaniu. to musi byc jednak stres z ta nowa szkola. ooomg. tylko cierpliwosc moze mnie uratowac. szybka kitka i malina leci sie ubierac.

zaklada ciepla luze z kapturem, na to kurtke deszczowke, na to wielki szal/chuste oraz czapke z daszkiem. kiedy juz wyglada jak okragly balwanek i prawie nie moze sie schylic zabiera sie za chacksy, ktore sa za kostke i najpierw trzeba je rozluznic zeby jakos weszly a potem zasznurowc, co w tej ilosci ubrania, ktore ma na sobie malina jest prawie niewykonalne, wiec trwa. trwa. trwa. a ja? nie krzycze. burcze tylko i bardzo jestem z tego dumna, bo moglabym wybuchnac jak jakas mina ladowa.

wieczorem wracamy do sprawy, idziemy do przedpokoju:

 – malina, kolejnosc rano jest taka: sniadanie do tornistra, tornister pod drzwi, zakladasz: buty, bluza, szalik, kurtka, czapka, tornister.

 – no co ty! czy ja w przedszkolu jestem? przeciez ja to wiem!!!

 – normalnie wiesz, rano nie wiesz. powtorz!

 – sniadanie do tornistra! tornister pod drzwi! buty! bluza! szalik! kurtka! czapka! tornisteeeeer!

wlosy wyczesane do snu. tornister zapakowany.

 

dzis rano luz blues. prysznic, przygotowane wczoraj ubranie, sniadanie, wlosy czesza sie niemal same, tornister czeka pod drzwami. malina ostentacyjnie wrzeszczy na caly dom:

– sniadanie do tornistra! tornister pod drzwi! buty! bluza! szalik! kurtka! czapka! tornisteeeeer!

– o matko malina, daj spokoj jeszcze tyle czasu!!!

tatus natychmiast wykorzystal sytuacje: ubieramy sie i idziemy do autobusu dluzsza droga. spacer. no dooobraaaa. czapka. kurtka. idziemy. po drodze spotykamy sasiadke z psem. (co oni robia, te ten pies co lata po lakach i lesie wciaz wyglada jakby byl codziennie prany w pralce ze specjalnym programem na miekkosc i puszytosc i wyglda jak pluszowy?) na parkingu spotykamy dzieci co jada autobusem w druga strone i te co na rowerze pedza na kolejke. o malinowe kolezanki. zatrzymuja sie na chwileczke. przyjezdza busik malinowy a pan kierowca zna nasza sasiadke, wiec sobie tak wszyscy stoimy i gawedzimy o pogodzie. jakies dobre 5 minut. dzieci sie rozjezdzaja w rozne strony, my z mezem robimy okrazenie i zahaczamy o piekarnie, kupujemy precle. w domu gotujemy kawe i zabieramy sie za prace. i przez chwile ma sie wrazenie, ze swiat jest wlasnie taki jak ma byc.

 

 

 

 

malina wesola.

 

wraca malina ze szkoly a smieje sie, ze nie wiem.

 – fajnie dzis bylo?

– bardzo!!! i smiesznie tez bylo. super dzien!

 – tak? a co bylo takie smieszne?

 – na lacinie nauczylismy sie nowego slowa.

 – smiesznego? – od razu w myslach chwale nauczyciela. dobrze, ze wymysla wesole rzeczy. w ten sposob zacheci dzieci do nudnego przedmiotu.

 – tak! slowo „gdzie”.

 – gdzie?

 – tak! po lacinie gdzie to ubi! u – b – i !!!- i malina nie moze juz nic powiedziec, bo peka ze smiechu.

 

to pewnie tak jest, z im starsze dziecko, tym trudniej je zrozumiec…

nauczycielki+rajstopy

 

zagladam czasem do statystyk. duzo roznych wejsc. z roznych znajomych blogow, z nieznanych, z zamknietych, do ktorych nawet nie mam kluczyka. ciesza mnie wszystkie wejscia i komentarze. dziekuje.

jest jeden adres, ktory frapuje mnie niezmiennie. pojawia sie regularnie, niemal codziennie:

http://tematy.blox.pl/Blox/szukaj/nauczycielki+rajstopy

kazdego by zdziwil, co?

pozdrawiam tak czy owak kazdego kto tu zaglada. z kazdego adresu!

 

 

 

poniedzialek w malinowym gimnazjum.

stan eurforii nie mija. na razie! w tym tygodniu malina ma wyprobowac rozne zajecia dodatkowe i do konca miesiaca zdecydowac co chce robic. probuje wiec: akrobatyke, gotowanie, koszykowke, taniec, wspinanie i chor. chcialaby jeszcze trabke. na koniec ma sie zdecydowac na jedne lub dwa dodatkowe zajecia.

 – a na jakie powinnam sie zdecydowac?

 – no nie wiem, masz je wyprobowac zeby zobaczyc co ci sie podoba, zeby samodzielnie zdecydowac.

 – ale jak zle zdecyduje to sie bedziesz zloscic.

 – zloscic?!

po raz kolejny malina przenosi na mnie historie, ktore uslyszala o innych rodzicach. kiedys powiedziala, ze bala mi sie czegos tam powiedziec, bo bym ja… wytargala za ucho.

 – ale czy ja ciebie w zyciu pociagnelam za ucho?!!

 – nie. no ale pomyslalam, ze moglabys to zrobic. i sie balam.

 

zagladam w malinowy zeszyt do laciny. juz te pierwsze kilka lekcji przyprawia mnie o mdlosci. mam alergie czy co? przede wszystkim widze, ze malina jest w sumie z podstawowki nieprzygotowana do gramatyki. pod koniec 4 klasy robili cwiczenia zeby odroznic akkusativ od genetivu i tyle. a tu podrecznik lacinski dwoluje sie do niemieckiej deklinacji. malina macha raczka: mamusiu, ja to maiaam w polskiej szkole, po lacinie jest nawet latwiej, bo o jeden przypadek mniej. aha. no dobra.

w wolnej chwili dzieci rysuja. malina smaruje wampirzyce o figurze modelki kolo pieknego grobu. na pierwszych zajeciach z religii pyta czemu tu sa tylko mnisi. byloby milo przeciez gdyby byly tez zakonnice. amen.

 

taktyka

kiedys moglam zapraszac tesciow niezaleznie od humoru. dziekowali, ale nie mieli czasu. a pewnie chodzilo o to, ze nie mieli ochoty. tesciowej nie podoba sie, ze pracuje, ze malina chodzi do polskiej szkoly, ze nie prasuje, slabo gotuje i w ogole ogolnie ja z lekka wkurzam. nigdy tez jakos nie udalo jej sie zakochac w malinie. az tu nagle – od jakichs dwoch lat – zupelnie zmienil sie front. tesciowa znienacka polubila maline, rozplywa sie nad jej zdolnosciami, malinowy prezent: obraz akwarelowy bzu, lekko kiczowate dzielo sztuki pedzla malinowego powiesila na honorowym miejscu, odwiedzaja nas jak tylko ich zaprosimy.

jutro moja tesciowa ma urodziny. niefrasobliwie powiedzialam, ze skoro zaprosilismy ich na urodziny tescia, to w ramach symetrii i rownosci plci musimy zaprosic ich teraz na urodziny tesciowej. rybne fondue, dodalam jeszcze. maz oswiadczyl, ze pewnie nie przyjda, bo tesc cos wspominal, ze ida do restauracji a nastepnego dnia jada na kilka dni w gory w ramach prezentu. tak? no to tym bardziej! zapraszamy bez wahania, bo i tak odmowia! a ja zbiore punkty jako cudowna synowa, co?

telefon do tescia. no pewnie nie, bo w sumie juz wszystko zaplanowane, ale oczywiscie sprawdzi z solenizatka.

telefon od tescia. sprawdzil. solenizatka wniebowzieta. przyjezdzaja na fondue. a po wycieczce w gory zapraszaja nas do tej restauracji, co jutro odmowia rezerwacje stolika.

i masz babo placek.

wszyscy strasznie sie ciesza a ja chyba musze absolutnie zmienic taktyke jesli chodzi o te zaproszenia.

maz sie smieje: mowilem, ze powinnismy byc ostrozni!!!

 

 

 

 

malinowa polszczyzna

 

miasto obwieszone jest plakatami wyborczymi. jedna mala partia postanowila dac o sobie znac glosno i dobitnie: na plakacie widnieja cztery posladki, kazdy w kolorze poszczegolnych duzych partii i podpis: czy znow chcecie wybrac w wyborach same dupy? malina oburzona, ze ktos zgodzil sie (4 osoby w dodatku, bo poldupki sa wyraznie rozne!) na publiczne wystawienie wlasnej pupy. tlumacze, ze przeciez pupa jest bardziej anonimowa niz twarz. z twarza bylby wiekszy wstyd niz z ta gola pupa. i nagle przychodzi mi do glowy, ze nigdy na takie tematy nie gadalam z malina szczegolowo:

 – malina, a jak sie nazywaja po polsku posladki?

 – policzki dupne. – odpowiada zadowolona z siebie malina, dajac do zrozumienia, ze niczym nie moge jej zaskoczyc.

 

smieje sie do rozpuku, ze malo dziecku sie wylupie oka, lapiac sie za glowe. malina tez rozbawiona:

 – nie wydlubaj mi oku!!!