malina swiatowa.

 

w nagrode za swietna mature malinowa kuzynka spedzila z dziadkiem 10 dni w nowym jorku. entuzjazm kuzynki udzielil sie malinie, wiec zaczela liczyc dni do matury. dla skrocenia czasu oczekiwania dostala prezenty: czapke i bluze.

dzis rano wystrojona w czapke z napisem NEW YORK i bluze ze srebrnym NEW YORK, malina pochwalila swoje odbicie w lustrze:

 – jestem cala jak z LONDYNU.

 

malinowe telefoniczne entrée.

 

siedze w wielkiej sali kina international w berlinie. miedzynarodowa publicznosc w cudownie kwadratowym, socrealistycznym olbrzymim budynku, w ktorym niejako przenowsze w czasy warszawy mojego dziecinstwa. przycmione swiatlo, skupiona cisza, na scenie stoi jeden z autorytetow naszej branzy (znamy sie z czasow kiedy jeszcze byl zwyklym szarym czlowiekiem jak ja) i przeklada na na nasza rzeczywistosc bajke o krolu, ktory jest nagi. na kolanach wibruje mi telefon, wiec chce nacinac, szepnac malinie, ze nie moge rozmawiac, rozlaczyc sie i jakos dyskretnie wyjsc na korytarz zeby zadwonic do domu. zamiast tego naciskam guzik na glosna rozmowe i w calym kinie rozlega sie okrzyk:

 – M A M U S I UUUUUU!!!!!

umarlam. siedzaca obok kolezanka tez umarla.

po czym wyszlam nagrodzona oklaskami. w korytarzu pogadalam z malina, ktora zostala wybrana na koncert ze swoim pianistycznym popisem i jest to w jej szkole wielkie wyroznienie. znow umarlam. z dumy tym razem.

pan rezyser, ktory wciaz stal na scenie widzac, ze wslizguje sie do sali kinowej przerwal krotko, pokiwal dlonia i zapytal, czy pozdrowilam malina od niego i wszystkich tu zgromadzonych. znowu umarlam, pokiwalam glowa a potem kiedy saczylismy prosecco delektowalam sie mimowolnym pr. bo co i raz ktos podchodzl do mnie i cos milego mowil. dzieki adrenalinie jestem gotowa na reszte wieczoru. kolacje sushi ( w berlinie mozna isc na sushi, ze düsseldorf odpada!) a potem na party. jeszcze jutro tylko i do domu!!!

berlin

ainspirowana wpisem dziesiejszej dumnej mamy mysle sobie o macierzysnkiej milosci. moim zdaniem musi byc slepa, bezwarunkowa, bezkrytyczna i irracjonalna, czysta jak lza, okraszona zachwytem i szacunkiem do wlasnego dziecka.

kiedy patrze na ludzi, ktorych uwazam za spelnionych i szczesliwych to najczesciej sa to szczesliwcy, ktorzy zaznali takiej wlasnie milosci.

dla mnie prototypem matki idealnej jest matka forresta gumpa. pamietacie te postac? uwielbiam ja.

Czytaj więcej na http://www.styl.pl/wizytowka-annaanna/dziennik/wpis-dumna-matka,nId,1054383#pst67489020?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

w berlinie zamiast cieszyc sie, ze moge tu bywac, smuce sie sie, ze nie moge tu mieszkac.

ainspirowana wpisem dziesiejszej dumnej mamy mysle sobie o macierzysnkiej milosci. moim zdaniem musi byc slepa, bezwarunkowa, bezkrytyczna i irracjonalna, czysta jak lza, okraszona zachwytem i szacunkiem do wlasnego dziecka.

kiedy patrze na ludzi, ktorych uwazam za spelnionych i szczesliwych to najczesciej sa to szczesliwcy, ktorzy zaznali takiej wlasnie milosci.

dla mnie prototypem matki idealnej jest matka forresta gumpa. pamietacie te postac? uwielbiam ja.

Czytaj więcej na http://www.styl.pl/wizytowka-annaanna/dziennik/wpis-dumna-matka,nId,1054383#pst67489020?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox



ainspirowana wpisem dziesiejszej dumnej mamy mysle sobie o macierzysnkiej milosci. moim zdaniem musi byc slepa, bezwarunkowa, bezkrytyczna i irracjonalna, czysta jak lza, okraszona zachwytem i szacunkiem do wlasnego dziecka.

kiedy patrze na ludzi, ktorych uwazam za spelnionych i szczesliwych to najczesciej sa to szczesliwcy, ktorzy zaznali takiej wlasnie milosci.

dla mnie prototypem matki idealnej jest matka forresta gumpa. pamietacie te postac? uwielbiam ja.

Czytaj więcej na http://www.styl.pl/wizytowka-annaanna/dziennik/wpis-dumna-matka,nId,1054383#pst67489020?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox



swieto zmarlych.

 

tutaj niewielu ludzi chodzi na groby. niemcy nie maja takiej tradycji a polacy maja swoje groby w polsce.

w naszej wiosce na cmentarzu ewangelickim pali sie wieczorem ognisko i ludzie spiewaja jakies piekne piesni niezaleznie od tego
czy maja akurat zmarlych na tym wlasnie cmentarzu czy nie i wsrod spiewajacych obok ewangelikow stoja katolicy. to chyba tutejszy, wioskowy zwyczaj. bardzo mi sie podoba, mimo ze nie lubie swieta zmarlych, nie lubie zastanawiac sie nad smiercia i nie lubie nadawania jej sensu. jedyne co o niej wiemy, to ze jest nieunikniona i wystarczy. wole o niej nie pamietac. dla mnie zadna smierc nie ma sensu.

na poludniu niemiec jest dzis wolne, na polnocy nie, wiec moj maz ma wolne, maline ma ferie tak czy owak a ja – zatrudniona w hamburgu – mam normalny dzien pracy. pracuje wiec a malina z tatusiem poszli do… zoo bo jest pieknie, zloto i cieplo. wlasnie napisali sms, ze byli jedyni w calym monachium, ktorzy wpadli na ten pomysl. w przeogromnym zoo sa niemal sami.



pewnego materaca historia.

wiem, wiem, szczoteczke do zebow trzeba wymieniac co miesiac, kapcie co trzy miesiace, majty codziennie, a materac… no jak sie przeczyta co sie gromadzi przez lata w materacu, to spedza sie noc w wannie albo na hamaku. dwa lat temu zaczelismy szukac optymalnego materaca. to jest cala filozofia, to jest magia, to jest marketing nieporownywalny z niczym, z czym mialam w zyciu do czynienia. jedni daja ci materac na dwa miesiace: spij, zobacz jak fajnie i kup a jak niefajnie, to mozesz oddac i nic cie to nie kosztuje. inni daja ci polezec przez chwile i jak od razu nie rozpoznajesz, ze wlasnie lezysz w jedynej dla ciebie odpowiedniej pozycji, dzieki ktorej bedziesz wiecznie mlody a twoj kregoslup bedzie cie nosil po tej ziemi przez nastepne 100 lat, ze twoje ramie miekko wtula sie w miekki oblok i jak tego nie czujesz to… spadaj. lezelismy na wielu materacach i wczuwalismy sie w sytuacje. moj maz tak sie wczul, ze nawet kupil sobie pasujaca do materaca poduszke. materac zamowiony. bedzie specjalnie dla nas wyprodukowany, wiec czekamy dwa miesiace. czekamy i spimy nadal na tym kelbowisku mild, zarakow i jakis swinstw. nie dziwota, ze snia nam sie koszmary. ale dzis. dzis jest ten dzien. w poludnie ma przyjsc materac, nasze zbawienie, od dzis nasze zycie sie zmieni, nabierze jakosci i – kto wie – moze zacznie nam wszystko snic na rozowo?

maz w podrozy. wstaje skoro swit i wyciagam stary materac do przedpokoju (jezusie, jaki to ciezar!) zeby pieknie odkurzyc i umyc lozko na powitanie nowego materacyka. pije kawe zmeczona i slysze, ze malina wakacyjna wstaje, wychodzi ze swojego pokoju i spotyka tam… no co? materac!:

 – o! materac! jaki piekny!!! jakie ma piekne liscie!!!

czlapie na gore. jakie liscie? a malina zachwyca sie dalej:

 – tak sie martwilas, ze niepotrzebnie kupiliscie ten materac, ale jak widze jaki on jest piekny, to sama musisz powiedziec, ze warto bylo kupic!!!

 – malina. to jest stary materac. bedzie dzis zabrany i wyrzucony do smieci.

i patrze na to kremowo-perlowe cudo, swiadka wielu malzenskich tajemnic, pierwszego lozka na ktorym karmilam maline i normalnie nie moge uwierzyc, ze go wywalamy. dzwonie do meza i ten stawia mnie do pionu. niech mnie nie zwiedzie biel w sloncu, bo w srodku same mikroby i inne swinstwa! dobra. ide na kawe a malina negocjuje, bo jej by sie taki materac bardzo przydal. no ale czy ja dam dziecku bawic na tym mrowisku? na tym mikroswiecie ameb i zarazkow? nie.

w poludnie przyjezdzaja panowie, grzecznie zdejmuja buty, montuja nowy materac, zabieraja stary i jeszcze biora podpis, ze wszystko ok. no ok. ok, chociaz… jakis maly ten materac. jakos tak luzno lezy na lozku. ide po miarke. materacowi brakuje 5 sm szerokosci.

w tym kraju, gdzie kazdy chlopiec rodzi sie inzynierem. gdzie kazda kobieta na oko odmierza 57,3 gramy soli. w tym kraju precyzji i porzadku dostaje materac o 5 cm za waski.

niemiecki ty moj kraju zaadoptowany, jakze ja teraz odbuduje w sobie zaufanie do ciebie? do twoich tüv, gwarancji i innych ubezpieczen i znakow ostrzegawczych?

 

maz siedzi z chlopakami i szykuja prezentacje na jutro rano. napisal zebym poszla spac i delektowala sie noca bez jego chrapania i zebym polozyla sie na srodku, bo jak materac za waski to jeszcze spadne jakby polozyla zbyt blisko brzegu. jutro reklamujemy.

 

 

pierwsze malinowe ferie w gimnazjum.

 

dzis zaczynaja sie ferie. krotki bilans z tych kilku tygodni w nowej szkole jest niemal tak monotonny jak zakonczenie podstawowki: malina przyniosla do domu same jedynki. najpierw myslalam, ze szkola tak pomaga dzieciom przyzwyczaic sie do nowej, juz nie tak dzieciecej rzeczywistosci jak w podstawowce i tak motywuje dzieci do nauki dobrymi stopniami. po spotkaniu z rodzicami wiem, ze polaly sie juz lzy, byly piatki i szostki a przewazaja trojki. malina i jeszcze jedna dziewczynka sa najlepsze w klasie. wprawia mnie to w dobry humor? tak. bardzo.

na ferie wszystkie ksiazki i zeszyty zostaly w szkolej szafce a w domu na maline czekaja: nowe wydanie geolino z filmem, gruba ksiazka czytadlo w pieknej okladce, gra, nowe swierszczyki z polski i herbata z jagodek w tiulowych torebeczkach. nauka w ferie jak zwykle zabroniona. w przyszlym tygodniu ma byc tylko leniwie, przyjemnie i wesolo. bedzie!

 

i mysmy tam byli, miod i wino pili…

weekend spedzilam swietnie sie bawiac na dwudniowym weselu. wszystko mi sie podobalo, wszystko smakowalo, wytanczylam sie niemal do rana z wlasnym 20 lat temu poslubionym mezem. moje dziecko tez sie wybawilo.
i tylko mam wrazenie, ze ten dzien byl piekny dla gosci a nie dla samych bohaterow: mlodej pary. to wielkie dwudniowe party, ktore musialo kosztowac majatek przygotowala glownie panna mloda. pan wolalby kameralnie i krotko i gdzies z daleka od swiata, ale zgodzil sie proszac tylko zeby nie bylo zadnych weselnych gier. byly, niewiele, ale jednak! i czulo sie, ze pan zmuszal sie zeby nie wybuchnac a jak wniebowziety moderator (wodzirej) zawolal po zaaranzowanym szukaniu panny mlodej:

 – no i jak?!!! jak bylo do tej pory?!!!

pan szczerze zawolal:

 – jak dotad… okropnie!

wszystko bylo bardzo milo, dwa dni usmiechow, calusow, usciskow, pocalunkow, potrzasania dloni. do tej pory wedle zyczenia pani jezdzili na wakacje z przygoda (z plecakiem piechota przez indie, afryke itp) – tu pan wznosi oczy do nieba. teraz w podroz poslubna on postawil na swoim: jada ?na eleganckie wczasy all inclusive – tu pani wznosi oczy do nieba.

obie mamy unikaly siebie jak ognia a tesciowa idac na mownice w kosciele ostentacyjnie przeszla po dlugim na pol kosciola welonie panny mlodej.

mieszkalismy w pieknym zamku a czesc gosci w pobliskim hotelu i ciagle przenosilismy sie z jednej czesci parku do drugiej, potem do stadniny, potem na most prowadzacy do zamku a wszedzie albo grala jakas muzyka albo cos pilismy albo przegryzalismy albo puszczalismy banki mydlane, albo strzelalismy takimi petardami serduszek a wszystko w jesiennym sloncu, malowniczo, powolnie i przyjemnie.

malina miala ze soba trzy kreacje. najpierw chcialam ja przekonac zeby zrezygnowala ze swojej sukienki od chrztu, bo to troche przesada, ale potem zobaczylam, ze towarzystwo jest szalenie wystrojone i powiedzialam, ze niech zaklada co chce, ja jestem tylko odpowiedzialna za wslosy, wiec malina wystapila na balado rozowo, na dole dlugiej sukienki bombka a wszytko pokryte bialym cienutkim tiulem w kropki. do tego cieliste pantofelki i zlota wstazka we wlosach i kuse bolerko z bialego futerka. zaraz wkrecila sie do noszenia welonu i tyje ja widzielismy. potem byla wielodanipwa kolacja, trunki wszelakie, tance i tance, tance. kolo polnocy nasz prywatny kopciuszek poszedl do pokoju (hmmm sali rycerskiej o wielkosci 120 m2) i przebral sie w czerwona kiecke i dopiero skoczyl w tany! po 1 jednak nawet malina padla i sama z siebie poszla spac. my tancowalismy jeszcze do 5, ja na koniec boso. naciagnelam sobie miesien w lewym ramieniu a zakwasy mam takie, ze nie moge siedziec. takie mi sie zrobily wokol bioder a tam przeciez nie ma miesni!

wybawilismy sie za wszystkie czasy!

prawie weekend.

 

ale numer. malina od tego sportu tak schudla, ze nagle zmiescila sie w swoja sukienke od chrztu. blado lososiowa. ja mam tez lososiowa. jutro wiec partner look!!! jeszcze trzy maile i zaczynam weekend, jestem wymieta, zmeczona i przekrecona przez wyrzymaczke (czy kots w ogole wei co to jest?) jutro bede sie szybko restaurowac jak sredniowieczny kosciol.

 

 

jak cie widza tak cie pisza. malina corka pasterska.

 

malina ma kilka naprawde ladnych rzeczy, ale wiekszosc jednak jest dosc przecietna. ma kilka marzen ciuchowych ktore czasem realizuje ale z niektorymi mam problem, bo nie moge przelamac wlasnej niecheci. i tak od kilku jesieni dziecko marzy o kamizelce z futerka. naprawde ladne kamizelki z pradziwego futerka sa okropnie drogie a ja jestem znana ze skapstwa a te ze sztucznego futerka sa brzydkie i plastikowe. na weekend wybieramy sie do zamku na uroczystosci slubne i bedzie bardzo elegancko. i w kosciele i w plenerze i wieczorem i na sniadaniu. wczoraj w tempie ekspresowym przelecialysmy z malina kilka sklepow. malina przymierzala a ja pisalam sms-y i maile i tak korzystajac z mojego pospiechu i dobrego serca malina przemycila kamizelke swoich marzen. sztuczne bezowe futerko a z przodu jeden guzik na skorkowej sprzaczce. wracalysmy z torbami pelnymi slicznosci, ale tylko te kamizelke malina polozyla sobie kolo lozka i poglaskala na dobranoc. rano tatus, ktory nie trawi kamizelek wszelkiego rodzaju, ale na malinie trawi bezkrytycznie wszystko, poradzil przy sniadaniu:

 – jakby ktos cie w szkole dzis zapytal gdzie pracuje twoj ojciec, to powiedz, ze mamy stado owiec.

malina pekajac ze smiechu poturlala sie do szkoly.