wiem, wiem, szczoteczke do zebow trzeba wymieniac co miesiac, kapcie co trzy miesiace, majty codziennie, a materac… no jak sie przeczyta co sie gromadzi przez lata w materacu, to spedza sie noc w wannie albo na hamaku. dwa lat temu zaczelismy szukac optymalnego materaca. to jest cala filozofia, to jest magia, to jest marketing nieporownywalny z niczym, z czym mialam w zyciu do czynienia. jedni daja ci materac na dwa miesiace: spij, zobacz jak fajnie i kup a jak niefajnie, to mozesz oddac i nic cie to nie kosztuje. inni daja ci polezec przez chwile i jak od razu nie rozpoznajesz, ze wlasnie lezysz w jedynej dla ciebie odpowiedniej pozycji, dzieki ktorej bedziesz wiecznie mlody a twoj kregoslup bedzie cie nosil po tej ziemi przez nastepne 100 lat, ze twoje ramie miekko wtula sie w miekki oblok i jak tego nie czujesz to… spadaj. lezelismy na wielu materacach i wczuwalismy sie w sytuacje. moj maz tak sie wczul, ze nawet kupil sobie pasujaca do materaca poduszke. materac zamowiony. bedzie specjalnie dla nas wyprodukowany, wiec czekamy dwa miesiace. czekamy i spimy nadal na tym kelbowisku mild, zarakow i jakis swinstw. nie dziwota, ze snia nam sie koszmary. ale dzis. dzis jest ten dzien. w poludnie ma przyjsc materac, nasze zbawienie, od dzis nasze zycie sie zmieni, nabierze jakosci i – kto wie – moze zacznie nam wszystko snic na rozowo?
maz w podrozy. wstaje skoro swit i wyciagam stary materac do przedpokoju (jezusie, jaki to ciezar!) zeby pieknie odkurzyc i umyc lozko na powitanie nowego materacyka. pije kawe zmeczona i slysze, ze malina wakacyjna wstaje, wychodzi ze swojego pokoju i spotyka tam… no co? materac!:
– o! materac! jaki piekny!!! jakie ma piekne liscie!!!
czlapie na gore. jakie liscie? a malina zachwyca sie dalej:
– tak sie martwilas, ze niepotrzebnie kupiliscie ten materac, ale jak widze jaki on jest piekny, to sama musisz powiedziec, ze warto bylo kupic!!!
– malina. to jest stary materac. bedzie dzis zabrany i wyrzucony do smieci.
i patrze na to kremowo-perlowe cudo, swiadka wielu malzenskich tajemnic, pierwszego lozka na ktorym karmilam maline i normalnie nie moge uwierzyc, ze go wywalamy. dzwonie do meza i ten stawia mnie do pionu. niech mnie nie zwiedzie biel w sloncu, bo w srodku same mikroby i inne swinstwa! dobra. ide na kawe a malina negocjuje, bo jej by sie taki materac bardzo przydal. no ale czy ja dam dziecku bawic na tym mrowisku? na tym mikroswiecie ameb i zarazkow? nie.
w poludnie przyjezdzaja panowie, grzecznie zdejmuja buty, montuja nowy materac, zabieraja stary i jeszcze biora podpis, ze wszystko ok. no ok. ok, chociaz… jakis maly ten materac. jakos tak luzno lezy na lozku. ide po miarke. materacowi brakuje 5 sm szerokosci.
w tym kraju, gdzie kazdy chlopiec rodzi sie inzynierem. gdzie kazda kobieta na oko odmierza 57,3 gramy soli. w tym kraju precyzji i porzadku dostaje materac o 5 cm za waski.
niemiecki ty moj kraju zaadoptowany, jakze ja teraz odbuduje w sobie zaufanie do ciebie? do twoich tüv, gwarancji i innych ubezpieczen i znakow ostrzegawczych?
maz siedzi z chlopakami i szykuja prezentacje na jutro rano. napisal zebym poszla spac i delektowala sie noca bez jego chrapania i zebym polozyla sie na srodku, bo jak materac za waski to jeszcze spadne jakby polozyla zbyt blisko brzegu. jutro reklamujemy.