malina jezdzi na nartach, plywa, zegluje i zadnego z tych sportow nie nauczylismy jej my – rodzice. niestety pedagogicznie jakos nie jestesmy uzdolnieni. na nartach ze mna malina glownie lezala w sniegu i plakala a wokol ludzie dobrodusznie do niej i pogardliwie do mniesie usmiechali. takie malenstwo a matka nie podnosi. malina miala 4 lata i w malutkim kasku, na malutkich nartkach wygladala jak laleczka. odstawilam wiec laleczke na godzine jazdy z pieknowlosa instruktorka podobna do kopciuszka i po godzinie malina umiala troche hamowac i troche skrecac na oslej lacze a potem poszlo jak z platka. plywac nauczyla sie nasladujac starsza kolezanke w basenie, ktora okrutnie malinie imponowala. zeglowac nauczyla sie w klubie na lodeczkach optymistkach troche wiekszych od skorupki orzecha.
a lyzwy. bez szans. i ze mna i z kolezanka i z grupka kolezanek. jak rok temu pojechalsmy na lodowisko i okazalo sie, ze zamkniete, malina niemal uscikala mnie z radosci. tydzien temu malina zostala zaproszona na urodziny do kolezanki, ktorych pierwsza czesc odbywala sie na lodowisku. taaaa… a malina nie umie na lyzwach, ale na urodziny chce. wciagamy ze strychu lyzwy. za male.
– kupimy nowe?
– nie kupimy, kochaneczko. na dwie godziny nie bedziemy kupowac lyzew, ktore potem beda lezaly na strychu. wypozyczymy.
jestesmy gotowi do wyjscia, kiedy przejeta malina opowiada, ze jedna z kolezanek bedzie miala kask.
– o! no to jest pomysl! – ciesze sie, a malinie rzednie mina i cale jej jestestwo wiednie ze smutku, nad glowa jak w komiksie wwidze mysl: po co ja musze zawsze cos glupiego powiedziec?
ale z pomoca malinie niespodziewanie nadchodzi tatus, ktory normalnie nei ma nic przeciwko noszeniu gumowych spodni od stop do glow a najlepiej zbroi rycerskiej:
– no chyba nie idziesz do piwnicy po kask?
– ide.
– a sama jezdzilas na lyzwach w kasku?
– nie.
– ja tez nie. wiec daj spokoj.
no dobra. jedziemy. 8 dziewczynek. kazda ma w grasci kask i piekne lyzwy w esy floresy albo nawet obszyte futerkiem. my lecimy do wypozyczalni obok lodowiska. rozwalone pomaranczowe lyzwy. dopiero trzecia przymierzona para daje sie jakos zapiac. zostawilismy maline w czapce z pomponem i rozwalonych lyzwach i odjechalism. ja z okropnymi wyrzutami sumienia przez ten kask.
z urodzin odbieram maline – swiatowej slawy lyzwiarke z wielkim siniakiem na kolanie.
– mamusiu, jakie to latwe! t. mi tylko mowila: praaawa, leeeewa, praaaawa, leeeewa… i trzymaly mnie za rece.
i znow nie udalo mi sie czegos nauczyc wlasnego dziecka. jak ja pokazywalam: praaawa, leeeewa, praaaawa, leeeewa… to to zupelnie nie dzialalo. kupujemy lyzwy i trzymamy kciuki na jezioro tej zimy. zeby zamarzlo!