po nartach:



malinowa czworeczka.

 

uuuu wlasnie przyszlo sms opatrzone kolekcja „placzacych” buziek: 4 z laciny. przeslalam mezowi. a maz sms: ufff, jest zdrowa. 4 z laciny. ja w zyciu nie mialem 4 z laciny. i nastepny sms: nigdy nie bylem wystaraczajaco madry, zeby uczyc sie laciny!:-)

w styczniu zrezygnowalysmy z lekcji gry na pianinie: ja z placenia, malina z grania. nazwalysmy to przerwa do kwietnia a w kwietniu albo znow lekcje albo sprzedajemy pianino. od tygodnia malina codziennie cwiczy nie patrzac na zegarek i bez slowa z mojej strony.

jutro skoro swit uciekamy na narty. przez 9 dni swiat zredukowany do bieli sniegu i blekitu nieba.

 

 

 

 

malina w soboty.

 

przegladam malinowe zeszyty z polskiej szkolki. historia zaczyna robic sie skomplikowana (akurat przerabiaja rozbiory), geografia, lektury i wypracowania z polskiego. nic nie mowie, ale zaczynam sie zastanawiac, czy to nie przesada. kolezanki maliny jezdza w soboty na nartach, tancza, spotykaja sie a ta skoro swit jedzie do obskornej szkolki i meczy przygody alcybiadesa. naszlo mnie zwatpienie.

 

tatusiowa malina

czasem mysle, ze jak poczelismy maline, to w tej jednej slicznej komoreczce, ktora sie dzielila tak dlugo az uformowala sie malina, zebral sie caly material genetyczny mojego meza i nic ze mnie. rzesy malina malina ma po mnie, cala reszte po tatusiu. szczegolnie charakter.

wczoraj wraca ze szkoly skaczac na jednej nodze:

 – hurraaaa!!!! f. zaprosila mnie na swoj bal karnawalowy!!! super, co?!!!!!

rodzice f. sa szalenie zamoznymi celebrytami i f. opowiadala o tym balu juz od tygodnia. mieszkaja nad rzeka, beda lampiony, ogrzewanie w ogrodzie, ognisko a potem bal na sto par. no pieknie! podziwiamy wymyslne zaproszenie, zezujemy w kalendarz: o! jedna z nielicznych sobot, kiedy nie ma polskiej szkolki!

 – ide jako rajski ptak! – tancuje mi dziecko po kuchni.

 – oj to musimy w koncu zorganizowc ten ogon! – smieje sie i flamastrem wpisuje bal w kalendarz… i… ups?

 – malina! to juz za 10 dni!

 – tak! wiem!!! skacze malina na lewej nodze – wiem wieeeeem! bede rajskim ptakieeeeem!!!

 – malina… nas juz wtedy nie bedzie. bedziemy na nartach… hmm…

malina zatrzymuje sie na chwile. oczy jak dwa razy po 5 zlotych.

 – to ferie sa juz za 10 dni? za 10 dni jedziemy na narty?!!!

 – no.

szybko obmyslam plan pocieszania, suszenia lez i utulania zalu, ale malina przeskakuje na druga noge:

 – juz za dziesiec dniiiiiii, jade na nartyyyyyy!!! musze powiedziec f., ze na bal nie przyjadeeeee   eeee   eeee! na nartyyy yyy yyy – i tanczy dalej.

ciekawe co to za kompot, ktory oni pija w szkole. gdyby malina odziedziczyla po mnie choc troche, to siedzialaby pol wieczoru zastanawiajac sie jak przekonac mnie zebysmy wyjechaly dzien pozniej, i martwila sie ze dzien pozniej to strasznie szkoda, no ale balu tez szkoda… mialaby popsuty humor na dwa dni i w koncu nie miala ochoty ani na narty ani na bal.

malinowy polmetek

malinowe pierwsze gimnazjalne swiadectwo. najlepsza srednia wsrod piatoklasistow. rozczarowanie konkursem plastycznym – wiecznie wychwalana malina, zwyczajnie odpadla, co bardzo zranilo jej mloda duszyczke, ale stalo sie okazja do rozmowy o tym czym sie rozni ladne malowanie od sztuki. dzis wieczorem wlaczylam dziecku soczi. polacy bez medalu, ale niemcy az turlali sie po lodzie po zlocie za skoki. malina laczac sie w radosci ze skoczkami przeszla na bawarska gware.

po tygodniu pobytu mojej mamy zwatpilam w malinowa polszczyzne, ale juz dzis wieczorem zobaczylam, ze to byl bierny opor przed despotycznymi zapedami babci. lada moment zaczna sie ferie. jeszcze tylko bal przebierancow, klasowa z geografii w polskiej szkolce i juz nas nie ma. zaczynam powoli sie denerwowac wyborem lektury i szydelka i zarazilam ta goraczna maline. pewnie zabierze grubasny tintenherz a ja chmurlandie:-) na sama mysl jest mi wesolo.

w pracy szalenstwo. kupilismy mala, mloda firme i jest z jednej strony trudno a z drugiej ciekawie. kazdy wypina muskuly. my pokazujemy im, ze sa gowniarzami i jeszcze musi sie duzo wydarzyc, zeby nam dorownali, oni uwazaja nas za branzowych staruszkow, ktorym braknie tchu. jako jedyna na poziomie executive biore udzial w spotkaniach decydujacych o firmie i czuje sie jak na planie westernu, nagle wszyscy 4 szefowie wyciagaja rewolwery a ja nie wiem za kogo trzymac kciuki. mam duzo pracy i wszyscy obchodza sie ze mna jak ze zgnilym jajem. nagle okazuje sie, ze willa w ktorej pomieszkuje w czasie moich pobytow w hamburgu jest zbyt skromna ( a nie jest), dostaje rozne nagrody, pochwaly a nawet w ostatnia sobote przyszedl bukiet kwiatow (wyladowal u sasiadow, bo nas nie bylo i sasiadka sie zmartwila, ze przeoczyla moje urodziny pewnie!), bosmy sie z lekka uniosly w dyskusji z moja nowa szefowa i to byly przerosiny.

niestety jesli tempo sie utrzyma, to musze sie zastanowic co dalej. zupelnie nie mam czasu na zycie, latam, telefonuje, ciagle cos mi wisi nad glowa w weekendy. mialysmy dzis z malina szukac ogona do stroju rajskiego ptaka na bal a zamiast tego wracalysmy pedem z miasta do domu. trzeba nas bylo widziec… ja prowadze samochod i w sluchawkach na uszach biore udzial w miedzynarodowej konferencji, malina przestawia swoj telefon na anonimowy i odpowiada na sms-y, ktore ja dostaje na moja komorke. odpisuje na dwa maile – to sa te maile, w ktorych nie ma bedow przez moja polska niemczyzne. malina jest sekretarka genialna, zawod ma w reku, czyta z ust i… (no ale tego nie wykorzystujemy w naszej tajemnej komunikacji, bo ja jestem zbyt tepa!) umie pisac migowym jezykiem. kiedys przeszla taki kurs w podstawowce i strasznie jej sie podobalo. teraz cwiczy z kolezankami w klasie i kilku calkiem niezle idzie!

hmmm ja nie wiem czy ja to wszystko umialam robiac mature co teraz umie 11 letnia malina. i nie tylko malina, patrze na jej kolezanki i nadziwic sie nie moge. sa swietne!

 

 

 

 

 

malinowa wycieczka.

 

za tydzien klasa jedzie na narty. i znow moja skrzynka mailowa peka w szwach. wychowawczyni zapytala czy ktos z rodzicow moglby jej towarzyszyc tego dnia – przydaloby sie dwoch doroslych pomocnikow. dla nich tez oczywiscie bedzie miejsce w autokarze i lunch. zglosila sie … ponad polowa klasy. wszystkie mamy gotowe sa spedzic ten dzien z klasa – przepraszam, czy jestem jedyna pracujaca matka w tym towarzystwie? no a jak juz mama tak czy siak jedzie to zamiast autobusem, pojedzie swoim autem i oczywiscie jej dziecko tez nie musi autobusem. i w ogole wszyscy strasznie sie ciesza i przez chwile zrobilo sie tak jakby to byla wycieczka rodzicow. do siedzenia w autobusie zostalo niewielu kandydatow, bo kazde dziecko, co jedzie ze swoja mamusia, zabiera do samochodu tez najlepszego kumpla lub przyjaciolke klasowa. no to teraz przewodniczaca rodzicow sie wkurzyla, bo i tak trzeba autobus oplacic i jesli polowa klasy pojedzie prywatnymi samochodami, to ci zostana w autobusie beda musieli zaplacic wiecej. ci co jada samochodem musza wiec i tak placic za autobus, ale oczywiscie nie chca, wiec jest afera. nawet taki glupi jedniodniowy wypad na narty jest powodem do calostronnicowych  mailowych klotni. rodzice zaczynaja mnie wkurzac. zabieram sie do zabrania glosu, bo to w koncu jest SZKOLNA wycieczka i w takich wycieczkach wspolna jazda autobusem jest tak samo wazna jak te narty.

wiele hałasu o nic albo jak mi sie upieklo.

 

maz nie idzie dzis do szkoly walczyc o malinowe prawo do nie_siedzenia z klasowym gagatkiem. pani dostawila wczoraj dwie lawki i chlopcy siedza sami. party karnawalowe odbedzie sie i chlopcy moga przyjsc, ale pod warunkiem, ze obecni beda tez ich rodzice. jeden z chlopcow regularnie je papier i moze pani boi sie, ze zje girlandy? nie wiem. nie dzwonilismy, z nikim nie gadalismy i nie wiem czy jakis inny rodzic reagowal czy tez pani sama tak sobie wymyslila.
pewnie niepotrzebnie tu o tym wszystkiem pisalam, ale taka bylam wkurzona, ze i tu i w dziennikach sie „wyprodukowalam” a moglam sobie zwyczajnie poczekac az cos sie wyjasni.

zycze wam i sobie szybkiego piatku i pieknego weekendu. my mamy w planach rybne fondue, nocne saneczkowanie, wielki rodzinny obiad, dzienne spa.

malina a lobuzy.

 

szkola jest nowa. dzieci nie maja w niej (jeszcze?) zadnych zlych doswiadczen. mala, prywatna, nauczyciele bardzo sie staraja. malina kwitnie. pisze tu o tym ciagle przeciez, prawda? zreszta mam wrazenie, ze w ogole dzieci sie tam dobrze czuja, ale oczywiscie temperamenty sa rozne. niezaleznie od wieku, od plci i hobby. podobnie jak w podstawowce tak i tutaj w klasie jest kilku lobuzow. przeszkadzaja w lekcji. po skonczonej klasowce, zwijaja ja w kulke a na polecenie nauczycielki zeby ja rozlozyli… rzucaja prze cala sale w kierunku kosza. nie sa to jacys testosteronem rozbuchani mlodzi faceci, dzieci jeszcze. 10-11 lat. na spotkaniu rodzicow mamy rozkladaja rece: „no tacy sa chlopcy. co robic”. albo: „chlopaki to musza sie wyszalec i nie ma na to rady”. wczoraj pani stracila cierpliwosc i pomieszala chlopcow z dziewczynkami, zeby dziewczynki jakos wplynely uspokajajaco. dzis malina po raz pierwszy w zyciu powiedziala, ze nie ma ochoty isc do szkoly. no to my sie wybierzemy. w piatek maz umowil sie z wychowawczynia. sorry, ale od wychowywania lobuzow sa mamusie a nie moja corka. moja corke – jesli chce sie jej dac jakas socjalna szanse rozwoju, misje albo zadanie – to prosze ja posadzic z kims kto ma klopoty z matematyka lub angielskim, niech pomaga, ale wychowywanie dzikusow to nie jest jest rola dla maliny. rozmawiac pojdzie tatus, bo ja jestem niestety wkurzona. 

 

moja krew.

 

moja krew od lat jest uboga. na szczescie cala reszta trzyma sie jakos. znow poziom krwinek spadl mi tak bardzo jakby na przyklad w ciezkim porodzie wykrwawila sie do cna. od transfuzji zelaza mam juz stwardniale zyly i nie wiem gdzie beda wbijane nastepne. myslalam, ze jest lepiej, ale jak sie dzis dowiedzialam, ze znow jest bardzo zle to sie polozylam i w srodku dnia zasnelam. mysle, ze praca trzyma mnie w ryzach. andrenalina pcha do zycia. bez niej pewnie splabym caly czas. ciezko mi z tym zmeczeniem.

malina skacze, maz mimo ciezkiej pracy rano jak skowronek a ja wiecznie jakbym miala cialo z olowiu i musiala je dzwigac wszedzie ze soba.

 

 

malinowa troja.

 

pierwsza malinowa troja. malina juz zapomniala, ze na poczatku swojej szkolej kariery czesto miewala ten stopien, ktory jest okropny. ani dobrze, ani zle, nie wiadomo jak, przecietnie, nijak. przyzwyczaila sie do jedynek. a tu? prosze: 3. obejrzalam sobie malinowa prace, a to bylo wypracowanie na temat fantazyjny, dotyczacy urodzin. czytam opowiadanie i czytam uzasadnienie oceny. pani zadala sobie wiele trudu, by wyraznie wyjasnic dlaczego tak a nie inaczej ocenila malinowe wypocinki. za kazdy blad ortograficzny odjela po punkcie. malina czytajac i piszac (z okropnymi bledami zreszta:-) po polsku, czasem zapomina sie i malinowe niemieckie rzeczowniki zaczyna mala litera jak po poslku. punkty leca. nie ma co dyskutowac. rzeczowniki sa po niemiecku z duzej litery i koniec. reszta punktow stracona przez niewyraznie akapity, przez co nie czuje sie granicy miedzy poczatkiem rozwinieciem i zakonczeniem. pani pochwalila za dialogi i za opis postaci, ale zaraz potem odjela duzo punktow za dramaturgie. punkt szczytowy nie byl zbyt wyrazny. malina kreci glowa. glowny bohater w kulminacyjnym momencie tak sie cieszy urodzinami i prezentami i niespodziewanymi goscmi, ze tanczy prawdziwy taniec radosci – dla maliny apogeum szczescia. przedyskutowalysmy sprawe. przypomnialam malinie ksiazki, ktore ciesza sie niesamowita slawa a malinie sie nie podobaja i ze tak jest z kazdym opowiadaniem. pani napisala, ze opowiadanie jest slodkie ale zbyt malo dramatyczne, widocznie ma taki gust i nic sie na to nie poradzi i ze z troja tez da sie zyc. pomyslalam sobie, ze pani moze bardziej by sie podobalo jakby z tortu wyleciala petarda i oberwala glownemu bohaterowi glowe ale nic nie powiedzialam poza tym, ze pani bardzo szczegolowo opisala te prace, wiec pewnie chodzi jej o to zeby malina pisala jeszcze fajniej. w podstawowce malina slynela ze swoich smiesznych opowiesci, ktore pani czytala calej klasie, zeby pokazac jak fajnie mozna pisac wypracowania. mysle, ze musze troszke maline powspierac zeby nie stracila zapalu humanistycznego. a malinie podpowiedzialam, ze w kazdej opowiesci musi byc wyrazny moment zwrotny, bo inaczej czytelnik zasypia. amen.