malinowy, niebezpieczny sport.

 

malina spedzila wczoraj caly dzien zeglujac. zeby pianka na dzis wyschla, powiesilam ja wczoraj w lazience. i co weszlam, to sie od nowa wystraszylam. chyba z piec razy, wiec maz chcac oszczedzic mi stresu, powiesil ja w przedpokoju kolo drzwi tarasowych. nieprzygotowana na to weszlam po schodach i malo nie dostalam zawalu serca. tak oto zeglowanie jest sportem niebezpiecznym.

przedwiatecznie.

 

ciesze sie na swieta. malina ma dwa tygodnie wolnego. bedzie pieknie. tylko jak moja mama zaczyna snuc telefoniczne plany swiat, omawiac miesa i ciasta to robi mi sie ciezko na duszy:

– zurek zrobie.
– nie lubie zurku jak wiesz… (od 45 lat jak zyje, zawsze nie lubilam zurku!!!)
– troszke zjesz, bo to swieta.
– nie zjem, bo szczegolnie w swieta chce robic tylko przyjemne rzeczy.
– troche zjesz. nie gadaj. i malina zje i maz.
– malina nie lubi zurku. i maz tez nie lubi.
– nie lubi to polubi. ja uwielbiam zurek i nie wyobrazam sobie swiat bez zurku!
– …. 

 

dluuuuuugie i malinowe.

 

– mamusiu, zobacz! czy uwazasz, ze mam bardzo dlugie nogi?

 – tak. po tatusiu masz bardzo dlugie i to jest fajnie, bo dlugie nogi sa piekne. tez bym takie chciala!

 – no! ja tez mysle, ze mam dlugie! – ucieszyla sie malina a ja zaraz szybko przygotowuje sobie jakies okolicznosciowe przemowienie, ze uroda to nie wszystko, ze dlugie nogi fajne, ale trzeba sie uczyc albo cos w tym stylu. zastanawiam sie czy to dobrze, ze malina wieku 11 lat zastanawia sie na uroda i staram sie przypomniec co ja myslalam o swoich nogach w jej wieku. moze wyslac wczesniej spac, zeby o glupotach nie myslala?

a malina wyciaga ksiege guinessa:

 – moze mam szanse z nogami, bo jezyk… – malina wyciaga jezyk jak najdalej umie – mmmm no jezyk to mam za krotki, co? – i stuka palcem w obrazek z kobieta o najdluzszym jezyku swiata.

 

 

malinowy prima aprilis.

chyba jestem osoba bez poczucia humoru. maz rano w ogole nie chcial zartowac, bo po 23 godzinach lotu z przesiadkami zameldowal sie tylko, ze wszystko ok i ze idzie spac. potem sprobowlam na skypie zazartowac z mojej mamy, ale niestety tak sie wkurzyla i obrazila, ze wylaczyla sie zanim udalo mi sie szybko wkleic obrazek prima aprilis. nie rozmawia ze mna. no to zostala mi tylko malina. malina rano mnie wyprowadzila w pole i to wprawilo ja w cudowny poranny humorek. jak po trzecim razie nie przyszla do lazienki tylko wciaz lezala w lozku, poszlam w koncu ja wlasnorecznie ja wyciagnac spod koldry. odrywam koldre a tam… lars! wielki misiek polarny! a za szafa malina ubrana i gotowa na sniadanie. co ona sie tam na mnie biedna naczekala, ale oplacalo sie, bo sie naprawde nabralam!

no to ja za to odpowiedzialam na jej tradycyjna popoludniowa sms-owa wiadomosc: „siedze w autobusie” w drodze domu pytaniem czy napewno ma klucz, bo ja jestem w drodze na lotnisko. malina zna moje wypady znienacka, ale tym razem tata tez jest w podrozy, w meksyku. pisze jej uspokajajaco, ze albo uda mi sie wrocic ostatnim samolotem jak juz bedzie spala albo jutro pierwszym raniutko, zupa stoi w kuchni. i zeby do mnie zadzwonila, jak dotrze do domu, zebym sie nie martwila. pomyslalam, ze malina widzi, ze to zart, bo caly dzien mieli w szkole wariacje prima aprilisowe, dlatego tak rzeczowo odpowiada: „ok. podgrzeje zupe. klucz mam, sprawdzilam” na to ja pisze, ze dziadkowie przyjada wieczorem i gdyby bylo tak, ze jednak nie dam rady dzis wnocy wrocic to przenocuja u nas lub zabiora ja do siebie. sprzatnelam kuchnie, schowalam kompa i wsiadlam w samochod. zaparkowalam za rogiem. zaraz jednak wpadlam na pomysl, ze za drugim rogiem bede mogla zobaczyc maline jak idzie do domu i jak dojdzie to zaraz podjechac. stoje, patrze. maciupka uliczka do pokonania w 4 kroczki ale malina staje patrzy w lewo, w prawo, w lewo i… zamiera. normalnie az mnie dreszcz przeszedl. i nagle… zrywa sie do biegu i jezu jak leci do mnie o kurcze!!!! caly kawal na nic. wyskoczylam z samochodu i zlapalam maline w locie. boze. w zyciu nie widzialam zeby sie tak cieszyla. w dodatku dopiero po chwili zalapala ze nie jade na lotnisko i tylko przypadkowo sie spotkalysmy tylko rzeczywiscie jestem normalnie w domu i ze prima aprilis i ze idziemy na lody. malina tak sie cieszyla, ze az mi bylo nieswojo, ze sobie tak zazartowalam a potem w dodatku… zadzwonila mama jej kolezanki i powiedziala zebym sie nie martwila, bo gdyby dziadkowie nie dojechali, to ona podjedzie i zabierze maline do siebie na noc i ze juz to z malina omowila, bo dziewczynki zadzwonily z autobusu.

rok temu udalo mi sie maline nabrac, ze na nasza lake przed domem przyjechal cyrk i na przyszly rok skupie sie w sobie i wymysle zart na taka miare. w tym roku jakos przesadzilam niestety.

 

 

skad to sie w czlowieku bierze?

 

malina dzwoni z telefonu kolezanki w autobusie:

 – mamusiu, jestem taka glupia, ze zostawilam swoj telefon w szafce, ale szafka zamknieta na klucz, wiec nic sie nie stanie.

 – ok. dobrze, ze zadzwonilas, bo juz sie martwilam. nigdy nie mow, ze jestes glupia! kazdy moze czegos tam zapomniec. dobrze, ze od razu powiedzialas. papa!

wciaz powtarzam: malina, nigdy nie mow, ze jestes glupia.

skad sie w to w niej bierze?

 

rodzinna niedziela.

 

w niedziele zaprosilismy na brunch tesciow. dawno nas nie odwiedzali, bo jesienia kupili psa. ten pies jest taki rasowy, ze kosztowal ich tyle co samochod. normalnie 200% czystej rasy labrador. czarny jak smola. przepiekny, ale w przeciwienstwie do poprzedniego cudownego, madrego kundelka, glupi jak but. psu mija 6 miesiac a dopiero niedawno przetal sikac w domu, jako maly szczeniaczek podszczypywal wszystko i wszystkich. mozna go bylo glaskac tylko jak byl zmeczony, bo jak tylko sie bawil to zaraz szczypal i to byla jedyna zabawa ktora go interesowala. w skarpetkach nie moglismy u tesciow chodzic, bo kasania ostrych zabkow bolaly, w kapciach tez nie, bo zaraz mialy dziure albo i kilka dziur. wiem, ze to brzmi glupio, ale wizyty u tesciow, ktore zamienialy sie w godzinne odpedzanie sie od psa, ciagle pokrzykiwania: usiadz! odejsz! zostaw! nie wolno! niestety przestaly nas bawic ale kurcze bez przesady.

wczoraj wiec zrobilismy brunch na dworzu. na przywitanie tina ugryzla mnie w piete. pies ma nowe, dorosle zeby i to juz nie sa zadrapiania, to boli. tesc sie rozesmial, ze w szkolce dla psow mowia, ze trzeba bys poblazliwym, bo tina tak na ludzki wiek ma trzy lata, wiec jest zwyczajnie nieznosnym dzieciaczkiem. staralam sie byc poblazliwa. wielki labrador biegal po grzadkach gdzie wlasie niesmialo wykluwaja sie klacza piwonii, ziol i inne cuda a ja tylko smialam sie i wolalam: tina! wylaz z kwiatow! tesciowa tylko krecila glowa, no bo skad taki piesek ma wiedziec gdzie wolno a gdzie nie, to jest normalne. w koncu zasiedlismy do jedzenia, pies polozyl sie w cieniu zajety obgryzaniem patyka. ufff, chwila spokoju. nie, jednak nie, tak latwo to nie ma! tesc sie zmartwil, ze ona nazre sie tego patyka i bedzie potem wymiotowala, zawolal tine i dzieki temu zamiast spokojnie jesc zajmowalismy sie odpedzanie psa od stolu. czulam sie normalnie jak w cyrku w czasie przerwy na wystepy klownow. wszyscy biegaja, cos sie rozlewa, cos przewraca, pies zjada ozdobne serduszko z donicy, pies zeskakuje swoim wielkim cielskiem na rododendron, pies, pies… w koncu malina wymyslila rzucanie kija i swietnie sie zaczely bawic, biegac dookola domu. pies zmeczy sie to bedziemy miec spokoj. zza domu slyszymy: tina, przestan! tina! tina przestan! – to malina. podnosze sie. na to tesciowa:

 – no nie przesadzaj, bawia sie..

a zza domu coraz bardziej nerwowe:

 – tina! tina! przestan! przestan!!!!przestan!!! – malinowy glos coraz wyzszy, piskliwy.

slysze jeszcze tesciowej: „przewrazliwiona jestes”, ale mam ja gdzies przeskakuje przez murek tarasu i biegne za dom. malina stoi jak sparalizowana, odpedza sie od psa rekami jak os stada os a pies rozrywa jej sweter. podbiegam, wrzeszce ze wszystkich sil na psa, ktory pokazuje mi zeby, malina w panice, pies zlapal ja za wlosy. stojac na tylnych lapach jest taki duzy jak malina, tylko grubszy i ciezszy. chwytam w amoku kij i trzepie psa po tylku! zaskoczony podwija ogon i ucieka. malina pada ze strachu. tatus zabiera ja do kuchni zdejmujemy podarte spodnie. malinowe nogi i ramiona sa cale w czerwonych krwiakach. nigdzie nie leci krew, ale wieczorem wokol tych krwiakow rozkwitaja wielkie siniaki. niektore bardzo bola. tesciowa kreci glowa: nic strasznego sie nie stalo, to jest poprostu szczeniak i tak sie bawi. wyrosnie z tego. tesc uspokaja zestresowanego psa. przynosi mu swiezej wody i daja takie psie cukierki. nie wierze wlasnym oczom. dobrze, ze nie widzieli mojej akcji z kijem, pewnie by mi sie jeszcze dostalo, ze taka jestem niemila.

pozegnalismy sie kwasno. jak mysle o tym wszystkim, to mi sie rece trzesa.

wpis, ktorego nie ma.

 

tu rano byl cudny, dlugi wpis, w ktorym zachwycam sie moim 20-letnim malzenstwem. powstal pod wplywem dlugonocnej rozmowy z moim zszokowanym mezem. wczoraj przy lampce wina siedzial jeszcze troche ze swoimi trzema partnerami z firmy i… rozmawiali o zonach. wszystkie trzy malzenstwa znamy. ludzie sukcesu, piekne dzieci, sliczne domki. na swieta piekne kartki z wystrojonymi dziecmi w ogrodzie zimowym wystylizowane na okladke magazynu „zyjemy pieknie i stylowo”. syn jednego z nich zadzwonil miesiac temu do taty, zeby przyjechal do domu, bo mama siedzi w samochodzie w  garazu i placze. od dwoch godzin tak placze. mame zabralo do szpitala pogotowie. splakana nie mogla stac na nogach, mowila dziwne rzeczy. do tej pory nie wrocila do domu. diagnoza: gleboka depresja. nawet jak wyjdzie po 6 tygodniach ze szpitala, czeka ja dluga terapia. panom przy stole rozwiazaly sie jezyki. drugi od jesieni chodzi z zona do poradni malzenskiej. oboje tacy piekni (naprawde!) a nie moga na siebie patrzec. chca cos ratowac dla swoich malych synkow. trzeci powiedzial, ze jego zona juz od miesiecy dwa razy w tygodniu spotyka sie z psychiatra i nie godzi sie na kuracje w szpitalu. depresja. troje dzieci, zdrowe zycie, joga, rower gorski, kot i domek na wzgorzu.

a ja ciagle mysle, ze wszyscy maja tak fajnie.

opisalam tu dzis rano co o tym mysle i ze za tydzien stuknie nam 2o wspolnych lat i ten wpis zniknal jak kamfora. nie bede go probowala odtworzyc. taki byl widocznie jego los. co my wiemy, to wiemy. i to jest bardzo wazne.

ten dzien.

 

dzis nastal ten dzien, przed ktorym ostrzegam maline od pol roku i przed ktorym co rano mam stracha kiedy chylkiem, chylkiem biegne pod prysznic… tak. tak. ten dzien, kiedy tatus pojechal na jakies spotkanie juz o 6 rano  a my musialysmy sobie same robic i kawe i herbate. ten dzien, kiedy nie wiadomo czy jeszcze zalozyc grubsza kurtke czy juz ciensza. ten dzien, kiedy slonce skusilo mnie na poranny spacer, wiec podreptalam razem z malina towarzyszac jej do autobusu i tak sobie porannie rozmawialysmy o byle czym, rozmawialysmy, widzac autobus na przystanku przyspieszylysmy kroku, ale bez stresu, bo autobus zwykle czeka na swoje dzieci. jednak dzis byl ten dzien, kiedy panu kierowcy zabraklo chyba cierpliwosci i na naszych oczach autobus zaczal sie toczyc, wiec ruszylysmy swinskim truchtem liczac, ze zobaczy nasze rozpaczliwe machania rekami i moze bedzie czerwone swiatlo, ale na prozno! malina stala jak sparalizowana i juz miala buchnac placzem, cos takiego jezcze jej sie w zyciu nie zdarzylo!

 – no dobra – zbagatelizowalam sprawe – mamy nauczke! idziemy po samochod.

pojechalysmy do szkoly samochodem i jakos tak bylo sentymentalnie. jak kiedys, kiedy wozilam maline do przedszkola. jechalysmy wzdluz jeziora, potem gor a malinie nie zamykala sie buzia, mijalysmy kolezanki czekajace na autobus, kolege, kupilysmy cieple precle a i tak przyjechalysmy za wczesnie.

nie sadze, zeby to byla jakas specjalna nauczka. bawilysmy sie swietnie.

nowe choc stare.

 

oportunizm i konformizm – tylko tak da sie scharakteryzowac moja zawodowa postawe przez ostatnie trzy miesiace. przez nasza firme przeszla burza i nagle z z grupy przyjaciol stalismy sie kasajacymi na slepo wilkami. normalnie to pakuje manatki, odwracam sie na piecie i ide w sina dal. tym razem stanelam z boku, oswiadczylam, ze z nikim nie spiskuje, niczego nie omawiam w tajemnicy i nie opowiadam sie po zadnej stronie. pracuje zeby zarabiac kochane pieniazki i nic ponad to. z calej historii wyszlam chyba najmniej poobijana, bez wiekszych siniakow, ale tez z nowym dystansem do pracy. o 19 zamykam komputer, na brzeczacy wieczorem telefon zerkam zezem czy naprawde wazny a rano… nie siadam do pracy jak tylko malina pojdzie do szkoly tylko czytam ksiazke, pije kawe i czekam az ludzie dotra do biura na 9:00 i takze o tej porze wlaczam komputer. moze w koncu doroslam do tej pracy?

to cale.

 

wstalam lewa noga. malina tez. normalnie nasze poranki sa kiczowato sielskie, mile i wesole, ale nie dzis. burknelam na maline, malina odburknela a potem jeszcze wstrasznie mnie zdenerwowala, wiec na fali emocji wyluszczylam jej dokladnie czym i dlaczego mnie wkurzyla. troche ja przytkalo, jakby sie zlekla, bo jeszcze nigdy tylu slow na raz rano ode mnie nie slyszala. wyszla z domu smutna. stalam w oknie i sie meczylam: czy jest jakis naprawde wazny powod przez ktory moje dziecko ma isc do szkoly takie smutne. jestem beznadziejna. malina zanim zniknela za dalekim rogiem odwrocila sie, popatrzyla na dom, w koncu znalazla mnie w oknie i pomachala na pozegnanie, ale jakos niepewnie. malo nie polecialam za nia zeby ja usciskac. zaraz tez wyklepalam dlugiego smsa, ze jest mi przykro, ze wprawdzie mnie rzeczywiscie wkurzyla, ale powinnysmy takie rzeczy sobie zwyczajnie tlumaczyc i ze mi smutno, ze taki mialsmy glupi poczatek dnia. z autobusu malina wyslala odpowiedz:

 – mi też strasznie przykro 😦
możemy zapomniec to całe?