w niedziele zaprosilismy na brunch tesciow. dawno nas nie odwiedzali, bo jesienia kupili psa. ten pies jest taki rasowy, ze kosztowal ich tyle co samochod. normalnie 200% czystej rasy labrador. czarny jak smola. przepiekny, ale w przeciwienstwie do poprzedniego cudownego, madrego kundelka, glupi jak but. psu mija 6 miesiac a dopiero niedawno przetal sikac w domu, jako maly szczeniaczek podszczypywal wszystko i wszystkich. mozna go bylo glaskac tylko jak byl zmeczony, bo jak tylko sie bawil to zaraz szczypal i to byla jedyna zabawa ktora go interesowala. w skarpetkach nie moglismy u tesciow chodzic, bo kasania ostrych zabkow bolaly, w kapciach tez nie, bo zaraz mialy dziure albo i kilka dziur. wiem, ze to brzmi glupio, ale wizyty u tesciow, ktore zamienialy sie w godzinne odpedzanie sie od psa, ciagle pokrzykiwania: usiadz! odejsz! zostaw! nie wolno! niestety przestaly nas bawic ale kurcze bez przesady.
wczoraj wiec zrobilismy brunch na dworzu. na przywitanie tina ugryzla mnie w piete. pies ma nowe, dorosle zeby i to juz nie sa zadrapiania, to boli. tesc sie rozesmial, ze w szkolce dla psow mowia, ze trzeba bys poblazliwym, bo tina tak na ludzki wiek ma trzy lata, wiec jest zwyczajnie nieznosnym dzieciaczkiem. staralam sie byc poblazliwa. wielki labrador biegal po grzadkach gdzie wlasie niesmialo wykluwaja sie klacza piwonii, ziol i inne cuda a ja tylko smialam sie i wolalam: tina! wylaz z kwiatow! tesciowa tylko krecila glowa, no bo skad taki piesek ma wiedziec gdzie wolno a gdzie nie, to jest normalne. w koncu zasiedlismy do jedzenia, pies polozyl sie w cieniu zajety obgryzaniem patyka. ufff, chwila spokoju. nie, jednak nie, tak latwo to nie ma! tesc sie zmartwil, ze ona nazre sie tego patyka i bedzie potem wymiotowala, zawolal tine i dzieki temu zamiast spokojnie jesc zajmowalismy sie odpedzanie psa od stolu. czulam sie normalnie jak w cyrku w czasie przerwy na wystepy klownow. wszyscy biegaja, cos sie rozlewa, cos przewraca, pies zjada ozdobne serduszko z donicy, pies zeskakuje swoim wielkim cielskiem na rododendron, pies, pies… w koncu malina wymyslila rzucanie kija i swietnie sie zaczely bawic, biegac dookola domu. pies zmeczy sie to bedziemy miec spokoj. zza domu slyszymy: tina, przestan! tina! tina przestan! – to malina. podnosze sie. na to tesciowa:
– no nie przesadzaj, bawia sie..
a zza domu coraz bardziej nerwowe:
– tina! tina! przestan! przestan!!!!przestan!!! – malinowy glos coraz wyzszy, piskliwy.
slysze jeszcze tesciowej: „przewrazliwiona jestes”, ale mam ja gdzies przeskakuje przez murek tarasu i biegne za dom. malina stoi jak sparalizowana, odpedza sie od psa rekami jak os stada os a pies rozrywa jej sweter. podbiegam, wrzeszce ze wszystkich sil na psa, ktory pokazuje mi zeby, malina w panice, pies zlapal ja za wlosy. stojac na tylnych lapach jest taki duzy jak malina, tylko grubszy i ciezszy. chwytam w amoku kij i trzepie psa po tylku! zaskoczony podwija ogon i ucieka. malina pada ze strachu. tatus zabiera ja do kuchni zdejmujemy podarte spodnie. malinowe nogi i ramiona sa cale w czerwonych krwiakach. nigdzie nie leci krew, ale wieczorem wokol tych krwiakow rozkwitaja wielkie siniaki. niektore bardzo bola. tesciowa kreci glowa: nic strasznego sie nie stalo, to jest poprostu szczeniak i tak sie bawi. wyrosnie z tego. tesc uspokaja zestresowanego psa. przynosi mu swiezej wody i daja takie psie cukierki. nie wierze wlasnym oczom. dobrze, ze nie widzieli mojej akcji z kijem, pewnie by mi sie jeszcze dostalo, ze taka jestem niemila.
pozegnalismy sie kwasno. jak mysle o tym wszystkim, to mi sie rece trzesa.