nudy na pudy.

 

w tamtym roku opuszczajac – z zalem – sardynie obiecalismy sobie, ze a rok pokazemy dziecku swiat. sprzedalismy malinie jako projekt poludniowa francje, malina kupila to albo raczej grzecznie przyznala, ze trzeba odkryc cos nowego. kilka dni temu sasiedzi powiedzieli, ze wlasnie zarezerwowali prom na sardynie i za nasz namowa udaja sie costa rei. umarlismy z zazdrosci oraz natychmiast zmienilismy plany. ale po drodze zamiast po lucca poszwedamy sie po florencji. dzis zdradzilismy malinie ten nudny plan i malina sie poryczala. …z radosci.

malinowy gracz.

 

przejezdzamy kolo kiosku z szyldem LOTTO. uujjj! mozna duzo wygrac w ten weekend.

 – zagramy? – smieje sie do meza. a malina antuzjastycznie:

 – tak! tak! w lotto albo w ping ponga!!!

 

skonczylo sie na kometce.

 

malzenska harmonia po 20 latach wspolnej praktyki.

 

mam spotkanie w miescie. maz ma tez spotkanie w miescie, ale w innym miejscu. te spotkania sa lekko przesuniete w czasie i jesli pojedziemy jednym samochodem to jedno z nas bedzie musialo czekac.

ja:

 – mnie wszystko jedno, moge poczekac. mnie tam czekanie nie przeszkadza.

maz:

 – mnie tez wszystko jedno, ja juz sie do czekania juz przyzwyczailem.

 

 

malinowa kontrofensywa.

 

w polskiej szkolce malina jest przepytywana z cudu nad wisla, skad szla armia czerwona i gdzie jest rzeka wieprz. no daje sobie rade, strategie pilsudskiego przedyskutowalysmy w domu. i dochodzi do slowa „kontrofesywa”. malinie jezyk zwija sie w supelek i bam! pani marszczy czolo i upomina maline zeby nie uzywala slow, ktorych znaczenia nie zna. na to malina (pewnie malinowa ze wstydu), ze ona to slowo zna i ze chodzi o to ze armia zamiast sie tylko bronic albo uciekac sama atakuje, tylko akurat nie moze tego wymowic, zeby nie wiem co. historia zakonczyla se dobrym stopniem ale w domu musialam jeszcze raz wytlumaczyc dlaczego nie zgadzam sie z pania i ze owszem trzeba uzywac slow, ktorych znaczenia sie nie zna, tylko trzeba pytac co znacza. tak wlasnie najlepiej uczy sie jezyka obcego. niektorych slow uzywa sie jakos intyicyjnie czujac co znacza. podobnie jest z czytaniem ksiazek w jezyku obcym.

i tak jako matka trzeba byc wiecznie czujnym.

matka.

 

na naszym workshopie musielismy na poczatek za pomoca collage’u pokazac jak widzimy nasza firme w roku 2020. dostalismy sterte roznych czasopism, olbrzymie kartony i godzine czasu. nasze wizje mialy rozne formy, wspolne i zupelnie rozne aspekty, ale wciaz pojawial sie temat szczerosci i szacunku. moj asystent wkleil zdjecie matki lekko rozneglizowanej tulacej malenkie dziecko, najwyrazniej wlasnie przed chwila karmila je piersia. przedstawiajac swoja wizje 2020 powiedzial, ze to jest metafora fair play: matka. on by chcial zeby firma byla dla niego jak matka. bo matka to ten jedyny czlowiek w twoim zyciu, kto nigdy nie zrobi cie w balona. i wtedy pomyslalam sobie dlaczego tak bardzo lubie mojego asystenta (ktory juz nim nie jest od trzech dni) – bo to jeden z niewielu ludzi wokol mnie o ktorych moge bez wahania powiedziec: bardzo szczesliwy czlowiek. chyba matka nigdy nie zrobila go w balona.

rodzinne potyczki.

po ostatniej wizycie tesciow i przygodach z psem zaprosilismy ich na wielkanocny obiad z prosba zebysmy mogli psu zafudowac opiekunke na ten czas: ich zaufana hundesitter albo nasza z sasiedztwa, ktora serdecznie opiekuje sie psami okolicznych znajomych. malina wciaz miala stracha przed psem a ja niemialam ochoty na cyrk i latanie za nieposlusznym psem zamiast siedzenia przy stole albo jakiegos rodzinnego spaceru. tesciowie sie obrazili i w ogole odmowili. nastepnego dnia sami sie do nich wprosilismy, bo malina teskni za dziadkami. dobrze ze zabralam ze soba mazurek, bo dostalismy tylko kawe i szybko sobie poszlismy, bo pies podgryzal nam nogi, malina bala sie sama isc do lazienki a ja w ostatniej chwili uratowalam swoja skorzana torbe. odtad nie dzwonia. tydzien temu tesciowa oznajmila mojemu mezowi, ze przeprowadzili sie w nasze okolice i jakos mysleli, ze to fajnie wplynie na rodzinne stosunki, ale bardzo zle sie tu czuja i szukaja w takim razie nowego lokum. moj maz przyznal im racje, niestety stosunki rodzinne nie moga byc lepsze jak ktos bardziej kocha swojego psa niz wnuczke, wiec rozumie ich decyzje.

a wczoraj moja mama zadzwonila, ze syn jej sasiadki dwa lata po studiach (prawniczych) wlasnie zajechal nowym audi. mojej mamie na widok tego auta strasznie przykro sie zrobilo i pyta:

 – a tobie nie szkoda, ze nie studiowalas czegos porzadnego?

 – nie. nie szkoda.

 

nasi rodzice. pewnie chca dla nas jak najlepiej, ale ciagle im nie wchodzi. nawet teraz kiedy sami sie starzejemy.

 

 

komorka kaputt.

 

przedwczoraj w czasie nawszego slawetnego workshopu komoreczka wpadla mi do wody, zrobila sie goraca jak wegielek, murgnela kilka razy ekranem i wyzionela ducha. caly dzien jakos sie bez niej obylam ale potem zaczela sie karuzela. na lotnisko bylam prawie spozniona, bo korek. nie moge zadzwonic i przelozyc rezerwacji samolotu. ufff, zdazylam jednak. na prozno. na lotnisku okazuje sie, ze ostatni popoludniowy samolot do monachium wyladowal w salzburgu a moj oraz trzy inne sa odwolane, nie wiadomo czy cos jeszcze poleci do monachium. nad monachium szaleja burze i wichury i lotnisko zamkniete. stoje wiec na na lotnisku w hamburgu i nie wiem jak sprawdzic sobie hotel, jak zawiadomic rodzine, ze pewnie nie  dolece. znalazlam automat na monety. szybko podaje wiadomosc, ze leci jeszcze jeden samolot o 21:30 i moze sie na niego zalapie. (takich chetnych bylo wielu). jednoczesnie widze w kompie, ze ma dwa swiezutkie projekty i powinnam oddzwonic, odpowiedziec i zadzialac. nie moge. wciaz z nadzieja naciskam guziczek iphona ale ekran pozostaje czarny i martwy jak byl. w samolocie wypelnionym po brzegi wkurzonymi pasazerami slyszymy, ze pozwolenie na start mamy na za 45 minut. puhhhh… nie moge wyslac sms-a, ze nie dotre do domu przed polnoca.

daje sobie rade bez komorki, w weekendy – szczegolnie jesli rodzinnie jestesmy razem – w ogole jej nie uzywam. ale wczoraj myslalam, ze sie normalnie poplacze. nagle poczulam sie jak bez reki, wsrod setek zabieganych ludzi zupelnie sama, odcieta od swiata i bezradna.

 

jak sie polubic?

 

nie lubimy sie i juz. najpierw myslalam, ze to tylko moj problem. myslalam, ze siedze sobie w home office a oni tam wszyscy sie zintegrowali, zaakceptowali, zbratali i tylko ja mam jakis trudny charakter czy co. bomba wybuchla jak bylam na nartach. okazalo sie my nie lubimy ich a oni nas, wzajemnie uwazamy sie za niemilych, niewychowanych, niedouczonych. czesc zdenerwowanych i wkurzonych spotkala sie w tajemnicy w pewnej knajpce. potem bylo spotkanie oficjalne. potem nastepne oficjalne. te oficjalne sa dla mnie bardzo nieprzyjemne, bo lece rano samolotem i wracam ostatnim wieczornym do domu, kto wie jak lubie latac samlotem, rozumie, ze jest to dzienna dawka adrenaliny nie na moja glowe, dusze, serce i w ogole organizm. w ostatni poniedzialek organizm sie zbuntowal i zaatakowal mnie bronchitisem, migrena oraz takim bolem plecow, ze nie moglam ani siedziec ani lezec, tylko stac. nie jestem jednak koniem i spanie na stojaco to nie dla mnie.

w grudniu ozenilismy sie ramach kuracji odmladzajacej z niewielka firma kupujac sobie niezbedny w naszych czasach know how social media i online content. to byl strategicznie bardzo madry krok, bo branza zareagowala na to lawina projektow. pracy mamy wiec mnostwo ale zamiast sie cieszyc, meczymy sie okropnie, bo za nic nie mozemy sie polubic. po 5 miesiacach nieudanych prob na wlasna reke, zostaniemy otoczeni przez dwa dni opieka profesjonalnego coacha. w niedziele i poniedzialek bedziemy sie wypowiadac, planowac, rozkladac sprawe na czynniki pierwsze i skladac te ukladanke od nowa. jestem nastawiona absolutnie sceptycznie i nie wierze w pozytywny efekt a z drugiej strony jestem bardzo ciekawa co bedzie z nami ten coach robil. jak z grupy ludzi, ktorzy schodza sobie z drogi i ograniczaja komunikacje do niezbednych, zawodowych informacji, stworzyc team pelen pozytywnej energii. bez tego rozlecimy sie jak nic.

 

malina kolezenska

 

ch. jest kaprysna, zlosliwa i szybko sie obraza. nikt jej w klasie nie lubi. tlumacze malinie, ze moze powinny byc dla ch. bardziej wyrozumiale, bo ona ma trudniej niz reszta dziewczynek w klasie. malina tak sie zdziwila moja propozcja, ze przez chwile przestala jesc.

 – trudniej? jak to trudniej?

 – no dobrze wiesz dlaczego?

 – wiem, bo juz tak kiedys mowilas, ale rozmawialam o tym z dziewczynami i wszystkie uwazamy, ze wlasnie ch, ma lepiej.

 – tak? czemu?

 – bo ona ma wszystko. no wszystko ma! a niektore rzeczy nawet podwojnie!!!

o ludzie, mysle sobie, tyle rozmow, tyle ksiazek tyle filmow, zeby jakos to dziecko wychowac… niestety pojechalam po bandzie, rozdrapalam rany i zrobilam jej emocjonalny prysznic, bo sie rozjuszylam normalnie:

 – a mamusia ja caluje co wieczor na dobranoc? a masuje plecki? a zaspiewa kolysanke jak dzidziusiowi? a wloski wysuszy jak dziecko ma lenia? a grzank zrobi, chociaz niezdrowe? a pamietasz jaki mialas malutki pokoik w chatce a jaki teraz masz salon? i co? od dwoch lat tesknisz za chatka. a jak przynioslas

4 z laciny to tez mialas podwojna… afere, ze sie nie uczysz. jedna od mamusi druga od tatusia. ok? podwojne nie znaczy lepsze.

malina jakos sie nie zmartwila ta przemowa, tylko padla mi w ramiona. mysle, ze od czasu do czasu warto zrobic taka wyliczanke i uswiadomic malemu czlowiekowi, ze ma fajnie.

 

ch. ma bardzo zamoznych rozwiedzionych rodzicow. mieszka z tata, bo w ten sposob ma blizej do szkoly. w obu domach ma piekny ogrod, pokoj, media, ciuchy o jakich polowa klasy moze tylko pomarzyc. no i co? jezscze nigdy nie widzialam zeby porzadnie sie usmiechnela, nikt jej nie lubi, ciagle sie o cos obraza albo smieje bez powodu. za miesiac klasa jedzie na trzydniowa wycieczke. malina namowila swoje kolezanki na zabranie ch. do ich pokoju, smiala sie i powiedziala wprost:

 – w naszym pokoju nocuja tylko najfajniejsze dziewczyny z klasy. takie co sie nigdy nie obrazaja.

no dobra. zobaczymy co z tego wyjdzie.